Filipiny | W dwa tygodnie od Sagady do El Nido

Filipiny to ponad siedem tysięcy wysp i wysepek. Odwiedzenie, chociażby na chwilę tylko trzech z nich to i tak duże wyzwanie jeżeli dysponuje się nieco ponad dwoma tygodniami. Tym bardziej, że trudno podróżować po kraju wyspiarskim samochodem. Biorąc pod uwagę presję czasu również korzystanie z promów – zwłaszcza na dłuższych dystansach – jest nieefektywne. Pozostają samoloty.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjmujemy, że wylądujemy w Manili. Chociaż na Filipinach mamy bardzo dużą ilość wygodnie rozmieszczonych lotnisk międzynarodowych to jednak stolica kraju oferuje najwiekszą siatkę połączeń.

Terminal 3 obsluguje większość głównych linii międzynarodowych. Aktualnie jest obowiązek rejestracji przylotu na Filipiny na rządowej stronie etravel.gov.ph. Przylot należy zarejestrować przed wylądowaniem czego potwierdzeniem jest otrzymanie kodu QR na mejla. W przypadku braku takiej rejestracji trzeba będzie to zrobic juz na lotnisku (również elektronicznie korzystając z udostepnionych specjalnych stref WiFi) co jednak zajmie trochę czasu. W naszym przypadku akurat nikt nie weryfikował kodów i można było ruszyć od razu do kontroli granicznej, która odbywa się niespiesznie.

Również niespiesznie odbywa się odbiór bagażu. Docieramy do hali przylotów gdzie nalezy pobiegac między różnymi bankomatami i trafić na ten, który działa. Ale nie demonizujmy, co do zasady bankomaty działają dobrze. Również ich dostępność jest całkiem zadowalająca. Jednorazowo nie wybierzemy więcej niz 10.000PHP płacąc za każdym razem 250PHP prowizji. Uzbrojeni w gotówkę w jednym z przynajmniej dwóch punktów kupujemy w sposób sprawny kartę SIM (np. Globe) za około 1500PHP (miesiąc ważna, 16GB, lokalne rozmowy).

Pierwszym celem wyprawy jest północny Luzon a konkretnie góry Cordilliera. Region Cordilliera jest domem rdzennej ludności podzielonej na plemiona z własnymi tradycjami i językami. Pojecie Igorot – nota bene uproszczone i stosowane przez Hiszpanów i oznaczające umownie ludzi gór – określa plemiona żyjące w prowincjach Cordilliera. Plemiona, które mają silne poczucie własnej odrębności, języka i przynależności do swojej ziemi.

Jedynym minusem pomysłu odwiedzenia tego regionu jest fakt, że aby się tam dostać trzeba przeznaczyć minimum 9 godzin na jazdę. Opcją jest wynajem samochodu bo samodzielne prowadzenie nie jest jakimś szczególnym wyzwaniem. Jednak biorąc pod uwagę dośc długi lot to rozwiązanie wydaje się zbyt ryzykowne, szczególnie że ostatni etap drogi przebiega po kretych górskich drogach i niestety juz po ciemku (przed 19 robi się kompletna czarna noc). Szybka decyzja i w podróż ruszamy samochodem ale z kierowcą. Nasz Eddy, Filipińczyk z Manili, będzie naszym towarzyszem podróży przez najbliższe 6 dni.

Pierwszy nocleg w miejscowości Banaue w prowincji Ifugao. Banaue jest małą górską miejscowośćią, która jest punktem centralnym i bazą wypadową do odwiedzenia pobliskich tarasów ryżowych.

Jedną ze społeczności górskich jest ludność Ifugao zamieszkująca południowo-wschodnią część Cordilliera. Bezsprzecznie są oni najbardziej znani ze swoich słynnych tarasów ryżowych rozrzuconych włąśnie w okolicach Banaue.

