Pierwsza połowa listopada to nadal nie najgorszy moment na odwiedzenie Jordanii. Pomimo tego, ze ciemno robi się już o 17 to zdecydowanie można liczyć na t-schirtowe ciepło i słońce. Zarówno Morze Martwe jak i Czerwone oferują temperaturę wody akceptowalną nie tylko dla bałtyckich morsów.
Podróżowanie po Jordanii na własna rękę nie jest problemem i praktycznie nie wymaga skomplikowanych i szczegółowych przygotowań. Samolot do Ammanu, pożyczony samochód i offline’owy GoogleMaps wystarcza, żeby w 10 dni odwiedzić najciekawsze miejsca.
To jak to jest z tym samochodem w Jordanii? Doświadczenia z jazdy samochodem zamykają się w dwóch kategoriach: Amman i reszta. Jazda samochodem w stolicy Jordanii i to jeszcze w oparciu o nawigację to loteria. Szansę na wygrana zwiększa jedynie 360 stopniowy zakres oczu i refleks. Eliminacja zbędnych czynności jak np. używanie kierunkowskazów pozwala na skuteczniejsze uskoki przed atakującymi z boku. Tutaj również sprawdza się, choć z ograniczeniami zasada bycia przewidywalnym co daje szansę innym kierowcom uniknięcia stłuczki. Widać to wyraźnie w konsekwentnym trzymaniu toru jazdy zwłaszcza gdy przebiega on przy jeździe w poprzek pasów albo włączaniu się do ruchu. Trąbienie na takiego delikwenta jest zbędne bo i tak pewnie nie usłyszy rozmawiając właśnie przez komórkę.

Poza miastem można odetchnąć. Przynajmniej do czasu kiedy wylecimy do góry na pierwszym z miliarda progów zwalniających. Nie oznaczonych. Całkiem dużych. Tak, również na autostradzie. To doświadczenie tym bardziej można docenić w nocy. Szczególnie, że wtedy pojawia się sporo samochodów bez świateł. Często jadących pod prąd. Tak, również na autostradzie, chociaż oddając sprawiedliwość w tym wypadku jadą poboczem do najbliższego zjazdu.
Lądując i odlatując z Ammanu wizyte w Jordanii mozna rozpocząć od Madaby i okolic. Jest to wygodne miejsce na nocleg i aklimatyzacje z tym krajem. Na zwiedzanie Madaby nie poświęcimy więcej niz 2-3 godziny odwiedzając kilka stanowisk z wykopaliskami i oczywiście gwóźdź programu jakim jest mozaikowa mapa świata w kościele św. Jerzego. Wszystko na nogach.
Z Madaby samochodowy szlak wiedzie górską ale dobra drogą nad Morze Martwe. Pomimo tego, że góry nie są nadzwyczaj wysokie to jednak musimy mieć na uwadze, ze jedziemy do najgłębszej depresji na Świecie co oznacza doliczenie kolejnych ponad 400 metrów różnicy wysokości. Po drodze zwyczajowa półgodzinna wizyta na reklamowanej w pielgrzymkowych kręgach górze Nebo, z której Mojżesz spojrzał na Jerozolimę i to mu wystarczyło bo nigdy do niej nie dotarł. Musiał mieć dobry wzrok, swoją drogą. Przyjemność wejścia na górę i spojrzenia na Dolinę Jordanu oraz północny brzeg Morza Mrtwego to 6JOD od osoby.
Rejon Morza Martwego to bez wątpienia must see Jordanii. Aby jednak móc poeksperymentować z wodą jednego z najbardziej zasolonych akwenów na Ziemi sensownie jest spędzić jedna noc w jednym z hoteli zlokalizowanych w północnej części morza. Są to dobrej klasy hotele oferujące na ogół prywatna plaże i niezbędne przy tak słonej wodzie prysznice. Jest również opcja skorzystania z publicznej plaży bądź tez wykupienia samego wejścia na plaże hotelową. W każdym wypadku koszt nie mniej niż 20JOD od osoby. Skorzystanie z plazy hotelowej ma bezsprzecznie tez ta zaletę, ze nie będzie trzeba wchodzić do wody w ubraniu. W Jordanii pomimo tolerancyjnego podejścia do ubioru zdecydowanie nie jest akceptowane bikini na plażach publicznych. Hotele natomiast rządzą się swoimi prawami.
Podążając dalej na południe malowniczą Dead Sea Highway i po opuszczeniu strefy hotelowych resortów jest kilka miejsc gdzie dojście do morza jest możliwe. Teoretycznie można nawet wypluskać się w tej solance ale przy braku prysznica może być to przykre. Zasolenie na poziomie ponad 30% jest blisko dziesięciokrotnie wyższe niż w oceanach co całkowicie eliminuje jakiekolwiek zycie w tym akwenie. Zanurzenie oczu w takiej cieczy jest bezsprzecznie niezapomnianym przeżyciem.
Po drodze mijamy również ujścia kanionów rzecznych tzw. wadi. Jednym z najpopularniejszych jest Wadi al Mujib, w którym organizowane są wyprawy kanionem w górę rzeki. Teoretycznie od listopada do marca są one zamknięte ze względu na ryzyko występowania flash flood czyli gwałtownych i zaskakujących powodzi wypełniających spienioną woda kanion w mgnieniu oka. Jednak zdarza się, ze są one nadal otwarte w zależności od prognoz pogody. Źródłem flash floods są gwałtowne opady daleko w górach dlatego woda w kanionie może się pojawić wiele godzin później przy pięknej słonecznej pogodzie.

