Namibia | Samochodem z namiotem w dwa tygodnie od Sesriem do Epupa Falls

Namibia? A gdzie ona właściwie jest? Coś tam w głowie świtało: że niemiecka kolonia; że można wziąć samochód i spać na dziko; że mają diamenty; że w sumie bezpiecznie choć gdzieś na drugim końcu Afryki.

W miarę czytania z mroków niewiedzy wyłania się powoli coraz to bardziej klarowny obraz tego pięknego kraju. Nie do końca wszystko się zgadza z wcześniejszymi przekonaniami. Doskonała reporterska książka Wojciecha Rogali „Witamy w białej Afryce” dużo miejsca poświęca śladowi jaki na namibijskich piaskach odcisnął ciężki bucior niemieckiego kolonizatora. Niemieckie wpływy wyraźnie są widoczne w miastach na wybrzeżu jak na przykład Swakopmund, gdzie polskie oczy zamykają się na widok nazw ulic w stylu Bismarckstraße a pomniki z czarnym krzyżem znanym z filmów wojennych upamiętniające niemieckich żołnierzy walecznie eksterminujących lokalną ludność jakoś nie zachęcają do złożenia kwiatów.

Fakt, w Namibii można czuć się bezpiecznie. Głęboko tkwiący w podświadomości stereotyp dzikiej i niebezpiecznej czarnej Afryki tu nie ma szansy przetrwania. Doskonała sieć dróg, przewidywalność, infrastruktura i  udogodnienia sprawiają, że organizacja samodzielnego wyjazdu nie wydaje się wyzwaniem ponad siły. Mit spania na dziko również dość szybko upada. Owszem, można wziąć samochód z namiotem na dachu ale spać będziemy jedynie w przeznaczonych do tego miejscach. Chociaż wiele z kempingów jest doskonale wyposażonych to niektóre rozłożone na wielkim obszarze dają poczucia faktycznego spania na dziko gdzie wokoło nie widać absolutnie nikogo.

Założenie było proste: mamy nieco ponad dwa tygodnie i nie boimy się jazdy po lewej stronie szutrowych dróg. Skupiamy się na centralnej i północnej części kraju nastawiając się na obserwowanie zwierząt i odwiedzanie lokalnych społeczności. Noclegi rozkładamy mniej więcej po połowie: lodge i kampingi gdzie śpimy w namiotach na dachu.

Procedury przylotowe na lotnisku w Windhuk przebiegły bardzo sprawnie. Mamy wykupione przez internet Holiday Visa a pod ręką wszelkie wydruki wymaganych dokumentów dzięki czemu sprawnie przechodzimy przez odprawę. Czekając na bagaż jedna osoba rejestruje na siebie trzy karty SIM w sąsiednim punkcie operatora komórkowego. W odróżnieniu od punktu na hali przylotów nie ma tu żadnej kolejki. Z bagażem w ręku zaopatrujemy się w tutejsze dolary w bankomatach. Limit jednorazowej wypłaty to 2000NAD więc operację powtarzamy kilkukrotnie a skoro nie ma prowizji to ta procedura szczególnie nie boli.

Kierowca z wypożyczalni już czeka. To chyba już standard, że w cenie wynajmu samochodu jest transport z i na lotnisko. Cała procedura wynajmu samochodów zajmuje prawie dwie godziny. Jednak koncepcja samochodów terenowych wyposażonych w dachowe namioty sprawia, że trzeba poświęcić trochę uwagi na ogarnięcie kruczków związanych z obsługą namiotów. Trzeba też ogarnąć tajniki obsługi samochodu 4×4 i samego sprzętu biwakowego: reduktor i zmiana napędu, regulowanie ciśnienia w oponach w zależności od nawierzchni, wymiana kół, dwuakumulatorowy system zasilania, podwójny 160 litrowy zbiornik paliwa, zbiornik na wodę, kompresor i wiele innych ciekawostek.

Samochody ruszają. Najpierw powoli i pod prąd aby z czasem dostosować się do lewostronnego ruchu. Jesteśmy parę kilometrów za miastem więc ruch nie jest duży i można spokojnie poćwiczyć. W mieście robi się nieco bardziej dynamicznie i już na pierwszym większym skrzyżowaniu wrzucamy kierunkowskaz przełącznikiem wycieraczki. Jak się okaże, ten nawyk zostanie z nami na dłużej. Chwała Allachowi, że mamy samochody z automatyczną skrzynią!

