Indie | Tamil Nadu, czyli kolorowy świat monumentalnych świątyń

Mamy przed sobą prawie sześć godzin jazdy pociągiem Madurai – Thiruvananthapuram. Niemożliwe, żeby usiedziała Pani cicho przez ten cały czas – widać, że aż się Pani wyrywa, żeby podzielić się wrażeniami z pobytu w stanie Tamil Nadu.

Tamil Nadu to stan Indii leżący w południowej oraz południowo-wschodniej części subkontynentu, który zamieszkuje ponad 70 milionów ludzi uważających się za pierwszych mieszkańców Indii. Tamilowie należą do etnicznej grupy Drawidów a ich język – tamilski – będący urzędowym językiem stanu należy do grupy języków drawidyjskich najliczniej używanych właśnie w południowych Indiach. Oprócz tamilskiego do tej grupy należą między innymi języki telugu (Andhra Pradesh), malayalam (Kerala) oraz kannada (Karnataka) będące również językami urzędowymi w swoich stanach.

Zgadzam się z Panią, że z punktu widzenia osoby, która odwiedza ten stan jako turystka te dywagacje na temat języka mają dość ograniczoną wartość praktyczną. Menu w restauracji serwującej dania na liściu bananowca napisane w malayalam lub hindi oznacza i tak to samo ryzyko i nie przechyla skali bezradności w żadną stronę.

To mówi Pani, że przez ostatni tydzień czuła się Pani jak pielgrzym? Nie trudno to sobie wyobrazić. Tamilowie słyną ze swoich monumentalnych i często bajecznie kolorowych świątyń budowanych w jakże charakterystycznym stylu drawidyjskim. Pomijając szczegóły najbardziej rzucającym się w oczy wyróżnikiem tego stylu są olbrzymie – nawet ponad 70 metrów wysokości – piramidalne bramy wejściowe na teren świątyni zwane gopurami. Zwykle to właśnie te instagramowe budowle górujące nad miastem są powodem odwiedzenia Tamil Nadu.

Madurai, Meenakshi Temple

Tak, wylądowanie w Cennaj wydaje się sensowym punktem startu. Stąd dość zgrabnie można wytyczyć kilkusetkilometrową pielgrzymkę szlakiem najważniejszych świątyń Tamil Nadu. Poruszając się na południe miała Pani dodatkowo możliwość odwiedzania świątyń i zabytków w porządku chronologicznym a co za tym idzie budowania napięcia bo zwykle następny punkt to było jeszcze większe “łał”.

Czyli co, pierwszy przystanek to oddalone o 60km od Cennaj historyczne miasto Kanchipuram? Miasto będące kiedyś stolicą Pallawów jest ważnym centrum religijnym hinduizmu. Nazywane również miastem tysiąca świątyń jest skupiskiem ważnych obiektów sakralnych dwóch głównych odłamów hinduizmu: wisznuizmu oraz sziwaizmu. Jest to również jedno z siedmiu świętych miast hinduizmu – pozostałe sześć jest zlokalizowanych w centralnych i północnych Indiach. Sprawia to, że Kanchi jest ważnym celem pielgrzymkowym zwłaszcza dla mieszkańców południowych Indii.

Skoro jest to miasto tysiąca świątyń to jak to ogarnąć? Mówi Pani o pięciu najważniejszych wymieniając nazwy, które są wyzwaniem dla języka. Ażeby odwiedzić je w ciągu jednego dnia warto pomyśleć o dobrej logistyce i uwzględnić fakt, że praktycznie wszystkie funkcjonujące świątynie są otwarte od rana do południa a potem dopiero od czwartej do późnego wieczora. Wtedy jest to czas kiedy przychodzą wierni odprawiać „puję”, czyli ceremonie ofiarne.

Najstarszą świątynią jest Kailasanathar uważana za jedną z najstarszych wolnostojących świątyń – wcześniej drążono je w skałach (np. w Mamallapuram) lub używano drewna. Budowa zainicjowana została przez Pallawów około VII wieku co przypominają ich malownicze lwy na zewnętrznych ścianach wimany. Będąc zabytkiem archeologicznym objęta jest pieczą ASI (Archeological Survey of India), co dla takiej turystki jak Pani ma o tyle znaczenie, że spokojnie można tu wejść z aparatem fotograficznym. Pomimo, że nie jest to funkcjonująca świątynia oczywistym jest, że wejdziemy na jej teren tylko na bosaka. Tak jak i do każdej innej świątyni, meczetu lub kościoła w Indiach.

