Islandia | Samochodem i z namiotem kiedy Słońce nie zachodzi

Wydaje się, że połowa czerwca to najlepszy czas na wyjazd pod namiot: początek lata, najdłuższe dni. Jeżeli do tego wybierze się lokalizacje na północy Europy to brak nocy jest pewien – ciemności możemy doświadczyć jedynie w tunelu. Pewnych powodów do zastanowienia powinna natomiast dostarczać angielska nazwa rajskiej wyspy zahaczającej północnym krańcem o krąg polarny: Iceland.

Mówi się, że jedyna pewna rzecz na Islandii to zmienna pogoda. Porywisty wiatr, deszcz a czasem letnie opady śniegu przeplatane błękitnym niebem i to wszystko w ciągu jednego dnia. Natomiast zupełnie nie grożą nam upały. W trakcie całego naszego tygodniowego wyjazdu temperatura nie przekraczała 14 st. Na portalu pogodowym (en.vedur.is) skala temperatur kończy się na 18st. oznaczonych mocnym czerwonym kolorem, który w mniejszych szerokościach geograficznych zwykle zarezerwowany jest dla pożarów lasów.

Nasza wyprawa z założenia była objazdówką (w sumie 2000km) z zakwaterowaniem pod namiotem (3 namioty, co jest dosyć istotne jeżeli bierze się pod uwagę spanie również “na dziko”) oraz z wyżywieniem w całości przygotowywanym własnoręcznie (turystyczne butle gazowe).

Dojazd na wyspę z praktycznych powodów raczej jest możliwy tylko samolotem (dla chętnych prom np. Z Danii). Bardzo dobre połączenie SASem przez Kopenhagę. Pamiętajmy, ze do samolotu nie weźmiemy butli gazowej, nawet do bagażu rejestrowego. Najlepszym miejscem do kupna butli na miejscu są sklepy sieci Bonus (takie nasze biedry) lub stacje benzynowe (tutaj znacznie drożej). Najpopularniejsze są butle nakręcane (np. Prymus, MSR czy Camper Gas) w cenie poniżej 700ISK. Zaskakująco drogie są butle Campingaz (bez gwintu 470 w cenie od 2100-2600!).

Dziękidwugodzinnej różnicy czasu byliśmy w Keflaviku tuż po 9 rano i zdecydowaliśmy się obrać kierunek objazdówki przeciwny do ruchu wskazówek zegara co jest zdecydowanie rzadziej przyjmowanym wariantem (dlaczego?).

Na pierwszy ogień poszedł turystyczny hicior Golden Ring. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko pewność, że nie ma co liczyć na samotność (co na pewno docenia amatorzy fotografii polujący na widoczek nieskażony ludzkim kształtem).

Lofoten – sleeping in wilderness

Pierwszy punkt to historyczne miejsce Pingvellir, które poza faktem że leży na styku dwóch płyt tektonicznych (co znowu nie jest takie niezwykle na Islandii) nie oferuje zbyt wielu emocji. Dla lokalesow jest to miejsce zdecydowanie bardziej istotne (o czym świadczy fakt, że znajduje się tam jedyny płatny parking przy atrakcjach turystycznych). Pingvellir to miejsce, w którym zbierał się najstarszy w Europie (na świecie?) parlament. Dla nas atrakcyjność tego miejsca porównywalna była z kamiennymi kręgami w Odrach niedaleko Czerska…

Następny “must” to małe pole geotermalne ze słynnym aczkolwiek wygasłym gejzerem o nazwie Geysir. Aktualnie obowiązki strzelania wrzątkiem przejął na siebie nieco mniejszy gejzer Stokkur (co około 10 minut puff na 20-30 metrów w górę) znajdujący się na tym samy polu. Faktycznie, biorąc pod uwagę to że zjawiska geotermalne nie są odosobnione na Islandii dobrze jest zacząć zapoznawanie się z tym zjawiskiem od pola z Geysirem. Po zobaczeniu innych (Hverir, Krafla) to nieco blednie aczkolwiek Stokkur ratuje honor.