Pomimo tego, że jest niedziela znajdujemy centrum handlowe ze Sparem gdzie robimy zakupy na parę dni. Przed nami parę godzin jazdy drogą przez przełęcz Spreetshoogte. Do Rehoboth jedziemy asfaltem. Tam na stacji uzupełniamy na maxa paliwo i pozwalamy obsłudze spuścić ciśnienie w oponach do 1.8b. Dalsza droga to będzie gravel. Nasz pierwszy gravel i jak się okaże również nasz pierwszy kamień w szybę, tak na dobry początek.

Pomimo tego, że droga jest w górach i jest kręto jedzie się wygodnie. Chociaż jeszcze nie tak dawno były niezwykłe jak na Namibię ulewy droga jest w dobrym stanie a częste brody rzeczne to tylko suche doły.

Zachwyty pierwszego dnia powodują, że na kempingu meldujemy się już po zachodzie słońce aczkolwiek jeszcze przed zapadnięciem ciemności. Z racji tego, że bramy parków i kempingów zamykane są właśnie o zachodzie słońca daje to możliwość panu na bramie udowodnienia nam, że szlaban nie otwiera się sam i na pewno nie od razu.

Sesriem to baza wypadowa na wydmy Sossusvlei. Stawiamy się następnego dnia na godzinę przed wschodem słońca. Brama wewnętrzna z kempingu do parku daje nam możliwość wjechania na godzinę przed otwarciem zewnętrznych bram parku i zobaczenia wschodu słońca z wydmy 45. Po tym porannym seansie jedziemy dalej do końca asfaltu – 60km od kempingu – a tam uruchamiamy procedurę spuszczenia powietrza do 1.5b aby móc pokonać ostatnie 6km przez głęboki piach. Celem jest dotarcie do słynnej Deadvlei – zasuszonej doliny, w której stoją zmumifikowane kilkusetletnie akacje pięknie prezentujące się na tle czerwono-pomarańczowych wydm.

W drogę powrotną ruszamy przed 11 kiedy słońce nieźle już przygrzewa. Po pokonaniu sześciokilometrowego odcinka piachu po raz pierwszy odpalamy nasze wielgachne kompresory i uzupełniamy z powrotem powietrze.

Po południu ruszamy na godzinne zwiedzanie pobliskiego kanionu Sesriem, który tym razem jest częściowo zalany blokując nam dojście do jego wschodniej części. Dzień kończymy zachodem słońca z najbliżej położonej wydmy Elim. Najbardziej wytrwała część grupy pokonuje coraz to kolejne wzniesienia człapiąc w głębokim piachu łudząc się, że właśnie za tym szczytem będzie piękny widok na czerwoną kulę zachodzącego słońca. Złudne to, bo aż po zachodni horyzont roztaczają się coraz to wyższe wydmy.

Tego dnia mamy okazję po raz pierwszy złożyć nasze namioty w świetle dziennym. Wschód słońca tym razem witaliśmy w ich wnętrzu całkiem świadomie delektując się warkotem ciężarówki stojącej z włączonym silnikiem na sąsiednim stanowisku. Dzisiaj mamy do pokonania około 350km po całkiem niezłych drogach. Pierwszy postój przypada dość szybko w nieodległym Solitaire. Sesja z wrakami samochodów, szukanie wiewiórek, tankowanie paliwa, doskonałe espresso i w drogę.

Niecałe 150km od Sesriem budujemy plan pod sesję fotograficzną ze znakiem oznaczającym, że właśnie znajdujemy się na Zwrotniku Koziorożca. Trochę biadolenia, że pod słońca ale w sumie fajnie, że jesteśmy sami. No, tak, rzut oka na okolicę: po drugiej stronie również jest taki sam znak i oczywiście doskonale oświetlony.

Zbliżając się do Kanionu Kuiseb krajobraz zmienia się. Równomierne kopulaste wzgórza porośnięte trawą przywodzą na myśl Chocolate Hills z filipińskiej wyspy Bohol. Droga wiedzie wśród coraz to bardziej skalistych wzniesień, mijane punkty widokowe nie zachwycają. Te bardziej odległe od drogi wymagają permitu, którego nie mamy  a droga, która do nich wiedzie również nie zachęca.