Poniżej Wadi Mujib jest malowniczy kawałek wybrzeża nazywany koralową plażą. W tym miejscu brzeg pokryty jest kryształami soli przypominającymi rafę koralowa. Jest to tez miejsce gdzie na własne oczy można się przekonać jak bardzo „cofa” się Morze Martwe pozostawiając kolejne coraz niższe pokłady z solnego dna.
Chwilę dalej, dla fanów opowieści biblijnych, na wysokiej skale stoi pokaźnych rozmiarów solny słup, którym jest nie kto inny jak ciekawska Salome, która w ów słup się zamieniła spojrzawszy za siebie gdy razem z Lotem z Sodomy w pośpiechu czmychali.
Dead Sea Highway wiedzie prosto do Aqaby. Naszym celem jest póki co Petra wiec po minięciu solnisk na południu Morza Matwego ruszamy ostro w góry. Krajobraz jest jak to w górach górzysty i surowy a zapadający zmierzch zwiększa nasz szacunek do zdezelowanej i poobijane Kia Picanto, która z wyciem pokonuje kolejne metry górskiej drogi. Po dwóch godzinach w pełnych ciemnościach dojeżdżamy do Wadi Musa będącego główna baza dla słynnej Petry.

Nad samym Wadi Musa nie ma co zbytnio się rozwodzić. Podobnie jak Aguas Calientes koło Machu Pichu tak i Wadi Musa zawdzięcza swój sens istnienia sąsiedztwu jednego z niezaprzeczalnych cudów świata i świadectwa dawnych cywilizacji. Petra to rozległy obszar najwazszniejszego ośrodka miejskiego Nabatejczykow. Aby zapoznać się z tym co zostało do naszych czasów potrzeba pełnych 2 dni i gotowości do pokonania w sumie blisko 40km w górzystym terenie. Biorąc pod uwagę, ze park trzeba opuścić do zachodu słońca szkoda zaczynać trekking później niż o 7 rano.
Na miejscu spokojnie poradzimy sobie sami nawet z bardziej wymagającymi szlakami. Nie są może one perfekcyjnie oznaczone ale kluczowe punkty łatwo znaleźć. Oczywistym jest przydatność standardowych i popularnych offlineowych map outdorowych, które gwarantują spokój ducha i mają zaznaczone wszystkie potrzebne ścieżki.
Wycieczki organizowane przez biura podróży zwykle ograniczają się do przejścia podstawowego 4km szlaku obejmującego słynny Skarbiec będący najbardziej rozpoznawalnym punktem Petry. Prawdę mówiąc większość tego szlaku to i tak konieczność ponieważ jest to główne wejście do parku wiec spędzając tam 2 dni przejdziemy go i tak 4 razy. Ale nie jest to kara ponieważ np. ponad kilometrowy odcinek wiodący wąskim skalnym wąwozem tzw. siq robi niesamowite wrażenie oferując ponadto kilka ciekawych miejsc dających wyobrażenie o nabatejskiej cywilizacji.