Kailasanathar Temple

Stosunkowo niedaleko jest bardzo ważna świątynia Ekambareswarar poświęcona Shiwie. Jest to jedna z pięciu świątyń Pancha Bhuta w południowych Indiach poświęconych pięciu elementom natury: wodzie, powietrzu, ogniowi, ziemi i enigmatycznemu eterowi (lub po prostu niebu). Ekambareswarar reprezentuje ziemię. Nie dziwie się, że to miejsce zrobiło na Pani wrażenie. Tutaj po raz pierwszy można było się zetknąć z monumentalnością stylu drawidyjskiego. Główna gopura ma wysokość ponad 50 metrów i pokryta jest nieskończoną ilością rzeźb. Z kolei wewnątrz świątyni możemy zagubić się w gąszczu potężnych granitowych kolumn pokrytych rzeźbieniami między którymi toczy się całkiem dynamiczne życie. Tłumy ubranych w kolorowe sari pań pielgrzymów (pielgrzymek?) przemykających na bosaka po zalanych wodą kamiennych posadzkach, panowie w podwiniętych do kolan białych dhoti dumnie prezentują swoje obnażone torsy, rytmiczny huk bębnów przeplatany dwutonowymi sapnięciami fleto-trąbek czy skonsternowany wyraz twarzy niezbyt młodej pary odnawiającej chyba swoje małżeńskie ślubowania przed zdrowym obliczem gołego do pasa bramina. I w tym wszystkim bosonogą turystka o jasnym obliczu.

Ekambareswarar Temple

Kolejnym punktem na szlaku spirytualnych doznań jest najważniejsza świątynia Kanchipuram czyli Kamakshi Amman poświęcona bogini. I właściwie jest to jedyna w mieście świątynia poświęcona w całości żeńskiemu bóstwu. Podobnie jak w wielu innych świątyniach wejście do ścisłego sanktuarium zarezerwowane jest tylko dla wyznawców hinduizmu. Również robienie zdjęć jest możliwe jedynie na zewnętrznych terenach i praktycznie tylko te tereny dostępne są bosonogiej turystce o bladym obliczu. Obszar jest na tyle duży, ze pozwala podziwiać wysokie świątynne gopury górujące nad pokaźnym basenem, który jest nieodłącznym elementem tutejszych sakralnych obiektów.

Kamakshi Amman Temple

Innym ciekawym i zawsze spotykanym elementem świątyń hinduistycznych jest maszt flagowy zwany dla ułatwienia dwajastambhą pokazujący kierunek głównego sanktuarium. Jest to ważne miejsce, w którym zwykle znajdują się wierni odprawiający swoje ofiary bądź tez padający po prostu na twarz przed masztem.

Dwajastambha w Kamakshi Amman Temple

No to na popołudnie pozostały dwie ważne świątynie wyznawców Wisznu. Pierwsza z nich Vaikunta Perumal jest w zasięgu spaceru z Kamakshi. Atmosferą i wielkością przypomina nieco świątynię Kailasanathar i również jest pod pieczą ASI co pozwala na robienie zdjęć.

Zdecydowanie najważniejszą dla wisznuitów świątynią jest olbrzymia Varadharaja Perumal. Na wejście do ścisłego sanktuarium nie ma co liczyć nie będąc hindusem. Jednak tym co robi największe wrażenie jest pawilon 100 filarów. Granitowe monolityczne kolumny (po prawdzie to jest ich 96) pokryte są niesamowicie precyzyjnymi dekoracjami, każda z nich przedstawia co innego. Przed wejściem na teren świątyni zwraca uwagę punkt składania ofiar z włosów. Dla wiernych jest to duże poświęcenie i taka ofiara składana jest w wyjątkowo ważnych intencjach. Natomiast dla samej świątyni handel ludzkimi włosami stanowi bardzo istotne źródło dochodów.

Varadharaja Perumal Temple

Dzień skakania od świątyni do świątyni wystarczy – nieszczególnie byłoby tu co robić dłużej. No chyba, że gustuje Pani w jedwabnych sari, z których to miasto słynie a nagabywujący sprzedawcy przypominają o tym na każdym kroku. A kroki można liczyć jedynie przeciskając się między samochodami i skuterami bo chodników w Kanchipuram brak.