Samo Banaue również nie jest atrakcją samą w sobie: chaos, kręte drogi, tłok i błotne osuwiska. Ale też mnóstwo guesthousów i parę restauracji. Wzdłuż głównej drogi mamy kilka punktów widokowych, na których zatrzymujemy się ruszając z samego rana do kolejnej destynacji. Niby ciągle oglądamy te same tarasowe pola a jednak z każdego miejsca wyglądają one zupełnie inaczej. Naprawdę trzeba było mieć sporo samozaparcia aby zbudować coś takiego wydzierając ze stromego górskiego zbocza kolejne poziome piętra pól.

Pomimo tego, ze ten dzień równiez będzie pod znakiem samochodu to juz nie jest to taki hardcore jak dzień wcześniej. Tym bardziej, że będziemy jechac piekną aczkolwiek krętą górska drogą ze wspaniałymi widokami. Pierwszym punktem, do którego zdążamy są nieco mniej znane pola ryżowe w Maligcong, pół godziny jazdy z Bontoc, stolicy kolejnej górskiej prowicji czyli Mountain Province.

Maligcong pozwala nam na uwolnienie instynktu odkrywcy i wykazania się samodzielnością. W przeciwieństwie do innychatrakcji regionu nie ma tutaj obligatoryjnego wymogu korzystania z lokalnych przewodników. Tutaj takowych po porstu nie ma. Kierując się zgranymi wczesniej mapami ruszamy na pola ryżowe starając się odnaleźć jakiekolwiek ścieżki. Przez póltorej godziny chodzimy po murkach odgradzających pola podziwiając widoki. Maligcong warto jest zrobic na początku. W stosunku do innych tego typu miejsc regionu są one stosunkowo mniej widowiskowe. Lecz jako pierwsze robią naprawde piorunujące wrażenie.

Po Maligcong ruszamy w dalszą drogę do odległej o mniej więcej godzinę jazdy Sagady. Jest to miejscowość promowana jako filipińskie Shangri-La. Chyba jednak nieco na wyrost. Niemniej, ta mała miejscowość ma swój urok i klimat małej górskiej backpackerskiej ostoi. Umie też bardzo skutecznie czerpać ze swojej turystycznej popularności. Jest tu sporo knajpek, niezliczona ilość guesthousów i agencji turystycznych. Sagada bardzo mocno podkreśla, że jej mieszkańcami jest rdzenna ludność i mocno strzeże swoich tradycji. A jakież to tradycje i atrakcje ma do zaoferowania?

Chcąc nie chcąc Sagada słynie przede wszystkim z wiszących wysoko na skałach trumien. Proceder nie tak znowu stary i sporadycznie stosowany jeszsze na początku XXI wieku. Zawieszenie trumny na skalnej ścianie ma zapewnić zmarłemu bliższy kontakt z niebem i naturą a jednocześnie od tej natury ma go ochronić (zarówno mówimy tutaj o dzikich zwierzętach jak i pobratymcach, którzy mieliby ochotę poszukac co w trumnie razem z nieboszczykiem schowano).

Trumny zawieszone są w wielu miejscach na stromych wapiennych skałach. Najbardziej dostępne są te w Echo Valley. Pomimo tego, że są łatwo dostępne musimy skorzystać z lokalnego przewodnika, który zabierze nas na około półgodzinny spacer (300PHP) i podprowadzi pod punkt widokowy.

Będąc wprowadzonym w tematy krążące wokół funeraliów z pewnością zgodzimy się z entuzjazmem na propozycję przewodnika, że zabierze nas do nieodległej (10 minut tuk-tukiem) jaskini Lumiang Cave (300PHP) gdzie w wejściu – jakżeby inaczej – zobaczymy kilkadziesiąt złożonych trumien. Ten zwyczaj sięgał czasów hiszpańskiej kolonizacji i jest dużo starszy niz wieszanie trumien na skałach. Stojąc w wejściu do jaskini przewodnik napomknie, że tędy możemy ruszyć wgłąb jaskini i zaliczyć tzw. Cave Connecting, czyli po ponad godzinie pełzania w ciemnościach po błocie i kamieniach wynurzyć się w drugiej odległej o kikaset metrów jaskini. Tak, czytaliśmy że to super atrakcja ale gumowe laczki na nogach naszego przewodnika jakoś nas nie zachęciły do podjęcia trudu spelunkingu.