Sprawdzoną aczkolwiek wymagającą propozycją na pierwszy dzień jest przedłużenie szlaku głównego aż do wysoko położonego Monasteru (Ad Deir). Wbrew nazwie jest to kolejny grobowiec fasadowy o monumentalnych rozmiarach. Z racji tego, ze aby się tam dostać trzeba pokonać ponad półtorej godziny schodów jest tutaj znacznie mniej tłoczno. Bez wizyty w tym miejscu trudno mieć kompletny obraz Petry.
Co dalej? Schodami z powrotem na dół gdzie na początku doliny jest skupisko wielbłądów i osłów będących agresywnie promowanymi środkami lokomocji. Tutaj odbija ponad trzygodzinny szlak do Wyżyny Ofiarnej (High Place of Sacrifice). Typowo górski trekking oferujący poza niesamowitymi widokami słynny i malowniczo położony grobowiec Rzymskiego Żołnierza. Końcowy odcinek to seria stromych schodów wiodących z powrotem do doliny w okolicy Ulicy Fasadowej. Stad już rzut beretem do Skarbca, który teraz podziwiać można w innym świetle i w znacznie mniejszym tłumie niż rano.

Drugi dzień to z kolei niesamowite Grobowce Królewskie od których ruszamy w górę aby jeszcze raz spojrzeć na Skarbiec, tym razem ze szczytu kanionu. Przy okazji mamy piękna panoramę na cała dolinę a szczególnie na amfiteatr, który mijany z głównego szlaku nie robi takiego wrażenia.
Widok na Skarbiec został zmonopolizowany. W puncie z którego widać go najlepiej powstała beduińska kawiarnia, której łopoczące płachty przesłaniają widok. Około 20 metrów wcześniej po lewej stronie jest jednak stary punkt widokowy, do którego wejście zamaskowano niewinna półeczką z pamiątkami, która jednak łatwo ominąć. Czas potrzebny na wejście na punkt widokowy i z powrotem to dobre 2 godziny plus postoje chociażby w namiocie z beduinską kawą z tygielka z widokiem na Dolinę Musy na szczycie schodów.

Z Petry do Aqaby mamy nieco ponad 2 godziny jazdy dobrą drogą. Sensem wizyty w tym miejscu jest reset nad ciepłym nawet w listopadzie Morzem Czerwonym. Analogicznie jak nad Morzem Martwym najlepiej jest zatrzymać się w jednym z hoteli z prywatna plażą w północno zachodniej części. W samym mieście atrakcji zbyt wiele nie ma poza sporym wyborem knajpek i sklepików. W weekend Aqaba staje się Mekką lokalnych turystów i jest tłoczno.
Po 2 dniach smażenia w listopadowym słońcu półtoragodzinna jazda samochodem przenosi nas do kolejnego jordańskiego highlight’u czyli do Wadi Rum.