Dalej to już tylko pare kilometrów do pięknego wodospadu Gulfoss. Nie sposób wrócić z wycieczki (mały kawałeczek od parkingu) suchym, nawet przy małym wietrze.

Kolejnym punktem programu jest krater wygasłego wulkanu wypełniony jeziorkiem o nazwie Kerid (przy drodze 35 w kierunku Selfoss). Niebywałe, ale to jedyna atrakcja gdzie kupuje się bilet (400). Swoją drogą to zastanawiające dlaczego kraj, który nie tak dawno zbankrutował nie pobiera żadnych opłat za swoje główne (jedyne)  atrakcje. W Kerid odbywają się okresowo koncerty, gdzie za scenę służy tratwa a krater zapewnia doskonała akustykę.

Pierwszy dzien (300km) kończymy na kempingu pod wodospadem Seljalandfoss o tyle niezwykłym, że umożliwiającym wejście poza ścianę spadającej wody (prowadzi tam łatwy półgodzinny szlak; spadająca wodę ogląda się z tylu będąc schowanym po skalnym nawisem).

Kempingi na Islandii nie należy porównywać ze standardami znanymi chociażby z Danii. Na ogół są czynne jedynie 2 miesiące w roku i oferuje zwykle tylko podstawowe udogodnienia. Ten i tak był niezły bo miał kuchnie i zadaszone miejsce ze stołami. A propos zadaszeń to chyba Islandczycy czuja do nich pewien wstręt. Praktycznie nigdzie nie znaleźliśmy miejsca postojowego z wiata, na samoobsługowych stacjach paliwowych trzeba walczyć z automatem do płacenia w strugach deszczu (zwykle na stacji pada deszcz) a na kempingach wychodzą z założenia, że i tak każdy ma namiot. Ceny na kempingach to zwykle około 1500 za osobę, 100 za namiot i przynajmniej 300 za 3 minuty cieplej wody pod prysznicem. Na ogół samochód można postawić obok namiotu, nie panuje tu również tłok.

Około 30km dalej jest następny wodospad Skogafoss. Miejsce dość tłoczne z pojemnym parkingiem dla autokarów ponieważ zwykle właśnie tu zawracają jednodniowe wycieczki z Reykjaviku zaliczywszy wcześniej Golden Ring. Ale nie tylko. Z tego miejsca startuje kilkudniowy szlak trekkingowy na północ uważany za jeden z najpiękniejszych na wyspie. Tuż obok w ej samej miejscowości jest malutki skansen z uroczymi domkami krytymi darnią rodem z “Władcy Pierścieni”.

Następne ponad 230 km na wschód oferuje kilka ciekawych miejsc zwieńczonych dotarciem do lodowca i wodospadu Skaftafell. Tuż przed Vik warto zboczyć nad brzeg oceanu: droga 218 prowadzi do siedliska ptaków i wspaniałych klifów i formacji skalnych Dyrholaey.

Nieco dalej równoległa droga 215 wiedzie do okupowanej przez turystów czarnej plaży i równie czarnych formacji bazaltowych. Mekka fotografów gardzących kolorami, szczególnie w pochmurne dni (najczęściej bo to wszak region o największej ilości opadów).

Jadąc dalej przemierzamy dość monotonne kilometry przez pokryte zielonym mchem pola lawowe.

Ciekawą odskocznia będzie leżący na północ od jedynki kanion Fjadrargljufur. Łatwy szlak góra kanionu (maksymalnie do 2km) oferuje fantastyczne widoki.

Camping w Skaftafell przylega bezpośrednio do Visitor Center i jest bardzo rozległy. Od niego około 3km szlak prowadzi do słynnego bazaltowego wodospadu o tej samej nazwie. Niezwykła jest bujna roślinność, która sprawia ze w połączeniu z górskim charakterem szlaku mijającym kaniony i pomniejsze wodospady ma się wrażenie, że to jednak nie Islandia. Widoki iście jak z lasów deszczowych, no i jak zwykle bite 8st gorąca i mżawka.

