Namibia | Self-driving, kempingi i spanie na dachu

Namibia to kraj stworzony do samodzielnego zwiedzania. Doskonała sieć dróg, liczne możliwości zorganizowania noclegów, brak problemów z zaopatrzeniem oraz niesamowita ilość atrakcji sprawiają, że nie trzeba się długo zastanawiać nad wyborem celu kolejnego wyjazdu.

Decydując się na wyjazd samodzielny jedyną sensowną opcją poruszania się będzie własny samochód. Raczej ciężko liczyć na transport publiczny. Nie bez przyczyny znajdziemy tutaj bardzo dużo wypożyczalni samochodów specjalizujących się właśnie w samochodach dostosowanych do samodzielnego poruszania się po rozległych i często słabiej dostepnych obszarach kraju.

Owszem, Namibia ma bardzo rozbudowaną sieć dróg aczkolwiek przeważającą ich część stanowią drogi szutrowe. Lepszej kategorii drogi pozwalają na jazdę nawet z pręddkością 100km/h chociaż najczęściej jest to 80km/h. Biorąc pod uwagę, że na takiej drodze ryzyko poślizgu jest znaczne, zwłaszcza na zakrętach i na tarce to takie prędkości są bardzo satysfakcjonujące.

Zwłaszcza po deszczu jakość drogi może ulec znacznemu pogorszeniu. Na wielu odcinkach musimy mierzyć się przeprawami przez rzeki. W zdecydowanej większośći będą to suche brody rzek okresowych niemniej pokonanie tego typu przeszkody niekiedy może być wymagające dla samochodu z niskim zawieszeniem i napędem 2×4. Słyszy się opinie, że po Namibii można spokojnie podróżować zwykłą osobówką. Pewnie i można ale na pewno niektóre odcinki będą dla tego typu samochodu nieprzejezdne. W okolicy Opuwo spaliśmy w lokalnej lodge’y – około 2km od głównej asfaltowej drogi. I te 2km to był absolutny off-road, który w 100% nie był przejezdny dla zwykłego samochodu głównie ze względu na potężne i głębokie koleiny oraz sypki piach. W opisie hotelu nie było wzmianki na temat warunków dojazdu. Niestety, tego typu niespodzianki trzeba brać pod uwagę i po prostu samochód 4×4 daje większą pewność i frajde z podróżowania.

Dodatkowo pojawia się kwestia opon. Grawel to drobne i ostre kamyczki a w niektórych miejscach, np. w terenach górzystych to całkiem pokaźne i ostre kawałki kruszonych skał. Solidne opony w jakie wyposażone są samochody 4×4 mają tutaj zdecydowanie większe szanse na przeżycie co nie oznacza, że nic nam nie grozi. Coraz więcej wypożyczalni oferuje już nie tylko jedno ale dwa zapasowe koła i wcale nie jest to przesadna ostrożność. Natomiast patrząc na opony zwykłych osobówek… aż żal serce ściska.

Zdecydowanie najczęściej spotykanym samochodem z wypożyczalni jest biała Toyota Hilux. Oczywiście w różnych konfiguracjach, mniej lub bardziej przygotowanych do bardziej wymagającego off-roadu. Nasz standardowy 2.4 diesel w pełni zdał egzamin ale też nie kusiliśmy się na bardziej wymagające off-roadowe trasy i co do zasady trzymaliśmy się normalnych dróg.

Poza oponami warto pomyśleć o paliwie, którego zapas zawsze trzeba mieć. Na głównych szlakach stacji jest wystarczająco ale może byc różnie z dostępnością paliwa (jak chociażby ostatnio w parku Etosha). Standardowo Hilux ma bak 80 litrów lecz coraz częściej spotykany jest w wersji z podwójnym bakiem (160l) co nawet przy żarłocznym spalaniu przy włączonym napędzie 4×4 daje całkiem komfortowy zasięg około 800-1000km.