Wadi Rum jest rozległym rezerwatem pustynnym oddanym we władanie dwóm plemionom beduińskim pochodzącym z sąsiedniej Arabii Saudyjskiej. Żeby nie wchodzić sobie w paradę plemiona te podzieliły między siebie obszar rezerwatu i wożą turystów po swoich rewirach. Dwa główne ośrodki to Wadi Rum Village (plemię Zalabieh) oraz Disah (plemię Zawaidah). Wszyscy inni to ich kuzyni.

Standardowy schemat to np. całodzienne safari samochodem po pustyni i zachwycanie się coraz to innym kamieniem. Tu skalny grzyb a tu skalny most. Tu kanion a tam płaska skała. Wszędzie dookoła różnokolorowy piasek, czerwone wydmy i suche krzaczki, którymi o dziwo zajadają się wielbłądy. Przy każdej co bardziej znanej skalnej formacji skupisko jeepów i oczywiście namiot z pamiątkami.
Trzeba oddać, ze nie ma tutaj nachalnego nagabywania rodem z Petry gdzie przynajmniej milion razy oferowano nam osła do wspinania się po górach a niemożnością było przejść spokojnie obok kramików z pamiątkami. Nasz gospodarz dowiedziawszy się, ze byliśmy w Petrze mocno dopytywał o wrażenia ze spotkania z tamtejszymi „beduinami” i ich merkantylnym podejście do turystów. Dość stanowczo podkreślał, że nie są oni beduinami lecz -tu wymienił jakaś nazwę i z lekko pogardliwym grymasem napomknął o ich powiązaniach z egipskimi Mamelukami-co miało oznaczać, ze prawdziwymi beduinami są jedynie Zawaidah i Zalabieh. I kuzyni. Fakt, nasz gospodarz cenił sobie spokój, wygodę i brak presji czasu co szczególnie doceniliśmy czekając prawie 2 godziny na spóźnioną kolacje po całodziennym jeepowaniu po pustyni.
Standardowe całodzienne safari kończy się podziwianiem zachodu słońca. To zwieńczenie wycieczki jest mocno wyczekiwane przez jadących na pace jeepów turystów. Zachód słońca nad pustynią. Na około pół godziny przed zachodem słońca kierowcy jeepów ożywają. Zaczynamy pędzić gdzieś przez pustynie. Już nie sami lecz razem z nami, w jednym kierunku pędzi z setka innych jeepów. Kto szybciej, byle zająć lepsze miejsce na wydmie. Rozglądając się wokół można by przez chwile pomyśleć czy zachodu słońca nie można było oglądać z każdego innego wzniesienia, których na tej pustyni jest bez liku? Ciężko zgadnąć. Może to jakiś kolejny beduiński instynkt pozwalający kierowcom jeepów na wykorzystanie czasu gdy ich klienci patrzą na zachodzące słońce aby porozmawiać ze swoim kuzynem. Pędząc w amoku ku zachodowi słońca, który miał być najpiękniejszy właśnie z tego bliżej nieokreślonego miejsca doznałem deja vu z szaleńczego safari w cejlońskim parku Yala. Aha, zachód słońca pewnie mógł być piękny ale niestety były niskie chmury wiec nici z tego wieczornego rajdu.
Obszar Wadi Rum usiany jest hotelami w postaci obozowisk w tradycyjnych namiotach. Standard bardzo rożny. Namioty są nieogrzewane a w nocy temperatura spada poniżej 10st. Prąd zapewniają panele słoneczne wspierane przez dieslowskie generatory. Ciepła woda dzięki słońcu (wyzwanie to pochmurne jesienne dni). Ścieki oddawane są pustyni a wodę pitną przywozi raz na pare dni kuzyn cysterną.