Natomiast wczesne popołudnie zachęciło nas aby pojechać do odległej o pół godziny jazdy samochodem na północ miejscowości Bangaan. Tutaj od razu wita nas budka punktu informacji turystycznej gdzie możemy uiścić opłatę rejestracyjną oraz zapoznać się wymaganym przez lokalne prawo przewodnikiem (500PHP). Razem z nim ruszymy w ponad trzygodzinną wycieczkę ku wodospadom Bomod-Ok Falls. Przez prawie godzinę schodzimy po dość srtromych schodach, z których roztaczają się coraz to nowe widoki na leżącą w dole dolinę. Dochodzimy do małej wioski (barangay’u) Fidelisan. Skromna lecz niezwykle zadbana i czysta miejscowość gdzie głównym zajęciem mieszkańców jest uprawa ryżu oraz praca w pobliskiej kopalni złota.

Poniżej wioski trasa wiedzie dalej przez pola ryżowe aby wkrótce dotrzeć do wodospadu. Wodospad jak wodospad, chwila odpoczynku i ruszamy z powrotem. Nie trudno sie domyslić, że tym razem cały czas wspinamy się do góry i warcamy do parkingu gdzie zostawiliśmy samochód.

Kolejny dzień to droga powrotna do Banaue. Niestety ze względu na odległość od Manili nie da się przejacheć w jeden dzień do Sagady i trzeba zatrzymac się na nocleg własnie np. w Banaue. Teroretycznie jest możliwość pojechania z Manili przez Baguio i dalej słynną Halsema Highway. Jest to dobre 2 godziny dłużej. Niestety będąc pod koniec sezonu tajfunów (listopad) część tej trasy została zmyta przez osuwisko i opcja jazdy Halsemą była nierealna. Przy okazja mała dygresja na temat dróg. Generalnie są dobre. Natomiast zwłaszcza w górach w czasie deszczu droga zamienia się w potoki oraz nagminnie zdarzaja się osuwiska, które częściowo lub w całości potrafią zablokować drogę. Co by nie było jazda samochodem w górach zwłaszcza w porzez deszczowej jest obarczona pewną dozą niepewności.

W drodze z Sagady do Banaue (w sumie nieco ponad 2 godziny samej jazdy) wypada zatrzymac się w Bontoc i odwiedzić małe muzeum. Jest to kopalnia wiedzy dla osób pragnących zapoznać się z tradycjami ludności rdzennej zamieszkującej górskie rejony. Tutaj dowiemy się o gwałtownym charakterze plemienia Kalinga, które słynie nie tylko ze swoich tatuaży lecz również z tego, że bardzo jest skore do walki z sąsiednimi plemionami. Z prezentowanych zdjęć widać ich dumę ze zwycięstwa przejawiającą się w trzymanych w rękach zmuminifikowanych głowach pokonanych przez nich wrogów. Mieszkający w Sagadzie przedstawiciele ludności Kankanaey do tej pory z niechęcią patrzą na ludzi w tatuażach, zwłaszcia ci starsi. Będąc bezpośrednimi sąsiadami Kalinga wielu z nich pamięta jeszcze czasy polowań Kalinga na mieszkańców Sagady. Jedną z powtarzanych historii jest opowieść o podróżnym z plemienia Kalinga, który przyjechał do Sagady i nestety tam zmarł z takich czy innych przyczyn. Dla jego współplemieńców stało się to pretekstem do ogłoszenia wojny plemiennej i ruszenia na polowanie na przedstawicieli Kankanaey. Tatuaże natomiast, podobnie jak zdobyte głowy, symbolizują waleczność i efektywność w walce. Kankanaey uważąjący siebie raczej za łagodnych i za cel ataków Kalinga kojarzą te tatuaże bardzo jednoznacznie.