Na koniec przechodzimy do najciekawszego pytania: czy decydować się na smochód z namiotem na dachu czy raczej tylko spanie w lodge’ach? Pomińmy w tym momencie kwestię cen i jakości samych noclegów i skupmy się na samym komforcie (bądź nie) spania w namiocie i wszystkiego co się z tym wiąże.

Najpopularniejsze rozwiązania na dachach Hiluxów to namioty brezentowe składane w “harmonijkę”. W opcji: jeden dwuosobowy lub dwa dwuosobowe. Spotykane są również namioty w wersji hardshell, zwykle jednak tylko jeden namiot na samochód.

Namioty po złożeniu opakowywane są w dość mocny pokrowiec i tworzą na dachu zgrabne prostopadłościenne paczki. Wejscie na górę zapewniają rozkładane drabinki aluminiowe, które rozkładają się z boku auta. Wejście do namiotu jest powyżej 2 metrów nad ziemią, do tego drabinka jest dość stroma. Zwłaszcza przy schodzeniu może to powodować pewien dyskomfort. Natomiast samo wnętrze zapewnia absolutnie wystarczający komfort: wymiary 140x200cm przywodzą na myśl małżeńskie łoże; wysokośc wystarczająca do wygodnego siedzenia; kilka kieszonek i linki do zawieszenia akcesoriów; w każdej ścianie zasłaniane okienko z moskitiery.

Rozkładania i składania namiotu trzeba się nauczyć. Pierwsze dwie nocy walczylismy z namiotem we dwie osoby a dwie dodatkowe okrzykami w stylu: “Uważaj, leci!” wspomagały nas radami. Potem jedna osoba dawała radę w całości ogarnąć stawianie lub zwijanie namiotu samodzielnie w ciągu 10 minut. Wypożyczając samochód przechodzi się podstawowe szkolenie, w tym z obsługi namiotu. Dobry moment aby samemu wtedy poćwiczyc bo jak się patrzy to wydaje się to proste a na pierwszym noclegu przez 10 minut człowiek się zastanawia po co ten drut i gdzie go włożyć.

Do rozkładania namiotu służy drabinka, któa po rozłożeniu działa jak dźwignia – ciągnąc rozkładamy złożoną jak kanapka podlogę a nad nią sam rozkłada się namiot. Pozostaje tylko włożyć 6 metalowych wsporników, które naciagają tropik i gotowe. Jeszcze tylko przezornie pamiętamy aby wsunąć pokrowiec za przedni zderzak by w nocy nic pełzającego po ziemi do niego nie wlazło. W namiocie mamy już rozłożone cienkie materace i pościel; poduszki są za grube więc je należy schować do bagażnika bo inaczej namiot się nie złoży.

Składanie jest równie proste aczkolwiek łatwiej jeżeli robią to dwie osoby. Jeżeli jednak ta druga osoba nie chce to najpierw składamy drabinkę tak aby swobodnie wisiała. Potem z drugiej strony ciągniemy w dół po kolei za poszczególne przęsła namiotu zamykając sukcesywnie całą “kanapkę”. Pamiętamy aby upychać przy tym boczne fałdy materiału aby potem łatwiej dało się nałożyc pokrowiec. Jeszcze tylko zabawa z paskami mocującymi i zakładamy pokrowiec, który wszystko ładnie opina.

Opcja z namiotami na dachu daje nam olbrzymią swobodę i więcej elastyczności w doborze miejsc do spania. Razem z namiotem dostajemy pełen sprzęt niezbędny na campingu: od stołu, krzeseł i butli gazowej poczynając a na sztućcach, ściereczkach i lince do wieszania prania kończąc. Dodatkowo mamy 40l lodówkę. Nie boimy się zbytnio, że ciagnąc prąd rozładuje nam akumulator ponieważ zwykle samochód posiada dwa oddzielne akumulatory. W razie czego jeżeli ten główny by wysiadł możemy odpalic na akumulatorze od lodówki. Na kempingach prawie zawsze (prawie) mamy dostęp do prądu i wtedy podłaczamy na noc lodówkę bezpośrednio do gniazdka (a jakże, 10m kabel jest na wyposażeniu samochodu).