Tuż obok jadąc dalej jedynką jest zjazd w lewo na parking leżący zaraz przy jeziorze lodowca. Miejsce zdecydowanie mniej uczęszczane przez autokary z Japończykami. Króciutki marsz i już jesteśmy obok masy lodu otoczonej wodą o przyjemnej barwie wiosennej gnojówki. Jest to bodajże najłatwiejszy sposób na dotarcie do jęzora lodowca.

Zwykle gwoździem programu jest laguna lodowa Jokulsalron. I słusznie ale jadąc z zachodu warto najpierw skręcić do nieco mniejszej laguny Fjallsarlon. Jest bez porównania mniejsza przez co wpływający do niej lodowiec jest bardzo blisko. Pomimo, że nie jest to tak popularne miejsce jak Jokulsarlon to i tak nie ma co liczyć na samotność.

Bez wątpienia Jokulsarlon zasługuje na miano jednej z topowych atrakcji Islandii. Pływające błękitne góry lodowe po wielkiej lagunie robią wrażenie. Dla twardzieli jest możliwość popływania po lagunie amfibią lub pontonami. Punkty zakupu biletów bezpośrednio przy parkingu, amfibie nieco tańsze, dość dużo ludzi i sporo czekania, sam rejs 45 minut.

Będąc przy lagunie koniecznie trzeba podjechać na drugą stronę drogi na plaże. Plaża czarna a na niej duże bryły lodu wyrzucone przez morze.

Od Hofn będącego tutejszą metropolią droga prowadzi na północ w kierunku wschodnich fiordów. Pierwszym z nich jest zaczynający się w miejscowości Djupivogur. Sama miejscowość nie powala i za topową atrakcję uważa się tutaj bulwar (to zbyt śmiałe słowo) jaj (dość sporych rozmiarów kamienne jajka na postumentach umieszczone na skraju nabrzeża), wszystko wstydliwie usadowione gdzieś na obrzeżach miejscowości. Teoretycznie na tym brzegu fiordu, jadąc dalej na północny zachód, powinno aż się roić od fok. Niestety nie roiło się.

Na końcu fiordu można dalej kontynuować drogę jedynką (ale uwaga bo w tym miejscu kończy się asfalt) wzdłuż fiordu bądź też zdecydować się na skrót górską drogą 939. I słusznie. Pomimo, że tutaj również nie uświadczymy asfaltu nie jest to droga typu “F” i w zupełności nadaje się dla zwykłych osobówek. Widoki wspaniałe zwłaszcza na wodospad po lewej stronie. Po około 30 minutach znowu połączymy się z jedynką.

Tego dnia zdecydowaliśmy się skorzystać z dobrodziejstwa lokalnego prawa i rozbić się na dziko. Pomimo tego, że stosunkowo niedawno prawo wprowadziło nieco restrykcji w tym zakresie obozowanie na dziko nadal jest dozwolone. Należy się stosować do zasady, że można to robić am gdzie nie ma zakazu lub teren nie jest ogrodzony. Ilość namiotów nie może przekraczać 3 i absolutnie nie wolno zjeżdżać samochodem z drogi (Islandczycy z religijnym uwielbieniem podchodzą do wszelkich przejawów wegetacji pojawiających się w tych dość niesprzyjających warunkach). W naszym przypadku schronienia udzielił nam największy kompleks leśny Islandii czyli Hallormsstandur leżący na wschodnich brzegu jeziora. Metodycznie wjeżdżaliśmy w każdą boczną drogę prowadzącą do lasu aż w końcu udało nam się znaleźć ładną polankę. Dystans ze Skaftafell: 340km.

