Borneo | Kinabatangan – czy warto tu przyjechać na trzy dni?

Jest niemal pewne, że skoro przylatujemy do Sandakan, nadmorskiego miasta w północnej części stanu Sabah, to chcemy zobaczyć orangutany ze względu na bliskość Orangutan Rehabilitation Centre w nieodległym Sepilok. Sandakan jest doskonale skomunikowane połączeniami lotniczymi zarówno z Kuala Lumpur jak i z Kota Kinabalu dzięki czemu jest doskonałym punktem „objazdówki” po Borneo.

Na zapoznanie się z atrakcjami regionu potrzebujemy dwa dni. Poza ośrodkiem rehabilitacji orangutanów znajdziemy tutaj Centrum Badań Lasów Deszczowych z licznymi oznakowanymi szlakami oraz kilkusetmetrowymi mostami w koronach drzew. Dodatkowo, również w samym Sepilok znajduje się Centrum Ochrony Niedźwiedzia Malajskiego – najmniejszego misia na świecie z charakterystyczną jasną plamą pod szyją.

Nieco dalej – około godziny jazdy wypożyczonym samochodem – znajduje się Labuk Bay, gdzie na terenie przyległym do plantacji palm olejowych utworzono prywatny ośrodek, w którym można obserwować rozbrajające nosacze sundajskie.

Trzeciego dnia rano oczekujemy w swoim hotelu na przyjazd busika, który zabierze nas nad rzekę Kinabatangan.

Kinabatangan to typowa destynacja turystyczna zwłaszcza jeżeli jesteś w Sandakan. Wzdłuż rzeki rozlokowane są dziesiątki mniej lub bardziej drogich hoteli, resortów lub lodge. Chociaż rzeka Kinabatangan jest najdłuższą rzeką stanu Sabah to jadąc tam z Sandakan prawdopodobnie trafimy do hotelu w okolicach miejscowości Bilit bądź Sukau.

Droga z Sandakan zajmie około 2 godzin po całkiem dobrych drogach. Najczęściej decydujemy się na zakup pakietów pobytowych np. najbardziej popularnego i chyba sensownego czyli 2N3D (2 noce i 3 dni wliczając w to czas dojazdu). Co w tym mamy? Transfer w obie strony z lotniska bądź hotelu w okolicach Sandakan – wyjedziemy rano a na lotnisko wrócimy wczesnym popołudniem. Do tego zwykle do samego miejsca spania będziemy musieli dopłynąć łódka ponieważ często znajdują się one w mało dostępnym terenie, zwykle nie ma opcji aby dostać się tam samochodem.

Oczywistym jest, że będą nas karmić bo samemu raczej nigdzie nic nie kupimy a do żadnego miasteczka na jedzenie też nie wyskoczymy. No, ale pewnie nie po to jedziemy nad rzekę. A jedziemy głównie dlatego, że chcemy obcować z tutejszą naturą. Na wszystkich reklamach zobaczymy, że mamy możliwość spotkania Wielkiej Piątki Borneo! No, może nie jest ona aż tak wielka jak ta w Afryce ale zawsze. Któż więc tam na nas czeka: orangutan, nosacz sundajski, słoń karłowaty, krokodyl i dzioborożec.

Z tym dzioborożcem to nie taka prosta sprawa bo jest ich na Borneo aż 8 rodzajów. Ten, którego tutaj zamierzamy zobaczyć to oczywiście ten największy czyli Rhinoceros Hornbill. Użycie nazwy angielskiej wydaje się bardziej adekwatne bo nie wiedzieć czemu po polsku tego ptaka nazywa się dzioborożcem żałobnym wyrządzając mu tym samym zupełnie nie zasłużoną krzywdę marketingową. Słabo by taka nazwa wyglądała na folderach reklamujących wielką piątkę.

W ogóle z tymi polskimi nazwami a zwłaszcza z ich “usystematyzowaniem”, które ma miejsce od kilku ostatnich lat jest słabo. Ktoś kto jej wymyśla musi mieć duże poczucie krzywdy z przeszłości a teraz czerpie satysfakcję mszcząc się na potomności wymyślając głupie nowe nazwy zwierząt. I tak np. nasza swojska świnka morska budzi się pewnego dnia i dowiaduje się nagle, że od dziś to ona jest kawią domową a jak próbuje to wpisać w komputerze to i tak edytor zamienia kawię na kawę. Podobnie ma taki springbok z Afryki: patrzy w słownik i widzi, że po angielsku jest sprigbok, po niemiecku Springbock, po francusku springbok a po polsku to on jest skocznikiem antylopim.

Z krokodylem jest nieco prościej bo mamy nadzieję spotkać tego największego czyli słonowodnego krokodyla różańcowego (Chryste Panie, skąd u niego ten różaniec!). Ich dość częsta obecność tutaj wyjaśnia fakt, że na rzece jakoś nie promuje się kajakarstwa. Taki krokodyl mający dobrze ponad 4 metry, mały mózg i silne poczucie przywiązanie do swojego terytorium bez trudu poradziłby sobie z intruzem w postaci małego kajaka. Jest ich tutaj rzeczywiście sporo chociaż najłatwiej zobaczyć te młode, niewinnie wyglądające i nie większe niż jeden metr. Zwykle siedzą nieruchomo na wystającej z wody gałęzi i czekają aż urosną.