Na kempingach prawie zawsze (prawie) mamy dostęp do wody. Ale w razie czego nasz Hilux ma wbudowany 50l zbiornik na wodę, z którego czerpiemy poprzez gustowny kranik zlokalizowany przy tylnym błotniku. Napełnianie zbiornika też jest łatwe i warto to robić zawsze jak mamy dostęp do węża ogrodowego.

Sensem biwakowania z punktu widzenia jedzenia jest mozliwość grillowania. W każdym miejscu znajdziemy miejsce na rozpalenie ogniska bądź grilla, tutaj nazywanego braai. Nasz samochód zapewnia nam zestaw do grillowania i jedyne o co musimy zadbać to coś na ruszt oraz drewno bądź węgiel drzewny. Na kempingach nie palimy drewnem zebranym w pobliżu. Raz, że go nie ma za dużo a dwa, że nie zawsze wiemy co palimy i czy to co palimy nie jest trujące. Drewno można prawie zawsze kupic na kempingu, przy drodze lub po prostu w supermarkecie.

Kemping w Sesriem prowadzony przez NWR (państwowa organizacja zarządzająca parkami narodowymi) to jedno z miejsc gdzie spanie we własnym namiocie jest wartą do rozważenia opcją. Jako jeden z niewielu (jeżeli nie jedyny ale teraz już chyba nie) ten kemping zlokalizowany jest wewątrz parku narodowego. Jeżeli chcemy zobaczyc wschód słońca w Deadvlei lub na wydmie Dune 45 (a na pewno po to tu przyjechaliśmy) to musimy tutaj się zatrzymać. Bramy do parków narodowych otwierane sa o wschodzie słońca a zamykane o zachodzie. My już jesteśmy w parku. Aby dostać się dalej do doliny Soussuvlei musimy jeszcze przekroczyć tylko tzw. bramę wewętrzną, która otwierana jest godzinę przed wschodem słońca. To wystarczająco dużo czasu aby stawić się na wschód na szczyt wydmy 45. Analogicznie, podziwianie zachodu słońca np. z najbliżej położonej wydmy Elim jest również możliwe bo brama wewnętrzna zamykana jest godzinę po zachodzie.

Może się zdarzyć, że do kempingu dojedziemy juz po zachodzie słońca i brama zewnętrzna będzie już zamknieta. Co do zasady w Namibii nie jeździ się po zmroku co jest całkiem sensowne biorąc pod uwagę to, że właśnie wtedy zwierzaki zaczynają być naprawdę aktywne. Ciemnośc zapada mniej więcej 40 minut po zachodzie słońca. Stawiając się pół godziny po zamknieciu bram zastaliśmy szlaban zamkniety. Jednak mając potwierdzoną rezerwację na kempingu zostaliśmy wpuszczeni na teren parku doznając mimo wszystko poczucia wyświadczonej nam łaski, co jednoznacznie wynikało z marsowego oblicza pana opiekującego się szlabanem.

Miejsca na kempingu w Sesriem są wyraźnie oznaczone i wydzielone kolistym murkiem. Posiadają elektryczność a z pnia centralnie rosnącej akacji wystaje kranik z wodą. Zbiorcze prysznice i toalety zlokalizowane sa w osobnych budynkach w kilku miejscach. Przyjazd na miejsce już po zmroku dał nam niewątpliwie bezcenną mozliwość zmierzenia się z pierwszym rozbijaniem namiotu w świetle czołówek co tylko dodało pikanterii całemu przedsięwzięciu. Biorąc pod uwagę, że następnego dnia musieliśmy wstawać o 5 rano aby już o 6:17 móc stawić się na wewnętrznej bramie również pierwsze zwijanie namiotu musieliśmy wykonać po ciemku. Ale przecież nie po to przyjeżdża się do Namibii aby spać.