W kontekście noclegów na łonie pojawia się zagadnienie higieny. W lasach brak jest pryszniców. Natomiast niemal w każdej miejscowości znajduje się basen, na ogól oferujący również baseny z gorącą wodą. Wejście (bez limitu czasu) za około 800-1000ISK. Z prysznica można korzystać do woli. Przy okazji na kempingach niemalże zawsze prysznice płatne są osobno (cena zwykle 300 za 3 minuty) no i oczywiści ciężko się do nich dostać (1-2 prysznice na cały kemping). Siłą rzeczy korzystanie z basenów wydaje się całkiem praktycznym i przyjemnym rozwiązaniem. A propos można tez skorzystać z przydrożnych pryszniców.

20170619_173729985_ios-1

Kierując się dalej na północ w kierunku słynnego wodospadu Deifoss wybraliśmy drogę 931 po zachodniej stronie jeziora i na start zaliczyliśmy około 2 godzinny spacer do wodospadu Hengifoss. Kierując się dalej jedynką na zachód wkraczamy w obszar księżycowego krajobrazu: czarne nic i stożki wulkanów. Zaczyna się jeden z najbarziej aktywnych sejsmicznie regionów wyspy czyli pólnocy kraniec obszaru styku płyt tektonicznych.

Do wodospadu Detifoss prowadzą dwie drogi po obu stronach kanionu. Ciekawą opcją wydawało się zrobienie koła najpierw drogą 864 (żwir w całej okazałości, księżycowy krajobraz) z noclegiem w rejonie kanionu Asbyrgi i powrót drogą 862 (początkowo dość kiepska nawierzchnia i wręcz sugestia ze strony znaku drogowego aby samochodem z napędem na 2 koła jednak się tam nie pchać).

Detifoss jest potężnym wodospadem ale nie jedynym. Nieco wydłużoną opcją dotarcia do niego jest zatrzymanie się na parkingu przy wodospadzie Hafragilsfoss i ruszenie oznaczonym szlakiem (2.5km w jedną stronę) brzegiem wąwozu w kierunku Detifoss. Wspaniałe widoki na wąwóz oraz przybliżający się wodospad, sam szlak łatwy i w większości po prostym.


Detifoss widziany od strony wschodniej emanuje swoją mocą ale również umożliwia podejście do samego brzegu co robi piorunujące wrażenie. Jednocześnie wszystkie autokary zatrzymują się po drugiej stronie rzeki co nadal nie znaczy, że to miejsce jest odosobnione.

Będąc tutaj koniecznie należy podejść około 500m do dalszego wodospadu Selfoss. Dużo mniejszy ale dostarczający naprawdę miłych wrażeń (chociażby dojście do niego to konieczność skakania po kamieniach przez rzekę).


W Asbyrgi jest przyzwoity kemping u wejścia do kanionu. Doskonałych wrażeń zapewnia szlak (9km w obie strony) brzegiem kanionu, który spokojnie się wspina. Początek szlaku przy Visitor Center. Na końcu szlaku dociera się do punktu widokowego z panoramą na cały kanion (oczywiście Asbyrgi jest również topową atrakcją wyspy jak również miejscem koncertów). Dla chętnych możliwość wejścia na górę kaniony bezpośrednio z kempingu po ścianie wąwozu dzięki łańcuchom i linom – wymagające ale to nie jest via ferrata lecz coś na kształt podejścia na Giewont.

Ten dzien jest jednym z najdłuższych – 340km i jak zwykle sen w namiocie dobrze po pierwszej w nocy w temperaturze poniżej 7st…

Powrót do jedynki druga strona kanionu. Droga 862 przez znaczna cześć (aż do wodospadu Detifoss) jest mocno offroadowa, jest nawet znak sugerujący tylko samochody 4×4 ale spokojnie można przejechać, aczkolwiek wolno. Na zachód  rozciągają się pola geotermalne: Krafla na północ od jedynki i Hverir na południe. Krafla to rownież rozległa elektrownia geotermalna (możliwość zwiedzania), stożki wulkaniczne z jeziorkiem w kraterze (Viti) a przede wszystkim czarne pola lawowe Leirhnjukur (pozostałości po 9letniej erupcji Kafli zakończonej w 1988). Na zwiedzanie w sumie dobre 2 godziny w księżycowym krajobrazie.