Dojeżdżając do Banaue skręcamy na droge wiodącą do pobliskich pól ryżowych Hapao. W ciągu niespełna godziny dojeżdzamy do miejscowości Hungduan. Tutaj należy w biurze informacji turystycznej uiścić opłatę klimatyczną oraz wynająć przewodnika (600PHP). Dalej już razem z przewodnikiem jedziemy kilka kilometrów do miejsca skąd rozpoczniemy dwugodzinną wędrówkę po polach ryżowych.

Trasa nie jest wymagająca. Tarasy Hapao leżą w rozległej dolinie po obu stronach rzeki. Nie są przez to zbyt strome. Niemniej praktycznie przez całe 2 godziny będziemy chodzić jak koty po wąskich betonowych murkach stanowiących granice pól.

Przez pierwszą godzinę idziemy w kierunku gorących źródeł. Wracamy drugą stroną rzeki. Tutaj już jest nieco stromiej, mamy sporo schodów do pokonania. Również tarasy są bardziej schodkowe. Jeden nieuważny krok i polecimy 3 metry w dół.

Kolejny dzień przeznaczamy na gwóźdź ryżowego programu czyli słynne tarasy w Batad. Bez wątpienia i nie bez przyczyny są one najbardziej znane. Ich specyfika sprowadza się do tego, że w przeciwieństwie do wielu innych pól ściany tarasów budowane są z kamienia a nie z ziemi. Gdy patrzy się na te struktury przypominają się starożytne piramidy. Troche Majowie z Meksyku, trochę Inkowie z Peru. Ni mniej ni więcej takie Machu Picchu Filipin.

Batad to śródgórska dolina, której zbocza jak amfiteatr pokryte są równymi schodkami tarasów. Na dole, w centrum mała wioska, kilkanaście domostw zbudowanych bezpośrednio na labiryncie kamiennych murków. Spacer (dobre 2 godziny przynajmniej) po Batad to nie atrakcja dla ludzi z lękiem wysokości albo zaburzeniami równowagi. W niektórych miejscach faktycznie robi się gorąco, zwłaszcza kiedy trzeba przejść kilkanaście metrów po wąskim na dwadzieścia centymetrów murku z powyłamywanymi i okruszonymi brzegami zawieszonym ponad 3 metry nad sąsiednim polem.

Następnego dnia, no cóż, 9 godzin powrotnej jazdy do Manili. Po drodze trudno liczyć na jakieś atrakcje czy też okazję do dłuższego postoju. Przyjeżdżamy bezpośrednio do hotelu koło lotniska a jutro rano lecimy liniami AirSwift bezpośrednio do El Nido na Palawanie.

El Nido to czas na odpoczynek po trudach zwiedzania pól ryżowych. Nie chcąc rzucać się w wir tłocznego i hałaśliwie turystycznego samegogo El Nido naszą bazę zakładamy na Lio Beach. Transfer z lotniska zajmuje całe 5 minut meleksem. Plaża hotelowa w pełni odpowiada potrzebom. Tuż ook plaża publiczna z kilkunastoma knajpkami idealnymi na wieczór. Do tego wygodne ścieżki z podwieszonymi lampami w namorzynowym lesie. Wynajem skutera na kilka dni zapewnia pełnię swobody. Wypad do E Nido to około 20 minut a tam jeszcze więcej knajpek i sklepików.

Na południe od El Nido w Corong Beach mamy sporo wypożyczalni kajaków. Jeżeli niekoniecznie jesteśmy przekonani do pakietów wycieczek typu island hopping samodzielny kajak to super altnatywa zapewniająca zajęcie na praktycznie cały dzień. Ruszamy na podbój plaż. Trasa dość standardowa: mała Lapus Beach potem Papaya Beach, w końcu Seven Commandos Beach. Na tej ostatniej wchodzacej w skład standardowego pakietu island hopping będziemy świadkami inwazji grup co utwierdzi nas w przekonaniu, że własny kajak to jednak był dobry pomysł. Na koniec płyniemy jeszcze na dwie plażyczki lpil Beach i tzreba będzie wiosłować z powrotem. Samego wiosłowania to w sumie będzie 2-3 godziny. Lecz dużo więcej czasu spędzimy na plażach ciesząc się spokojem (nie dotyczy Seven Commandos), widokami na okoliczne wysepki rodem z wietnamskiego Halong Bay i krystaliczną ciepłą wodą.