Z Kanchipuram do Mamallapuram – powoli budujemy sobie mantrę z nazw południowoindyjskich miast. Nazwy miejscowości są rzeczywiście wyzwaniem. Wyzwaniem o tyle większym, że często miasta występują pod kilkoma nazwami. Zmiany nazw miały miejsce w rożnym czasie i z różnych przyczyn choć najczęściej chodziło o pozbycie się kontekstu kolonialnego i przywrócenie dawnego tradycyjnego nazewnictwa. W czasach kolonialnych lokalne nazwy były skracana i upraszczane aby umozliwic Brytyjczykom ich wymowę. I tak np. zmiana Trichy na tradycyjne Tiruchchirappalli lub keralskiej stolicy Trivandrum na Thiruvananthapuram pokazuje, że faktycznie mogło tak być.

Mamallapuram, Shore Temple

Mamallapuram (Mahabalipuram) to stosunkowo mała mieścina nad brzegiem Zatoki Bengalskiej. Z racji swojego położenia oraz koncentracji ważnych dla historii Indii stanowisk archeologicznych jest popularnym miejscem turystycznym. Oznacza to, że można tu nabyć tak znamienne dla turysty akcesoria jak kapelusz słomkowy, szyte na miarę skórzane ćapale oraz zjeść w miejscu gdzie danie niekoniecznie będzie serwowane tylko na bananowym liściu. Wieczorem natomiast można pokręcić się po przypominającej bangkocki Khaosan Road uliczce Othavadai pełnej knajpek i sklepików. O ile w Kanchipuram jedyne blade twarze spotykamy w Kailasanathar tak tutaj wręcz roi się od zachodnich przybyszów.

Mamallapuram to jednak przede wszystkim trzy główne zabytki. Organizacyjnie są one objęte jednym biletem, który za gotówkę nabyć można np. przy Pancha Ratas (600Rs), skąd najsensowniej rozpocząć zwiedzanie. Pancha Ratas to zespół pięciu małych świątyń w formie procesyjnych palankinów. Bogato zdobione i poświęcone rożnym bóstwom. Położone są na małym placu tworząc piękną scenerię. Do tego precyzyjnie wykonany kamienny słoń wyglądający jak żywy. Przy kapliczce Shivy nostalgicznie wyglądający wielki byk Nandi , z którym każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Rydwany wykonane są z monolitycznego kawałka granitu, niektóre struktury są wyraźnie niedokończone. Czas ich wykonania to VIIIw. Docenić należy również fakt, że nie jest to świątynia wiec można cieszyć się chodzeniem w butach.

Pancha Ratas

Kolejny punkt to kamienne wzgórze, na którym znajdziemy kilka wydrążonych w skale świątyń oraz grupy kamiennych reliefów. Zdecydowanie najważniejszy z nich to Arjuna Penance zwany tez Zejściem Gangesu. Płaskorzeźba o dlugosci prawie 30m i wysokości 15 wykonana została na dwóch sąsiadujących ze sobą granitowych głazach. Szczelina między nimi, w której dostrzec można węże Naga obrazuje spadający z nieba Ganges. W centralnej części widzimy stojącego stabilnie w pozycji drzewa bohatera Mahabharaty, Arjunę. Na dole, pod kłami słonia tą pozycję yogi próbuje naśladować kot, z którego ewidentnie naśmiewają się myszy. Na płaskorzeźbie aż roi się od różnych postaci bóstw, ludzi, zwierząt dających pole do nieskończonych interpretacji i zadziwiających precyzją wykonania.

Arjuna Penance

Na popołudnie i zachód słońca zostawiamy sobie Shore Temple, która jako jedyna otwarta jest do 9 wieczorem. Podobnie jak pozostałe ta świątynia nie jest czynną świątynią lecz zabytkiem wiec butów ściągać nie musimy. Dodatkowo jest to miejsce niezwykle malownicze i wręcz wymarzone na fotograficzne sesje.

Shore Temple

Kolejny punkt to oddalone o około 100km Puducherry (Pondichery) które uznać można za praktyczny przystanek w dalszej drodze na południe stanu. Miasto, ale tez jedno z siedmiu terytoriów związkowych Indii zostało założone przez Francuzow i do tej pory czuć tutaj francuską atmosferę. Tzw. Białe Miasto to nadmorska dzielnica, w której króluje europejska zabudowa i knajpki o francusko brzmiących nazwach. Ta cześć Puducherry nieco przypomina Panaji na Goa również pełne kolonialnej zabudowy. Natomiast już kilkaset metrów dalej od morza wpadamy w typowy rozgardiasz południowoindyjskiego miasta i aż nie chce się wierzyć, że to to samo miasto.