Ciekawą opcją na poranek kolejnego dnia jest 1-2 godzinna przejażdżka na wielbłądach. Zwykle celem jest niezbyt odległa skala, na której daj Boże będzie kilkusetletnia inskrypcja przedstawiająca ludzika z wielbłądem, a jakże! Te rumaki raczej nie mkną jak oszalałe lecz kierują się wyważonym dostojeństwem wiec 2 godzinna podróż nie nabije zbyt wiele kilometrów. Więcej na temat Wadi Rum.
Z Wadi Rum mamy teraz ok 300km na północ do Ammanu. Po drodze konieczny przystanek na zwiedzanie potężnego zamku krzyżowców Al Karak. Przynajmniej godzina na poszwedanie się po zamkowych zakamarkach. Niby ruina ale dająca niezłe wyobrażenie o potencjale obronnym tego zamku.

Sam Amman nie ma zbyt wiele do zaoferowania. To okazja do poczucia atmosfery chaosu dużego arabskiego miasta, które ożywia się wyraźnie po zmroku. Multum knajpek gdzie króluje hummus i kebaby. Habibi Sweets oferują pyszne słodkości a uliczni kawiarze zapraszają na tradycyjna kawę z kardamonem parzona w tygielku na rozgrzanym piasku. W pijalniach soków hitem okazuje się koktajl z awokado ze słodką śmietana i orzechami nerkowca.
Amman natomiast jest dobra bazą wypadową dwóch ostatnich atrakcji północnej Jordanii czyli starożytnego miasta Jaresh oraz zamków na pustyni.

Jaresh to leżące ok 50km od Ammanu doskonale zachowane ruiny z czasów rzymskich. Jest to bardzo rozległy obszar, na którego zwiedzanie trzeba liczyć dobre 3 godziny. Zdecydowanie po wizycie w tym miejscu wcześniejsze starożytne ruiny rzymskie lub greckie bledną. Przejście 800 metrową główną arteria miasta z dziesiątkami kolumn daje wyobrażenie o wielkości miasta.
Do tego doskonale zachowany owalny płac otoczony kolumnadą u stop pozostałości świątyni Zeusa, skąd roztacza się piękny widok na cały kompleks. Ponadto hipodrom, luk triumfalny, świątynia Artemidy, dwa amfiteatry i wiele innych. A potem takie Forum Romanum w Rzymie można sobie już odpuścić.
Niespełna 20km dalej znajduje się kolejny przykład budowli obronnych, czyli zamek Ajloun. Pięknie zachowana średniowieczna forteca położona na wzgórzu. Dużo mniejszy zamek niż Al Karak – wystarczy spokojnie godzinka.
Dysponując jeszcze połowa dnia przed wylotem żegnamy się z Jordania wizyta w odległych ok 80km na wschód od Ammanu dwóch tzw. zamkach na pustyni. Jest ich zdecydowanie więcej natomiast te 2 zasługują na uwagę a leżą niedaleko od siebie.

Qasr Al-Kharranah to bardzo widowiskowa budowla o nadal niepotwierdzonym przeznaczeniu. Stoi na środku pustyni i pozuje do zdjęć.
Nieco dalej przy tej samej drodze wiodącej prosto do granicy z Irakiem jest śliczny kopulasty Qasr Amra. To co widzimy to pozostałości po zamku z czasu dynastii Ummajadow. W łaźniach na ścianach zachowały się freski przedstawiające różne postacie i nie stroniące również od golizny co jest ciekawe z racji tego, że mamy do czynienia ze sztuka islamską.

Nieco dalej przy tej samej drodze wiodącej prosto do granicy z Irakiem jest śliczny kopulasty Qasr Amra. To co widzimy to pozostałości po zamku z czasu dynastii Ummajadow. W łaźniach na ścianach zachowały się freski przedstawiające różne postacie i nie stroniące również od golizny co jest ciekawe z racji tego, że mamy do czynienia ze sztuka islamską.
Kamienista pustynia to ostatnie widoki listopadowej Jordanii. Jeszcze tylko przedarcie się przez korki na obrzeżach Ammanu i o zachodzie słońca odlatujemy do Europy.

3 thoughts on “Jordania | W dziesięć dni od morza do morza”