Skuter daje też możliwość ruszenia na północ do osławionej Nacpan Beach. Piękna, szeroka i długa plaża z możliwością wynajęcia leżaków. Sporo knajpek. Słoneczko. Lenistwo.

Potem jeszcze wypad na leżącą parę kilometrów bardziej na północ Duli Beach. Jest to miejsce doceniane przez surferów ze względu oczywiście na fale. Nie-surferzy raczej popatrzą z uznaniem, pewnie coś zjedzą i ruszą dalej.

Po paru dniach w El Nido meleks odwiezie nas na lotnisko gdzie korzystając ponownie z ATR-72 linii AirSwift polecimy bezpośrednio na Bohol. Te linie latają właśnie turbośmigłowymi ATR-ami. Obsługując tak małe lotniska jak El Nido nie byliby w stanie wylądować czymś większym. Natomiast ich siatka połączeń sprawia, że są bardzo wygodną opcją przy poruszaniu między wyspami bez konieczności wracali do Manili.

Bohol jest jedną z ważniejszych wysp centralnej cześci regionu Visayas. Pomimo powierzchni poniżej 5tys. km2 wyspa jest dziesiątą pod względem wielkości na Filipinach. Samoloty lądują na sąsiedniej wysepce Panglao. Połączona jest ona samochodowym mostem bezpośrednio ze stolicą Boholu Tagbilaranem. Na Panglao znajduje się także najbardziej rozwinięta infrastruktura turystyczna napędzana pięknymi piaszczystymi plażami. Najsłynniejsza z plaż to Alona Beach. Roi się tutaj od knajpek leżących bezpośrednio przy samej plaży w sam raz na wieczorną kolację.

Dwa główne symbole Boholu to Chocolate Hills oraz najmniejsze ssaki naczelne czyli wyraki filipińskie. W praktyce jesteśmy w stanie “zaliczyć” je w ciągu jednodniowej wycieczki, najlepiej własnym samochodem. Jako bazę noclegową zwykle przyjmuje się południowe plaże Panglao. Stąd blisko do knajpek oraz wszelkich atrakcji związanych z morzem. Panglao to też fajne miejsce do poruszania się skuterem, na pewno tutaj nie będziemy potrzebować samochodu.

Z Boholu łapiemy bezpośredni lot do Manili. Połączeń jest mnóstwo i nie ma stresu, że nie zdążymy na powrotny lot do domu. Ale skoro mamy jeszcze pół dnia pozostaje skoczyć do miasta.

Na popołudnie wygodnie jest zostawić sobie turystyczne i łatwe w poruszaniu sie Intramurros. W sam raz aby troche się pokręcić po uliczkach, wejść na mury obronne, zwiedzic niezbyt fascynujący Fort Santiago i zjeść dobrą kolację w jednej z wielu tutejszych zabytkowych restauracji.

Poranek ostatniego dnia rezerwujemy sobie na Chinatown, nota bene najstarsza chińska dzielnica na świecie. Chodząc po zatłoczonych uliczkach możemy chłonąć atmosferę dzielnicy co chwila umykając przed pędzącymi kolorowymi jeepney’ami. Dla chętnych okazja do zrobienia ostatnich zakupów – jest tu kilka sporych centrów handlowych, wszystkie w zasiegu marszu.

Wylot wieczorem. Do lotniska jest kilkanascie kilometrów ale może to zająć grubo ponad godzinę ze względu na horrendalne korki. Do poruszania sie po miescie używamy popularnego i niezawodnego w Manili Graba. Dojazd z centrum na lotnisko to około 600PHP. Wysiadamy na znanym nam Terminalu 3 i żegnamy Filipiny.

Leave a comment