Hverir natomiast prezentuje się zgoła inaczej, rownież zapachowo: siarka jest tutaj wszechobecna. Wszędzie bulgoczący błoto w kolorze cementu, wydobywająca się z sykiem gorąca para i wrzące sadzawki. Zwiedzanie tylko po wyznaczonych sciezkach co dość logiczne jeżeli nie chce się ugotować butów. Tutaj zabawimy z pol godziny chyba ze chcemy wleźć na pobliski pagórek skąd podobno roztacza się piękny widok na cały ten bulgoczący obszar. Pagórek ma dobre 200 metrów wysokości…


Hverir leży w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora Myvatn, które warto objechać od strony wschodniej. Najciekawszym bodajże punktem będzie tutaj możliwość wejścia na krater imponującego wulkanu Hverfjal (samo podejście około 20 minut, łatwe ale dość monotonne). W nagrodę możliwość zaglądniecia do wnętrza krateru i zobaczenia wielkiego nic, aczkolwiek dużego nic. Z racji tego ze jest to jedno z największych wzniesień w okolicy widoki są oszałamiające, zarówno na jezioro jak i na panoszące się wokoło inne wulkany.

Ponadto pewnymi atrakcjami okolicy są formacje lawowe o wdzięcznej nazwie Dimmuborgir ( podobno bajkowe i do tego maja niby być siedziba elfów). Na szczęście więcej niż 20 minut nie potrzeba a jeżeli czas goni to nie potrzeba w ogóle. Dalej na południe warto wysiąść na chwile z samochodu aby poprzyglądać się pseudokraterom tworzącym piękna zielona scenerie na tle jeziora.


Przed Akureyri mamy jeszcze wodospad bogów czyli Godafoss. Blisko drogi, nie trzeba daleko chodzić (No chyba ze ktoś szuka toalety – na parkingu jest znak: “WC 700m”. W sam raz jak ktoś w nagłej potrzebie. Tam i z powrotem półtora kilometra).

Pare kilometrów za Akureyri po lewej stronie jest las powstały w ramach programu zapoznawania Islandczyków z drzewami o nazwie Opunn Skogur co mniej więcej sprowadza się do tłumaczenia otwarty las. Takich kompleksów jest całkiem sporo i wiele z nich jest dobrym miejscem na jednodniowy kemping. Są to miejsca ogólnie dostępne i jeżeli nie ma zakazu biwakowania można to robić zupełnie legalnie. Tutaj bez problemu znaleźliśmy polankę a obok niej niezbędne miejsce do zaparkowania samochodów raz sympatyczna ławeczkę ze stolikiem. W najbliższej miejscowości jest oczywiście basen. Ten dzien kończymy równie późno mając 240km na liczniku.

Kolejny odcinek to 390km i niestety chyba najmniej ciekawy ze wszystkich. Dość monotonny krajobraz północnej Islandii. Specjalnie nadlozylismy ponad 100km objeżdżając wokoło półwysep Vatsnes. Dlaczego? Żeby zobaczyć zatrzęsienie fok. W rzeczywistości psim swedem udało nam się znaleźć miejsce obserwacji tych zwierząt (na nieoznaczonym kempingu już po zachodniej stronie półwyspu) ale cała kolonia to max 10 zwierzaków  wylegujących się na odległych skałach (dobre ponad 100m od brzegu ale na szczęście w budce obserwacyjnej były dostępne lornetki). Żeby już tak zupełnie nie uznać objazdu wokół półwyspu za nie do końca udany powiem, ze widzieliśmy imponująca skałę o nazwie Hvitserkur (taki potężny nosororozec grzebiący pyskiem w piachu – swoją drogą było tam sporo ludzi).