Mówi Pani, że Puducherry to nie tylko świeże croissanty na śniadanie. Około 10km od miasta znajduje się Auroville będące urzeczywistnieniem utopijnego pomysłu pewnej Francuzki, która uległa czarowi indyjskiego filozofa i mistyka Aurobindo. Auroville – Miasto Świtu to miejsce, w którym nie obowiązuje żadna religia, nie liczy się narodowość i wszyscy sobie nawzajem pomagają i pracują na rzecz wspólnego dobra. Dzieci nie chodzą do szkoły lecz są uczone przez członków wspólnoty, brak jest sądów i stróżów prawa. Ot, kraina wiecznej szczęśliwości, do której aby się dostać trzeba zaliczyć roczny wolontariat na rzecz wspólnoty.

Auroville wystrzega się bycia uważaną za atrakcje turystyczną. A Pani jakoś się skusiła aby tam po drodze na godzinkę wpaść. I jak przystało na nie-atrakcję turystyczną została Pani przyjęta w profesjonalnym Visitor Center, uległa pokusie wypicia coś nie coś w jednej z kilku wypasionych jak na indyjskie standardy kafejek. Budujący był również fakt, ze społeczność intensywnie rozbudowuje już i tak spory parking dla gości a system oznaczeń i informacji jest imponujący jak na nie-atrakcje turystyczną.

Większość odwiedzających ma jeden cel: zobaczyć Matrimandir, czyli świątynię nie-religii. Można ją zobaczyć jedynie z zewnątrz ze sciśle wytyczonego punktu widokowego. Matrimandir każdemu laikowi przywodzi na myśl nic innego jak tylko wielką, złotą piłkę do golfa, która wydaje się całkiem niezłą kwintesencją wartości wyznawanych przez ascetycznych bywalców aśramu. Wieść niesie, że piłka jest wypełniona energią i dobrze się w niej medytuje (po uprzedniej rezerwacji z kilkudniowym wyprzedzeniem).

A propos aśramu to w Białym Mieście w Puducherry jest słynny aśram założony przez Aurobindo i jego francuską partnerkę zwaną później Matką. Aby się do niego dostać trzeba wyłączyć telefon (tak, tak, tryb samolotowy nie wystarczy) i okazać go stróżowi, on oceni. Wewnątrz panuje podniosła atmosfera ciszy a na podłodze wewnętrznego dziedzińca z drzewem pośrodku siedzą po turecku bladolicy ludzie z myślami w niebycie. Cisza nie jest obligatoryjna w całkiem okazałym sklepie z pamiątkami, w którym można zaopatrzyć się głównie w zdjęcia i książki traktujące o fenomenie Francuzki ze specyficznym zgryzem nazywanej Matką. Jak na wspólnotę, której credo sprowadza się do braku religii i wiary w Boga sklepik z pamiątkami bardziej przypomina parafialny sklep z dewocjonaliami ku czci owej Matki. Wierni mogą tutaj np. nabyć naturalnej wielkości zdjęcie oczu tejże, które wszelako miały być hipnotyczne i w których wierny mógł się zatracić bez reszty.

Widzę, że Pani trochę dopiekło to aśramowe doświadczenie. Kolej na kolejną część mantry: w drodze do Kumbakonam odwiedzimy świątynię w Chidambaram a później w Cholapuram.

Chidambaram to nieduże miasteczko, którego sercem jest sziwaicka świątynia Thillai Nataraja. Poza tym, że poświęcona jest Sziwie w formie Nataraji (to ten słynny wizerunek czterorękiego boga wykonującego swój kosmiczny taniec w pierścieniu ognia) to, co wcale nie jest aż takie częste, ma również na swoim terenie sporą świątynię poświęconą Wisznu. Na wysokich gopurach zaczynają się już pojawiać kolory, tak charakterystyczne dla tamilskiej architektury. Ciekawostką jest również seria płaskorzeźb we wschodniej gopurze przedstawiająca 108 tanecznych pozycji – motyw częsty lecz tutaj doskonale się prezentuje.

Tanjavur Royal Museum, Shiva Nataraja

Thillai Nataraja jest kolejną – po Ekambareswarar – świątynią wchodzącą w skład pięciu Pancha Bhoota. Tutejsza odpowiada za piąty element natury jakim jest ciężki do ogarnięcia eter (tudzież niebo).