Niedaleko za skrzyżowaniem naszej drogi C14 z D1988 zjeżdżamy na przydrożny parking – a nuż będzie jakiś widok. Widok był i nie powalał lecz niecałe 100 metrów od parkingu rosło parę drzew kołczanowych co wyjaśniało lokalizację parkingu w tym właśnie miejscu. Ten osobliwy sukulent jest odmianą aloesu rosnącą tylko w tym rejonie Afryki. Z pustych w środku rurowatych gałęzi członkowie społeczności San robili kołczany na swoje, zwykle zatrute strzały. Radość w grupie jest niezmierna bo chcąc zobaczyć te drzewa byliśmy skłonni na początku nadłożyć sporo drogi na południe Namibii gdzie występuje ich więcej. Odpuściliśmy z żalem bo to dość daleko a tu taka niespodzianka!

Następny cel to Walvis Bay. Paskudnie się dłuży droga. Droga zwykle prosta i niespecjalnie ciekawa. Ostatni spory odcinek to już asfalt, na którym widać coraz to więcej białego solnego nalotu. Niebywałe ale na odcinku około 30km temperatura spada o ponad 10 stopni! Wyraźnie czuć zimny wpływ Atlantyku. Zasypiając nad kierownicą mkniemy do Walvis Bay gdzie będą na nas czekać flamingi. Flamingi nie czekały. Pomimo tego, że pytaniem było jedynie jak dużo ich będzie a nie czy będą, nie było ani jednego różowego ptaka. Poszwendaliśmy się jeszcze trochę po okolicznych solniskach i ruszyliśmy do hotelu w Swakopmund.

Jak na Afrykę to wcale ciepło nie było. W ruch poszły puchówki. Na szczęście nie zamierzaliśmy tu dłużej zabawić i po porannych zakupach ruszyliśmy dalej – wzdłuż Wybrzeża Szkieletowego na północ do Cape Cross.

Po drodze krótki zjazd na spotkanie ze słynnym wrakiem statku Zeila gdzie od razu jesteśmy przywitani i otoczeni opieką przez grupkę miejscowych sprzedawców pamiątek.

Cape Cross to rezerwat, w którym obcujemy z kolonią uchatek. Nie wchodząc w szczegóły systematyki to takie sympatyczne włochate foki, które fokami nie są. Żyją na lądzie w wielotysięcznej kolonii i niestety w dość uciążliwym smrodzie. Po raz pierwszy zasmarkana część z nas zmagająca się od kilku dni z przeziębieniem i prawie całkowitą utratą węchu chwali pod niebiosa swoją niedyspozycję patrząc jak inni owijają swoje nosy chustami. Ciężko wyobrazić sobie aby zostać tu na piknik i coś zjeść. Teren jest przygotowany do zwiedzania; chodzi się po drewnianych pomostach, z których jest doskonały widok na tysiące drących się w niebogłosy zwierząt. Wszystko się rusza: matki skaczą do wody aby coś upolować, na falach unoszą się te, które już polują. Inne wyłażą z oceanu ociekając wodą i rykiem nawołują swoich małych. A gówniarze rozłażą się wszędzie i w tym tłoku albo są rozdeptywane przez inne duże pędzące gdzieś uchatki albo się gubią w tłumie i prędzej czy później stają się pokarmem dla mew lub czyhających na okazję szakali.

Po wizycie u uchatek cofamy się do Henties Bay do drogi D1918 i kierujemy się do niesamowitego kempingu w Spitzkoppe. Przyjeżdżając tu późnym popołudniem rozumiemy co oznacza zasada „kto pierwszy ten lepszy” i przez ponad godzinę szukamy wolnego miejsca do rozłożenia namiotu.

