Pytasz: czemu Mumbaj? No, pewnie żeby zobaczyć miejsca, w których bywał Lin. Tylko, ze on jakoś nigdy nie dotarł do Hampi. A Goa? Czasem tez można zahaczyć o plaże i wtopić się w tłum indyjskich turystów szukających odpoczynku na zachodnim wybrzeżu Indii. Głównie indyjskich bo to dopiero początek sezonu i niewielu tu jeszcze przybyszy z zagranicy.
Mumbaj – widzę, ze uparcie jednak nazywasz go Bombajem – jest jakoś takim wygodnym punktem, od którego można rozpocząć kontakt z południowo-zachodnim regionem. Wiedziałem, ze będzie tam ciepło ale i tak przed wyjazdem sprawdzałem prognozę pogody. Aplikacja w telefonie zwykle krótko podsumowuje aktualną pogodę jednym słowem: dla Hampi było to „słonecznie”, dla Londynu „deszcz” a dla Mumbaju „smog”. Ale czego się spodziewać po ponad dwudziestomilionowej metropolii? No właśnie, z Krakowa jesteś to wiesz co mam na myśli.
Nad Mumbajem to za bardzo nie ma co się rozwodzić. Przylatujesz z Europy więc zwykle będzie to środek nocy. I dobrze, bo spać się nie chce przez różnice czasu. Potem jeden dzień na aklimatyzację w Indiach i możliwość przypomnienia sobie fantastycznych smaków tego kraju. A pod tym względem to miasto obfituje w mnóstwo możliwości. I znów ten Lin pojawiający się co chwila w innym miejscu: Leopold Cafe i Colaba Causeway, hotel Taj Mahal, Brama Indii, zatłoczona wieczorem Marine Drive czy niedostępny w czasie przypływu meczet Haji Ali. Monumentalna zabudowa z czasów kolonialnych dzielnicy Fort z dworcem PKP na czele. Kiedyś nazywany Victoria Terminus dzisiaj nosi dumną nazwę Chhatrapati Shivaji Maharaj Terminus.

Pewnie i byśmy zostali tu dłużej bo mumbajski tłok i harmider tak jakoś wciąga ale czas otrzeć się o historię i religijny klimat ruin Hampi. A to jak widzisz na mapie wcale blisko nie jest. Najpierw godzinny lot krajowymi liniami do Hubli w sąsiednim stanie Karnataka. Wiedziałeś, ze tutaj w każdym stanie mówi się w lokalnym języku? Hindi i angielski to oficjalne języki w Indiach ale oprócz tego w każdym stanie mówi się tez w lokalnym, który zwykle ma w tym stanie status języka urzędowego. W stanie Maharasztra (Mumbaj) pogadamy w marathi a w sąsiedniej Karnatace w języku kannada. Tak, zgadza się, dla mnie to bez różnicy bo jedyną szansą na nić porozumienia pozostaje angielski.
A widzisz, lotnisko w Hubli to jeszcze nie koniec. Teraz łapiesz rikszę i pędzisz z dwadzieścia minut na dworzec kolejowy. Dworzec w Hubli to nie w kij dmuchał. Też nie wiedziałem ale to właśnie tutaj jest najdłuższy peron kolejowy na świecie. Od niedawna, bodajże w zeszłym roku go wydłużyli i stał się „naj” ze swoim 1,5km długości.
I tu się mylisz. Koleje indyjskie to nie PKP, że idziesz do okienka i kupujesz bilet i jedziesz. Mowisz, że w PKP też nie kupisz w okienku bo nie ma okienka? To może i lepiej bo te indyjskie shinkanseny nie będą dla ciebie takim zaskokiem. Bilet trzeba kupić z dużym wyprzedzeniem i jeszcze najlepiej , żeby dzień wcześniej już miał status CNF co da ci komfort posiadania swojego miejsca. Koleje indyjskie to największe linie kolejowe na świecie i to nie bez powodu bo tez jeździ nimi codziennie sporo ludzi. Rozpoznanie i zrozumienie całego systemu rezerwacji miejsc i kupowania biletów to przygoda sama w sobie. Dość wiedzieć, że bilet można kupic przez internet na 30 dni wcześniej aby komfortowo podróżować w przyzwoitej klasie AC2 lub AC3 ciesząc się własnym miejscem na kozetce.