Mówi się, że kemping lokalnej społeczności w Spitzkoppe to miejsce kultowe. Cokolwiek to znaczy. Kemping położony jest na dość sporym obszarze pomiędzy skałami. Miejsca w większości a właściwie w zdecydowanej większości są od siebie oddalone zapewniając wystarczającą prywatność. Przyjeżdżamy na bramę, rejestrujemy się i ruszamy  w poszukiwaniu najlepszych miejsc. Zbliża się już piąta po południu więc czujemy oddech zmierzchu na plecach. Zaczynamy od miejsc, które wcześniej sobie upatrzyliśmy – w zachodniej części – na każdym albo stoi już samochód albo stoi stolik lub krzesła. Takie zostawione mebelki to nie oznaka czyjegoś roztargnienia lecz jasna wiadomość zostawiona wg kodu obowiązującego na kempingu: to miejsce jest zajęte, szukaj dalej. Jeździmy blisko godzinę zaglądając w różne zakamarki. Wszystko zajęte. Drogi nota bene to piękny off-road: piach, koleiny i ostre zakręty. Ale robi się niezbyt przyjemnie bo za chwilę będzie się ściemniać. Już nie szukamy najlepszych miejsc lecz chcemy cokolwiek. To cokolwiek trafia się w odległej części wschodniej: natrafiamy na wolne miejsce 17B i od razu wpadamy w zachwyt. Mamy potężny własny głaz a u jego podnóża wystarczająco płaskiego miejsca na postawienie dwóch samochodów. Miejsce magiczne! Do tego sąsiadujemy z kolonią góralków, które wieczorem i rano z ciekawością nas obserwują.

Na kempingu przy miejscach postojowych są suche toalety ale bardzo czyste. Najbliższa woda jest przy recepcji – od nas to jakieś dwa kilometry. Elektryczności brak za to jest miejsce na grilla i rozgwieżdżone niebo nad nami.

Twyfelfontein to skalisty region słynący między innymi z buszmeńskich skalnych rytów i pustynnych słoni. Doskonałym miejscem na kemping jest dość mały – bodajże 6 miejsc – camp Mowani. Klimat i widoki porównywalne ze Spitzkoppe natomiast zachwycająca infrastruktura. Mamy do dyspozycji dwa oddzielne, własne punkty sanitarne z prysznicem i toaletą. Ogrzewany drewnem (o jego zapas i rozpałkę zadbała wcześniej obsługa) zapewnia wystarczającą dla sześciu osób ciepłą wodę. Poza tym osobne stanowisko ze zlewem do mycia naczyń i wystarczająca ilość gniazdek aby podłączyć wszystko co wymaga prądu. Dodatkowo przy recepcji jest mały bar i jeszcze mniejszy basen.

Do parku Etosha wjeżdżamy od Opuwo przez Galton Gate. Jakoś umknęło nam, że około kilometra przed bramą przebiega kordon sanitarny. Słabo, jedziemy z północy a to oznacza, że nasze niedawno kupiony ślimaki kiełbasek na grilla będziemy musieli poddać utylizacji. Nic z tego: strażnik na bramie sugeruje abyśmy je nieco podsmażyli i będzie ok. Czynimy to w bezpośredniej bliskości punktu kontrolnego smażąc tonę kiełbasek na patelni. Jeszcze ciepłe poddajemy kontroli pana strażnika i z nieuszczuplonym zapasem jedzenia wjeżdżamy do Etoshy.

W sumie nasza przygoda na kordonie sanitarnym uratowała nas przed nieprzyjemnościami na Galton Gate. Tutaj byliśmy poddani niezwykle drobiazgowej kontroli – łącznie z rozpakowywaniem wszystkich bagaży. Nastawienie strażników parku było tu zdecydowanie mniej przyjazne i myślę, że nie sugerowaliby abyśmy sobie u nich grillowali nasze kiełbaski a wwozić surowego mięsa do parku nie można.