Kolejny dzień nie jest wymagający pod względem kilometrów. Do Omaruru Game Lodge mamy stąd 180km. Przedpołudnie poświęcamy więc na delektowanie się parkiem w Spitzkoppe. Koniecznie wizyta w Łuku Skalnym, która utwierdza nas w przekonaniu, że zrobione przez nas zdjęcia są identyczne z miliardem tych, które są w sieci. Rock Pool zaskakuje nas wodą – zwykle ten skalny basen jest suchy lecz dzień wcześnie przeszła tędy burza więc pewnie jeszcze przez parę dni woda nie wyschnie. Widoki na skały w Spitzkoppe są niesamowite i wcale nie byłoby tu karą zostać na dwie noce.

Na koniec zostawiamy sobie mini safari. W centralnym puncie parku  – Small Bushman’s Paradise – spotykamy lokalnego przewodnika, z którym naszymi samochodami jedziemy do zamkniętej części parku. Tam pełni zachwytu spotykamy nasze pierwsze zebry oraz wytężamy oczy aby zobaczyć coś sensownego w zatartych skalnych rytach pozostawionych dawno temu przez Buszmenów.

W Omamruru Game Lodge zostajemy dwie noce na maxa obcując z tutejszymi zwierzakami i odpoczywając od codziennej walki z rozkładaniem namiotów.

Kolejny nocleg mamy zaplanowany w Mowani Camp w Twyfelfontein. Niby tylko 250km ale sporo rzeczy do zobaczenia po drodze. Drodze, która jak się okazuje dość mocno została nadwerężona niedawnymi ulewami. Jedzie się nie za szybko a i krajobraz jest dość monotonny.

W Omaruru jest okazja do zrobienia zakupów w tutejszym Sparze, zatankowania, zaczerpnięcia z bankomatu. Z obawy o jakość drogi jedziemy trochę naokoło C35 przez Uis. Za skrzyżowaniem z D2344 przystanek koło przydrożnych straganów określanych jako Herero Market. Kilkanaście drewnianych straganów z przeróżnymi pamiątkami. Do tego panie Herero w swoich kolorowych sukniach i równie kolorowych kapeluszach przyozdobionych charakterystycznym wałkiem symbolizującym krowie rogi. To właśnie tutaj mamy okazję nabyć ich słynne kolorowe laleczki, które robią na miejscu szyjąc je na sfatygowanych maszynach Singer.

Widać, że nie muszą narzekać na brak klientów. Wygodna lokalizacja tuż przy głównej drodze sprawia, że co chwilę zatrzymują się tutaj samochody i każdy rusza na zakupy. W tym samym czasie do samochodów podchodzą dzieci z plastikowymi baniakami prosząc o wodę a my kucając przy naszych samochodowych kranikach zamieniamy się w automatyczny dystrybutor opróżniając niemal do zera nasze zbiorniki.

Do wioski kulturowej Damara Living Museum dojeżdżamy drogą D2612. To nasze pierwsze doświadczenie z tego typu miejscem. Doceniamy fakt, że nikt tutaj nie ściemnia jak było w przypadku późniejszej wizyty w wiosce Himba za Opuwo. Jest to miejsce pracy ludzi ze społeczności Damara, którzy na co dzień żyją w, jak to określają „modern village”.

Sama wioska jest malutka. U wejścia jest recepcja gdzie zostajemy powitani przez uśmiechniętego pana, który będzie naszym opiekunem i tłumaczem. Jeszcze tylko kupujemy bilety i ruszamy do środka tego żywego muzeum.

Wokół małego placyku stoją małe chatki z patyków. To stanowiska, które odwiedzamy po kolei i zapoznajemy się z różnymi przykładami codziennych czynności: panie obrabiają kozie skóry, pan szlifuje kawałek metalu robiąc z niego nożyk, dwóch panów gra w skomplikowaną grę przesuwając kamienie pomiędzy dołkami. Każdy z gospodarzy swojego stanowiska opowiada o tym co robi a my mamy okazje posłuchać ich lekko „mlaskającego” języka. Później będziemy mieli okazję się przekonać, że to kląskanie to nic w porównaniu z tym jak mówią ludzie z plemienia San żyjący obecnie na północnym wschodzie Namibii.