Do samego Hampi pociągiem nie dojedziesz lecz do Hosapete ale to jakieś 20 minut tuktukiem. Na dworzec jeszcze wrócimy bo stąd odjeżdżają również pociągi w kierunku Goa.
A ty ciagle o tych plażach. Dla nas sensem tego wyjazdu było właśnie Hampi. Więcej poczytasz sobie w Wikipedii lub osobnym wpisie, teraz powiem tylko, że to bardzo rozległy obszar, na którym rozrzucone są pozostałości po upadłym w XVI wieku hinduskim imperium Vijayanagara. Słusznie się dziwisz. Przecież wtedy prawie całe Indie były kontrolowane przez muzułmańskich władców. No, właśnie, prawie. Vijayanagara przez kilkaset lat opierało się zakusom Wielkich Mogołów kontrolując obszar od Hampi po samo południe Indii. A obecne Hampi było stolicą państwa.

Na terenie Hampi jest pare zabytków muzułmańskich ale przede wszystkim jest to kompleks hinduistyczny. Nie chcesz zagłębiać się w szczegóły tej starej religii? Ale i tak parę podstawowych pojęć warto poznać. Bez tego zwiedzanie Hampi to jakoś tak słabo wypadnie. Lubisz porządek więc powiem, że spotkasz świątynie poświęcone dwóm głównym bogom hinduistycznego trimurti: Siva i Wishnu. Trzeci to Brahma, tutaj wielki nieobecny. Nie łap mnie za słowa, może i jest tutaj lecz zdecydowanie nie jest tak eksponowany. Każdy z tych bogów ma potomków, „żony” w różnych postaciach, awatary, pomocników oraz sam przybiera różne niekiedy zaskakujące formy. Hinduizm ma bogatą symbolikę oraz mitologię opisaną np. w wielkim dziele jakim jest Ramajana. Dobrze, nie będę się rozpędzał. Pokrótce, ta bogata symbolika pozwala zrozumieć w jakiej świątyni jesteśmy. Jeżeli przed wejściem do głównego miejsca świątyni siedzi byk to bez wątpienia jest to Nandin, pomocnik Sivy. Idąc dalej za jego wzrokiem prędzej czy później znajdziemy Siva lingam będący najważniejszym symbolem tego boga.

Pytasz o tego dziwnego słonia? To Ganesha, bodajże najpopularniejszy bóg w Indiach. Jak coś rozpoczynasz i liczysz na powodzenie i brak przeszkód idziesz do Ganeshi. Prywatnie słoniogłowy grubasek jest synem Sivy a będzie mu towarzyszył zawsze szczur.
Boga Vishnu reprezentuje w Hampi zdecydowanie więcej postaci. Jednym z najbardziej widocznych jest Hanuman, czyli dowódca małpiej armii sam zresztą małpą będący. Hanumana do życia powołała Ramajana. To właśnie on pomaga Ramie uratować jego żonę Sitę z opresji. A jakiż to ma związek z Vishnu? Rama jest inkarnacją, awatarem Vishnu. Podobnie zreszta ma się sprawa z Krishną. Ten niebieskoskory romantyk i podrywacz często przedstawiany jest w momencie jak gra na flecie. Podobno w ten sposób przykuwał uwagę pasterek kiedy sam pasterstwem się trudził. Jak chciałbyś nieco więcej poczytać o tej fascynującej i bardzo starej religii odsyłam tutaj.

Praktycznie większość świątyń w Hampi to muzea. Lub jak mówią tutejsi: „Sir, no God here, Sir”. Bez wątpienia prawdziwą żywą świątynią jest Virupaksha poświęcona Sivie. Codziennie rano i wieczorem odbywa się tutaj puja, czyli modlitewna ceremonia. Z tego powodu, ze to nie muzeum można tu wejść jedynie na bosaka. I warto uważać, bo na posadzkach jest ślisko od oliwy z lampek ofiarnych. Rozumiem, ze może ci się to nie podobać ale jednym z bardziej słynnych lokatorów świątyni jest słonica Lakshmi, która za drobną opłatą może pobłogosławic cię trąbą. Chętnych nie brakuje. Aha, nie mówiłem. Krowy tez tam są zawsze. A na gopurach zobaczysz siedzące małpy oraz sowy.

Długo by mówić. Dwa dni i skuter (lub riksza) pozwolą ci spokojnie zobaczyć wszystko co trzeba. I zachody słońca ze wzgórz. I zycie nad brzegiem rzeki gdzie do transportu używa się dużych koszy. I świątynie przypominające kambodżański Angkor. I miejscowości gdzie jak będziesz miał ochotę zatrzymasz się na homestay’u poznając codzienne zycie ulicy. Lubisz treningi? To zapraszam do liczenia kroków w fantastycznej scenerii. Więcej praktycznych uwag i szczegółów na temat organizacji zwiedzania tutaj.