W nieodległym Cholapuram odwiedzamy pierwszą z trzech wielkich świątyń zbudowanych za czasów Cholów – Gangaikonda. De facto jest to chronologicznie druga z trzech świątyń i jest obecnie pod opieką ASI. Praktycznie oznacza to również, że nie jest zamknięta na cztery godziny w połowie dnia. Świątynie budowane za czasów Cholów charakteryzowały się jeszcze stosunkowo niskimi gopurami. W tym wypadku to wimana, czyli wieża nad głównym sanktuarium jest najwyższa (de facto z gopury niewielu już zostało). W późniejszym czasie świątynie drawidyjskie ewoluowały w kierunku budowania coraz wyższych – nawet do 70m – gopur, które stanowiły charakterystyczny punkt orientacyjny dla pielgrzymów.

Do wewnątrz świątyni wejść się nie da – zamkniętych drzwi nadal strzegą wielcy strażnicy dwarpalowie. Natomiast to co widać na zewnątrz jest wystarczająco widowiskowe i monumentalne. Szczególnie zdobiona jest imponująca wimana wykonana z różowego kamienia. Przed wejściem do świątyni czuwa wielki posąg byka Nandina a tuż za nim stoi nieodłączny złoty maszt flagowy dwajastambha. Warto pokusić się aby na ścianie świątyni odnaleźć wizerunek Sziwy siedzącego w towarzystwie swojej żony Parvati i zaplatającego turban fundatora świątyni, króla Rajendry I. Król ów odniósł serie zwycięstw podbijając królestwa Bengalu i aby ugruntować swoją pozycję postanowił przywieźć ze sobą Ganges. Nazwa Gangaikonda odnosi się do „tego, który sprowadził Ganges”. Wody z Gangesu zasiliły studnię, której obecnie strzeże okazałej wielkości postać lwa Simhakeni.

Gangaikonda

Miasto Kumbakonam słynie – jakżeby inaczej – ze świątyń i nie dziwi, że wzbudzała Pani tam zainteresowanie jako chyba jedyna zagraniczna turystka, która zdecydowała się tam przenocować. Zwykle Kumbakonam to przystanek autokarowych wycieczek przed świątynią Dharasuram Airavateswara – najmłodszą z trzech cholowskich świątyń. Świątynia po prostu piękna z mnóstwem delikatnych i precyzyjnych zdobień, które znajdujemy niemal na każdym kroku. Jednym z bardziej charakterystycznych i fotogenicznych elementów jest pawilon stu filarów w formie rydwanu ciągniętego przez konie niezmiennie nasuwający skojarzenia ze słynnym rydwanem w świątyni w Hampi. Na samych filarach spotkamy enigmatycznego stwora Yali o głowie słonia, ciele lwa, uszach krowy – stworzenie urocze i często obecne w tamilskiej architekturze. Z kolei na tylnej ścianie wimany odnajdziemy postać Sziwy-Lingodbhavy wyłaniającego z wielkiego lingamu. Temu wydarzeniu przyglądają się stojący z boku Wisznu i Brahma. Motyw dość często spotykany w świątyniach Tamil Nadu.

Że nie ma Pani już dość tych świątyń…Z dystansu wydaje się, że to wszystko to to samo, trochę jak zwiedzanie kolejnych grobów w Dolinie Królów w Luksorze. A jednak. Świątynie tamilskie zwykle zajmują wielki obszar. Są jakby miastem w samym sobie, w którym szczególnie w godzinach ceremonii panuje niezwykły tłok i harmider. Czasami można też natrafić na dodatkową atrakcję jak np. w świątyni Kumbeswarar w Kumbakonam gdzie wierni mogli liczyć na czułe błogosławieństwo udzielane za drobną opłatą przez słonia. Na szczęście słonie powoli znikają z hinduskich świątyń niemniej nadal można je spotkać.

Kumbeswarar Temple

W Tanjavur (Tanjore) przychodzi czas na zmierzenie się z najwcześniejszą ale i najbardziej okazałą świątynią Cholów czyli Brihadeeshwara. Podobnie jak w pozostałych świątyniach uwagę przykuwa bogato rzeźbiona wimana, na szczycie której leży ponad osiemdziesięciotonowa kulista struktura wykonana z jednego kawałka kamienia. Pytanie, jak w X wieku ją tam umieścili? Przed samą świątynią w mandapie na podwyższeniu leży monolityczny czarny posąg byka Nandina jednoznacznie świadcząc, że mamy do czynienia ze świątynią poświęconą Sziwie. Gdyby jednak nadal były wątpliwości to rozwieją je liczne lingamy stojące w rzędach jak żołnierze na placu defilad wzdłuż zewnętrznych murów. Ciężko je policzyć ale może ich być w zaokrągleniu mnóstwo.