Nasz przewodnik tłumaczy nam wszystko. W jednej z chatek mały – na oko może dwuletni chłopiec ze zwisającym z nosa gilem kryje się za mamą patrząc na nas i z przerażeniem ssie kciuka. „To nic” – mówi przewodnik. „Wczoraj było gorzej bo strasznie płakał. Wtedy po raz pierwszy zobaczył białego”. I od razu tak jakoś zrobiło się nam miło…

Potem, kiedy ruszamy na kilkunastominutowy bushwalk i jeden z towarzyszących nam „myśliwych” pudłuje z odległości 15cm ze swojego łuku do tekturowej sfatygowanej makiety tutejszej „sarenki”, wyjaśnia nam, że wioska kulturowa to też okazja dla nich aby uczyć młodych coraz bardziej zapominanych tradycji i dawnego stylu życia.  Aktualnie nikt z nich nie ugania się za antylopami na golasa, przepasany jedynie kozią skórą i z małym łukiem zrobionym z patyka. Na koniec jeszcze, kiedy już się żegnamy wyszukujemy na Spotify playlisty z obecną muzyką wykonywaną przez artystów z plemienia Damara, których słuchają w barach swojej „modern village”’.

Wioska to miejsce komercyjne czego nikt nie próbuje ukrywać. Nie dziwi więc, że przed wyjściem przechodzimy przez sklep z pamiątkami. Bardzo ładnie wykonane wyroby, w dużej mierze zrobione z twardych skorupek strusich jaj. Oprócz ceny każdy wyrób ma oznaczenie osoby, która to zrobiła. W kasie każdy zakup jest skrupulatnie rejestrowany w wielgachnej księdze i na podstawie etykietki przypisywany do właściwego wykonawcy.

Twyfelfontien to miejsce słynące z buszmeńskich rytów skalnych. Od Damara Living Museum mamy tam tylko parę kilometrów. W Visitor Center kupujemy wcale nie tanie bilety i przyłączamy się do obowiązkowego przewodnika, który zabiera nas na ponad godzinną wycieczkę w pobliskie skały. W porównaniu z tym co widzieliśmy w Spitzkoppe tutejsze naskalne malunki rzeczywiście coś przedstawiają, głównie zwierzęta. Nasz przewodnik opowiada nam jak zawiłe treści i przesłania ukryte są w tych symbolicznych rysunkach a my staramy się w to uwierzyć.

Następnego dnia planowaliśmy ruszyć na safari w poszukiwaniu tutejszych pustynnych słoni. Ale z kim nie rozmawialiśmy to przekonywali nas, że w związku z niedawnymi obfitymi deszczami słonie przeniosły się kilkadziesiąt kilometrów na wschód i trzeba byłoby daleko jechać. Może to i dobrze bo mamy przed sobą jeden z najdłuższych odcinków: do Opuwo gdzie się zatrzymamy jest 350km co przekłada się, wg Tracks4Africa, na ponad 6 godzin samej jazdy.

Mówiąc o mapach to do planowania fantastycznie się sprawdza sieciowa wersja Tracks4Africa. Z wypożyczalni mieliśmy nawigację również z T4A ale była paskudnie nieprzyjazna i nieintuicyjna. W sumie używaliśmy jej nastawiając się do końcowego punktu jednocześnie wspomagając się nawigacją MapyCZ lub GoogleMaps, które świetnie sprawowały się w orientowaniu do punktów pośrednich. Również jako mapy topograficzne do pieszych wycieczek najlepiej wychodziły MapyCZ lub OSM. Nie trzeba wspominać, że wszystko mieliśmy w wersji offline bo z zasięgiem internetu z komórki jednak w większości miejsc był problem.

Skoro był problem z zasięgiem komórek to był tez problem z komunikacją między samochodami. Mieliśmy krótkofalówki z teoretycznym zasięgiem do 5km. Był on osiągalny jedynie na idealnie płaskich terenach. W praktyce było dużo gorzej. Jadąc po gravelu potwornie się kurzy więc odległość od samochodów to minimum 1km a w praktyce ponad 3km. Do tego mocno pofalowany teren, skały, zakręty. Dodatkowo zasięg samochodu jadącego z przodu jest mocno tłumiony przez pełną żelastwa „pakę” z tyłu samochodu – pomagało nieco wychylanie się przez okno samochodu.