W ramach naszych pakietów mamy dwa rejsy łódką. Każdy po 2 godziny. Zwykle poranny zaczyna się o wschodzie słońca a popołudniowy kończy się gdy już się ściemnia. W tych porach a zwłaszcza rano, szansa na zobaczenie zwierząt jest największa. Zdecydowanie najczęściej będziemy wypatrywać różnych ptaków oraz małp. Wsród tych ostatnich najczęstsze pewnie będą makaki ale i rozczulające nosacze. Zobaczenie stada wolno żyjących nosaczy – zwykle to jeden grubaśny samiec Janusz i kilka skaczących wokół niego samic – to zupełnie inny wymiar niż obserwowanie ich w prywatnym ośrodku w Labuk Bay koło Sandakan.

Dodatkowo na pewno ulegniemy pokusie aby wybrać się na dodatkowy rejs w ciemnościach. Niby be sensu bo nic nie widać a jednak. Przewodnik pochwali się na wstępie swoją mocną (naprawdę imponującą!) latarką kupioną na Temu i poźniej zdecydowanie zrobi z niej użytek. Rejs polega na wolnym przesuwaniu się wzdłuż brzegów i szperaniu światłem po krzakach. Niebywałe, ale na pewno trafią nam się śpiące ptaki, których połówki wyłączonych w nocy mózgów pozwolą nam na zbliżenie się do nich na odległość, która nie byłaby możliwa w ciągu dnia.

Noc w dżungli to generalnie czas kiedy dużo się dzieje. Wieczorami w okolice miejsca z jedzeniem przybędzie z pewnością cyweta, taki nie za duży lekko kotowaty futrzak, który furorę robi w Indonezji jako luwak (cyweta palmowa) jedzący ziarenka kawy, których jednak nie trawi. Ludzie natomiast, te lekko nadtrawione ziarenka kawy, które odbyły podróż wewnątrz przewodu pokarmowego luwaka zbierają i robią z nich, szeroko promową jako najlepszą kawę na Bali, kopi luwak.

Nie wykluczone ponadto, że zawita do nas śliczny zielony Pit Viper – żmija jadowita ale podobno nie na śmierć, tak zapewnia obsługa hotelu (dodając jednocześnie, że w ciągu najdalej godziny możemy dostać się do szpitala). W trakcie dnia żmiją jest leniwa i mało ruchliwa a przez to jest szansa odnaleźć węża w tym samym miejscu przez następnych kilka dni.

Zdecydowanie najgorzej jest jednak ze słoniami. W końcu fajnie byłoby zobaczyć stadko dzikich karłowatych słoni taplających się w wodzie. Ale to zależy od stada i tego gdzie aktualnie przebywa. Niestety, może tak się zdarzyć, że aby do tego miejsca się dostać trzeba będzie płynąć łódką nawet 4 godziny w jedną stronę. Opcja wydaje się sensowna jedynie gdy mamy do dyspozycji dodatkowy dzień.

Co do orangutanów to wśród przewodników panowało przekonanie, że zobaczenie ich tutaj świadczyłoby o niebywałym szczęściu. Akurat nasz przewodnik szczęścia nie miał a my byliśmy po paru dniach pobytu w Sepilok gdzie orangutanów mieliśmy pod dostatkiem. Jednego dnia nawet samica z małym uwiła sobie gniazdo na noc obok naszego domku.

Poza aktywnością wodną możemy liczyć na godzinny spacer po lesie deszczowym a dla chętnych powtórzyć go w nocy gdzie mamy zagwarantowane jeszcze więcej robactwa. Taki jungle walk bez wątpienia zapewni nam dużo wilgoci: powietrze to praktycznie 100% wilgotności, błotniste ścieżki również. Z racji tego, że teren raczej będzie podmokły a jego podmokłość będzie uzależniona od deszczu niemal pewne jest, że zdarzy się nam pokonywać jakieś bajorko. Zwykle hotel ma to na uwadze i zapewnia gustowne kaloszki np. w żółtym kolorze jednak czasem poziom wody jest na tyle wysoki, że do kaloszków możemy nieco zaczerpnąć. Może to wszystko nie brzmi jakoś szczególnie atrakcyjnie ale przecież przyjechaliśmy do lasu deszczowego i śpimy w środku dżungli. Szkoda byłoby tego nie spróbować bo jednak jest to niesamowite doświadczenie. Jeżeli mieliśmy w planie np. 3 dniowy trekking w dżungli w Sarawak to po tym jednogodzinnym spacerze możliwe jest, że będziemy mieli chwilę refleksji.

Przyjeżdżając tutaj mamy z tyłu głowy, że jest to w 100% turystyczne miejsce. Wszystko jest organizowane pod turystę, nie ma co liczyć na jakąkolwiek dozę autentyczności lub jakiś lokalny klimat. Ale jednak nie po to tutaj się przyjeżdża lecz raczej po to aby mieć okazję spędzić trochę czasu w środku lasu i móc cieszyć się możliwością obserwowania zwierząt i ptaków pływając łódką po rzece.

One thought on “Borneo | Kinabatangan – czy warto tu przyjechać na trzy dni?

Leave a comment