Naszym celem było dotarcie do parku Husafell (bardzo przyzwoity kemping z kuchnia i prysznicami). Po zjeździe z jedynki jest gorące źródło Deilldartunguhrer. Niemniej nie jest to romantyczne miejsce lecz raczej użytkowe ujęcie gorącej wody na potrzeby lokalnych miejscowości. Po polach geotermalnych nie jest to coś co zwala z nóg. Dalej jadąc droga 518 dojeżdżamy do wodospadów lawowych Barnafoss, których zobaczenie na pewno warte jest chwili. Patrząc na wodę wylewająca się ze ściany na całej swojej szerokości nasuwa się pytania: skąd ona płynie?


W Husafell swój początek ma kultowa droga górska 550 czyli Kaldidalur. Aktualnie jest to ponad 60km terenowej drogi gdzie rzadko rozwiniemy prędkość powyżej 30km. Niemniej droga w pełni akceptująca zwykle osobówki. Przejażdżka Kaldidalurem daje pojęcie jak wyglada interior Islandii ze swoim księżycowo-lodowcowo-górskim krajobrazem.


Stan dróg zwłaszcza górskich należy weryfikować na bieżąco ponieważ często się zdarza, ze mogą stać się nieprzejezdne.  Oficjalna strona to road.is gdzie rownież s aprzydatne mapy z aktualnymi warunkami na drogach.


Kilkanascie kilometrów za Husafell odchodzi droga w lewo gdzie po około 7km dojeżdżamy do lodowca. To właśnie tutaj maja miejsce zorganizowane wycieczki Into the Glacier. Niestety trzeba się liczyć z nieprzewidywalna pogodą – potężny wiatr z deszczem niestety skutecznie nas zniechęcił.


Kaldidalurem dojeżdżamy w okolice znanego nam z pierwszego dnia Pingvellir i tym samy zamykamy koło wokół Islandii.

Absolutnym hitem i unikatem wyspy są gorące rzeki, w których można się kąpać. Jednym z takich miejsc jest dolina Reykjadalur leżąca obok miejscowości Hveragerdi niedaleko Selfoss. Jeżeli tylko pogoda pozwala jest to obowiązkowy punkt programu. Dojazd do parkingu jest dobrze oznaczony. Trzeba wziąć pod uwagę konieczność ponad godzinnego dojścia do rzeki aczkolwiek spacer jest w urokliwej górskiej scenerii. Dochodzimy do doliny, w której płynie gorąca rzeka mieszając się z zimnym strumieniem.


W konsekwencji powstaje rzeczka o przyjemnej temperaturze 38st, w której są naturalne baseniki. W centralnej części są nawet przygotowane drewniane podesty oraz wiatrochrony umożliwiające chociaż minimum prywatności w trakcie przebierania.


Ostatni dzien kończymy na półwyspie Reykjanes na pożegnanie zahaczając jeszcze o mniejsze ale dość aktywne pole geotermalne Krusuvik. To właśnie tutaj doszło swego czasu do wybuchu w trakcie próby robienia odwiertu w poszukiwaniu energi z wnętrza ziemi.


W okolicach Keflavik, w zachodniej części półwyspu jest kilka kempingów (zdecydowanie tańszych niż pozostałe) co jest doskonałym rozwiązaniem na ostatnią noc przed wylotem. Dojazd na lotnisko to nie więcej niż 10-15minut i wracamy do ciepłych krajów…

 

 

6 thoughts on “Islandia | Samochodem i z namiotem kiedy Słońce nie zachodzi

  1. Bardzo inspirujący wpis! Nasza ekipa bloga TamBylcy (jak chyba wszyscy odkąd uruchomiono tanie loty na Islandię ;)) też się wybiera w tamte strony, na pewno skorzystamy z waszego opisu!

    Like

  2. Dobre zdjęcia, dobry opis 🙂 Można się na niej wzorować. I polecam sama ją gorąco, bo też zrobiłam podobną trasę, teraz myślę o wyjeździe właśnie latem w czerwcu na Islandię, żeby zmierzyć się z Interiorem.

    Like

Leave a reply to Zza Grubych Szkieł Cancel reply