Opuwo to główna „metropolia” Kaokolandu. Jadąc dalej na północ w kierunku wodospadów na granicznej rzece Kunene każdy tutaj musi się zatrzymać. Mamy do wyboru kilka supermarketów, sporo stacji benzynowych i lokalny ryneczek gdzie można nabyć drewienka do okadzania ciała, ochrę do jego nacierania i sandały zrobione z opony. Na nocleg wybieramy Kaoko Mopane Lodge leżący parę kilometrów od miasta nad brzegiem zwykle wyschniętej rzeki. Dojazd do hotelu oferującego zakwaterowanie w domkach jest na ostatnich 2-3km wyjątkowym off-roadem i nie ma co myśleć o dojechaniu tam zwykłym samochodem.

Celem wizyty w Kaokolandzie jest odwiedzenie wiosek plemienia Himba i złapanie oddechu nad wodospadami Epupa Falls na granicy z Angolą. 180km między Opuwo  a Epupa nie umożliwia rozwinięcia nadmiernych prędkości – można liczyć co najwyżej na średnią 40km/h na całym dystansie. Z jednej strony tarka a z drugiej ponad 200 mniejszych lub większych brodów do pokonania. Nie są zbyt wymagające ale na pewno prędkość spada tam do ok 5km/h. I tak co kilkaset metrów.

Około 40km za Opuwo mamy możliwość odwiedzenia wioski kulturowej Ovahimba. Zasady podobne jak w przypadku Damara Living Museum: bilet, przewodnik, zapoznawanie się z codziennymi czynnościami i wizyta w sklepie z pamiątkami. W przeciwieństwie do Damara tutejsze rękodzieło aż tak bardzo nie zachwyca, no może poza „kultowymi” bransoletkami wykonanymi z rur PCV, które są pamiątkarskim znakiem rozpoznawczym Himba.

Im bliżej Epupa tym krajobraz staje się inny. Więcej zieleni i wreszcie pojawiają się upragnione baobaby. W rzadkim buszu coraz częściej widzimy rozrzucone między drzewami kopulaste chatki prawdziwych wiosek Himba. W przejeżdżanych brodach rzecznych coraz częściej pojawia się też woda.

W Epupa  zostajemy dwie noce. Stan wody w rzece Kunene jest bardzo wysoki więc wodospady prezentują się wyjątkowo okazale. Jest czas na krótkie parokilometrowe trekkingi na okoliczne punkty widokowe i naładowanie baterii. Udaje się również zrealizować wizytę w okolicznej prawdziwej wiosce Himba przy wsparciu lokalnego przewodnika i tłumacza.

Wyjazd kolejnego dnia już o 7 rano. Czeka nas daleka droga – 450km do pierwszego noclegu na terenie parku Etosha na kempingu Olifantsrus. Punktem krytycznym jest brama parku – Galton Gate, która jest zamykana na głucho równo z zachodem słońca. Nasz kemping jest oddalony od bramy około jedną godzinę jazdy więc musimy być na czas aby nas nie zatrzymali na bramie.

Drogę do Opuwo już znamy. Od Opuwo miła niespodzianka: aż do samego parku mamy asfalt, który poprawia znacznie prędkość i komfort oraz przede wszystkim zmniejsza ryzyko złapania gumy.

Pare kilometrów przed Galton Gate zatrzymujemy się na punkcie kontroli sanitarnej. Jakoś nam umknęło, że wracamy ze strefy czerwonej i nie ma mowy o wwożeniu surowego mięsa. Musimy stanąć na poboczu, odpalić butlę gazową i podsmażyć na żeliwnej patelni nasze surowe kiełbaski do grillowania. Jeszcze ciepłe pokazujemy strażnikowi i z uśmiechem zostajemy przepuszczeni.

W parku Etosha spędzamy dwa pełne dni i trzy noce poruszając się wzdłuż linii zachód-wschód. Najpierw spanie na dachu w Olifantsrus, potem wypas w domku w Okaukuejo a na koniec znowu namiot w Namutoni. Czas leci szybko i wydaje się, że te 2 dni to minimum na zwiedzanie Etoshy.

Opuszczamy park bramą koło Namutoni i ruszamy w odwiedziny do ludzi z plemienia Ju’Hoansi-San. W okolicach miejscowości Grashoek na skraju pustyni Kalahari prowadzą oni swoją wioskę kulturową. Mamy tam ponad 350km. Droga jest dobra, w większości asfaltowa więc docieramy na tyle wcześnie aby jeszcze skorzystać z ich standardowego programu kulturowego znanego z poprzednich miejsc u Himba i Damara.