W parku Etosha śpimy w namiotach w dwóch miejscach: na zachodzie w Olifantsrus a na wschodzie w Namutoni. Akurat Olifantsrus nie oferuje nic szczególnego. Miejsca kempingowe są bardzo blisko siebie i ciężko tutaj mówić o prywatności. Owszem jest zapewniony prąd na każdym stanowisku, są tez wspólne sanitariaty. Olifsntsrus przyciąga malowniczym oczkiem wodnym, do którego idzie się po drewnianym pomoście. Fajne miejsce do obserwacji zwierzaków zapewnia drewniany, dwupoziomowy domek. Niestety wtedy kiedy byliśmy (początek maja poprzedzony niespotykaną jak na Namibię ilością opadów w marcu i kwietniu) wszędzie było zielono i zwierzaki nie bardzo miały potrzebę odwiedzania tego oczka.

Namutoni to znacznie większy kemping oferujący również noclegi pod dachem, sklepiki, restauracje i stację benzynową. Stąd już bardzo blisko do granicy parku w jego wschodniej części. Warunki do spania w namiotach analogiczne jak w Olifantsrus, stanowiska położone blisko siebie, prąd oraz wspólne sanitariaty. Jak by się tak zastanowić to niewielka jest korzyść ze spania tutaj w porównaniu z miejscami poza parkiem, które są równie blisko.

Ostatni nocleg na dachu wypada w wiosce kulturowej lokalnej społeczności Ju’Hoansi-San. Możliwość poznania zwyczajów rdzennych mieszkańców Namibii – czy to Ovahimba w Kaokoland, Damara w Twyfelfontein czy wreszcie właśnie San na zachodnich krańcach Kalahari był jednym z ważniejszych celów naszej wyprawy. Nocleg nie był pewny ponieważ pomimo kontaktu z przedstawicielami Living Museum w Grashoek rezerwacja miejsca nie była możliwa. Był dreszczyk emocji bo są tam teoretycznie tylko 3 miejsca a my mieliśmy dwa samochody.

Jak zwykle obawy okazały się bezzasadne – byliśmy jedynymi gości i to chyba od kilku dni. Jadąc do wioski zostaliśmy skierowani do punktu przyjęć gości pod wielkim drzewem. Tam zostaliśmy otoczeni opieką naszego przewodnika i tłumacza. Razem pojechaliśmy do nieodległego miejsca biwakowego. Jest to miejsce zgoła surowe, w środku buszu, w głębokim piachu. Bez napędu na cztery koła byłoby nieprzyjemnie. Toaleta kopana ale czysta, bez wody. Prysznic, owszem ale tzw. suchy. Opierzenie z patyczków osłaniało prostą konstrukcję, na której wisiał bukłak do którego można było wlać własną wodę. Do tego standardowo miejsce na ognisko, do którego wieczorem przysiedli się miejscowi dając popis swojego kląskającego języka.

Ponadto aby zapewnić nam większe poczucie komfortu na noc zostało z nami dwóch strażników, którzy jednak błyskawicznie udali się do snu przy swoim naprędce rozpalonym ognisku. Trochę nas to zastanawiało bo wcześniej dość wnikliwie rozpytywaliśmy naszego opiekuna czy przychodzą tutaj jakieś zwierzęta i uspokajał, że skądże znowu. Następnego dnia jeden z naszych strażników wspomniał od niechcenia, że dzień wcześniej przechodził tędy słoń.

Bez wątpienia samochód z namiotem na dachu daje dużo więcej swobody i w takim pięknym kraju jak Namibia stanowi atrakcję samą w sobie. Przeplatając noclegi na kempingach ze spaniem w hotelach zapewniamy sobie całkiem przyzwoitą i zbilansowaną mieszankę komfortu, “dzikości” i higieny:-)

Leave a comment