Obiecałem, ze wrócimy na dworzec do Hosapete. Trzy razy w tygodniu zatrzymuje się tutaj pociąg ze wschodnich Indii do Vasco da Gama w Goa. Nasz cel to południowa cześć Goa wiec wysiadamy po dziewięciu godzinach w Madgeon. Czemu na południe? Jesteśmy tu dziewięć miesięcy po ataku Rosji na Ukrainę i jakoś niespieszno nam trafić w miejsca, które Rosjanie traktują jak swoje. Północne Goa to niestety ich ulubiona destynacja wspierana przez sporą ilość czarterów z bezpośrednimi połączeniami i z mnóstwem resortów. Co kto lubi. Ostatnia rzecz, której potrzebuje to szyldy w restauracjach z ruskimi napisami.
No, dobra. Obok dworca w Madgeon jest postój prepaid taxi. Po drugiej stronie dworca mniemam, że jest postój dla lokalsow, którzy prepaid pozostawiają turystom. Niemniej całkiem sprawnie w nieco ponad godzine jesteśmy w Agondzie.

Listopad to początek sezonu wiec z noclegami nie ma kłopotu. Bez problemu kolejne noclegi można znaleźć na miejscu, generalnie od 30 do 50%taniej niż te oferowane przez booking. Mówisz, że jak się śpi przy samej plaży to musi szumiec? No, może w Krakowie. Przez dwie noce ciężko było się przyzwyczaić do tego huku oceanu. Mieliśmy chatkę na samej plaży i miałem wrażenie, ze ten huk nas zmiecie. Na szczęście nasza chatka przylegała do baru, w którym grupka Czechów na męskim wyjeździe doskonale się bawiła, po północy przejmując kontrole nad muzyka. Jako ze nie bardzo chcieliśmy przysłuchiwać się czeskim piosenkom i chóralnym śpiewom zatykaliśmy sobie uszy stoperami. I Czesi i huczący ocean odpłynęli w niebyt.
Bodajże najbardziej znanym miejscem w tej części Goa jest Palolem. Taka nieco większa Karwia. Zdecydowanie większe niż Agonda i bardziej zatłoczone. Knajpek w bród. Duży wybór noclegów. Na pewno wieczorem więcej się tutaj dzieje niż w Agondzie. Natomiast same plaze wszedzie tutaj są równie śliczne: szerokie, czyste i oczywiście z palmami. Super opcja to skuter, na którym można skakać z zatoczki do zatoczki. Poza tym, że ruch lewostronny to wzdłuż morza można przemieszczać się całkiem komfortowo. Pytasz o formalności? 400 do 600 rupi za dzień i telefon na Whatsupie do właściciela. Benzyna w butelkach w prawie każdym sklepiku przy drodze. Kask obowiązkowy dla kierowcy tylko.

Obraz Goa pewnie nie do końca byłby kompletny bez wspomnienia o Panaji i Old Goa. Panaji, stolica stanu, to kawałek Portugalii w Indiach. Dzielnice ze śliczną kolonialną zabudową, portugalskie nazwy knajpek, takowe jedzenie. Duży wybór noclegów w tradycyjnych portugalskich domach. Rzeczywiście stara cześć miasta mocno kontrastuje z tym do czego przyzwyczajają nas Indie. Panaji jest dobrym miejsce na dwudniowy postój i jest dobrą baza wypadowa do Old Goa. Tu z kolei z noclegami mogłoby być krucho. Natomiast jest to miejsce, w którym jest bodajże największe skupisko kościołów katolickich na metr kwadratowy. No, pewnie ze nie mierzyłem ale dosłownie na podwórku jednego kościoła zbudowali drugi. I trzeci. Nie wszystkie są aktywne, część to muzea. Największe wrażenie robi Bazylika Bom Jesus, która akurat w tym czasie gościła potężną pielgrzymkę. W konsekwencji wybudowali wielkie namioty, które skutecznie zasłaniały fasadę. Niemniej wrażenie jest ogromne kiedy się patrzy na skupionych pielgrzymów w kolorowych sari uczestniczących w katolickiej mszy. Było nie było Indie zdecydowanie bardziej kojarzą się z celebracjami ku czci bogów z hinduistycznej nomen omen trójcy. Z tym, że koncepcja ich trójcy pojawiła się dużo wcześniej niż tej chrześcijańskiej.

Goa żegnamy odlatując liniami lokalnymi do Mombaju. Przelatujemy na ten sam terminal, międzynarodowy. Ale na hali przylotów wychodzimy bramką z drugiej strony rozległej hali. Tu tez jest preapaid taxi. Miły zaskok, tutaj kurs do centrum jest blisko o polowe tańszy niż ten kupiony na stoisku bliżej wyjścia przylotów międzynarodowych. Następnym razem jak wrócimy do Mombaju będziemy mądrzejsi. Bo na pewno tu wrócimy.


4 thoughts on “Indie | Mumbaj, Hampi i Goa”