Również tutaj nikt nie ściemnia. Przed wzjazdem do Grashoek zostajemy skierowani pod duże drzewo pełniące rolę recepcji. Tutaj zostajemy przywitani przez pana, który będzie naszym przewodnikiem i tłumaczem.

Razem jedziemy do buszu gdzie jest mała wioska modelowa oraz nasze miejsce na kemping. Kemping to dużo powiedziane: miejsce w buszu, z toaletą i suchym prysznicem. Po półgodzinie nasz przewodnik – już przebrany z cywilnych współczesnych ciuchów, w których przywitał nas pod recepcyjnym drzewem – stawia się golusieńki jedynie w skórzanych majtkach i prowadzi nas na kulturalny show. Tam już z kilkanaście osób odgrywa z pełnym zaangażowaniem codzienne życie w wiosce.

Kilka kobiet dźwiga na biodrach swoje maluchy. Jest dużo śmiechu, niewymuszonego pozowania do zdjęć i nikt nie udaje, że strzelanie małymi strzałami z małego łuku do styropianowego błękitnego lwa to prawdziwe polowanie.

My chociaż oczywiście nic nie rozumiemy zachwycamy się ich językiem pełnym kląsków, mlasków i kliknięć. Widać, że starają się bardzo aby ich inscenizacja była jak najbardziej prawdziwa. Na koniec standardowo kupujemy parę drobiazgów i umawiamy się na wieczór na wspólne ognisko aby jeszcze raz posłuchać ich niezwykłego  języka.

Z rana wyruszamy do naszego ostatniego noclegu na namibijskiej ziemi. Zanim jednak dotrzemy do oddalonego o 300km Waterberg zatrzymujemy się na chwilę aby zobaczyć największy na świecie meteoryt w Grootfontein. Meteoryt Hoba jest potężnym kawałkiem żelastwa wbitym w ziemię i nie rozgrzewającym się ani trochę w palącym słońcu. Trzymany nad nim kompas wiruje za to jak oparzony. W tutejszym sklepie z pamiątkami kupujemy jeszcze drewnianą żyrafę i ruszamy w drogę.

Waterberg Wilderness to prywatny park oferujący sporo opcji zakwaterowania. Na godzinę 16 mamy zarezerwowane grupowe safari, których głównym celem jest spotkanie z nosorożcami. Do spotkania oczywiście dochodzi, i to całkiem bliskiego ponieważ 7 nosorożców, które żyją w parku jest pilnowanych 24h na dobę przez strażników. Oglądanie tych wielkich stworzeń podchodząc do nich pieszo na odległość paru metrów jest niezapomnianym przeżyciem.

Samolot mamy późno wieczorem. Do Windhuk jest 300km po asfalcie więc nie ma presji. Po drodze konieczne zatrzymanie na zakupy ostatnich pamiątek w Okahandja gdzie jest sporo straganów. Niestety atmosfera tutaj jest zgoła inna niż w poprzednich tego typu miejscach i presja sprzedających jest wyjątkowo nachalna. Nie mam mowy o spokojnych zakupach ale też wybór pamiątek jest potężny.

Zanim jednak dotrzemy w to miejsce odwiedzamy jeszcze recepcję państwowego kempingu w Waterberg. To właśnie tutaj jest zawieszona tablica upamiętniająca naszego rodaka Kazimierza Nowaka, który w latach 1931-36  przemierzył tam i z powrotem całą Afrykę, głównie poruszając się na swoim wysłużonym rowerze. Chociaż w książce będącej zbiorem jego listów z tej wyprawy pt. „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”, Namibii poświęca on zaledwie kilka linijek to i tak jest ona obowiązkową lekturą każdego kto lubi podróżować a dla fanów Afryki w szczególności.

Ostatnie godziny to logistyka związana ze zdaniem samochodu co przebiega dość sprawnie. Na lotnisko zostajemy odwiezieni przez kierowcę wypożyczalni i już po chwili rozpoczynamy delektowanie się naszym 10-godzinnym lotem do Frankfurtu.

Leave a comment