Brihadeeshwara Temple

Mówi Pani, że Pałac Królewski w Tanjavur można sobie podarować? Trwa w nim intensywny remont i poza salą audiencyjną niewiele jest tam ciekawych rzeczy. No chyba, że ktoś szuka pomysłu na wymyślne tortury to może pooglądać kolekcję rysunków przedstawiających chińską inwencję w tym temacie wyeksponowaną w tutejszej bibliotece Saraswati Mahal. Pokorni i z dystansem do siebie będą mieli możliwość przeanalizowania swojej twarzy pod kątem jej podobieństwa do konkretnego zwierzęcia dzięki bogatej kolekcji rysunków pokazujących tą zależność.

Tiruchchirappalli (Trichy) to miasto istotne ze względu na dwa miejsca: potężną świątynię ku czci Wisznu Sri Ranganatha Swamy (Srirangam) oraz zespół świątyń usytuowanych na wielkiej skale w środku miasta skrótowo nazywanych Rock Temple.

Tiruchchirappalli, Rock Temple

Srirangam jest kompleksem potężnym. Dość powiedzieć, że pierwsze trzy gopury stoją po prostu w mieście. Dopiero czwarta stanowi wejście na właściwy i już bosy teren świątyni. Od tego miejsca praktycznie nie wejdziemy do wewnątrz budynku jako, że zarezerwowane są tylko dla wyznawców hinduizmu. W tym miejscu również pobierana jest opłata za fotografowanie oraz za wejście na dach, z którego roztacza się fenomenalny widok na teren świątyni.

Tiruchchirappalli, Srirangam Temple

Dopiero z tego miejsca można zdać sobie w pełni sprawę z ogromu tego świątynnego kompleksu. Pomimo niemożności wejścia do sanktuarium na zewnatrz jest wiele do oglądania. Szczególnie wartą uwagi jest położona nieco z boku mandapa (pewnie znowu ze stoma filarami) z fantastycznymi rzeźbami stających dęba koni w charakterystycznym stylu z czasów władców imperium Vijayanagara.

Rock Temple atakujemy z bocznej uliczki gdzie w jednym z licznych straganów należy zostawić buty. Dalej ponad 400 schodów już na bosaka. Zanim jeszcze dojdziemy do pierwszych schodów jeszcze mijamy wciśniętego miedzy stragany słonia – znowu biedak musi trąbą błogosławic pielgrzymów. Pomimo temperatury 37 stopni daje się wytrzymać – idziemy głównie pod dachem co róż wchodząc do mniejszej lub większej kapliczki wykutej w skale. Zbliżając się ku szczytowi skały zaczynają nam towarzyszyć latające w powietrzu orły. Całą drogę z głośników dolatuje monotonna mantra Om Namah Shivaya wprawiając licznych pielgrzymów w lekki trans.

Tiruchchirappalli, Rock Temple

Ostatnim punktem pielgrzymiego szlaku Tamil Nadu jest ich ikoniczna świątynia Meenakshi w Maduraju. Bezwzględnie to jest to miejsce, które przyciąga gości do tego stanu. Wokół świątyni widać grupy pielgrzymów. Ulica wokół świątyni wyłączona jest z ruchu co jest niebywałym wytchnieniem od panującego tutaj zgiełku. Tylko piesi, żadnych jazgoczących skuterów i pędzących tuk-tuków. Pełen relaks. W okolicznych sklepach z pamiątkami jest możliwość wejścia na dach i podziwiania kolorowych i strzelistych gopur wybijających się ponad horyzont.

Meenakshi rządzi się swoimi prawami. Wejść do środka możemy – za wyjątkiem ścisłego sanktuarium. Ale poza butami zostawić trzeba nawet telefony, nie mówiąc o aparatach. Są one przechowywane w bezpiecznym jak się wydaje depozycie. Przy wejściu jest bardzo szczegółowa kontrola więc o jakimkolwiek wniesieniu elektroniki nie ma co marzyć. Sama świątynie jest niesamowita i wobec braku możliwości uwiecznienia tego na zdjęciach pozostaje jedynie przyglądanie się. Przyglądanie się ludziom stojącym w długich kolejkach do dharsan’u. Rzadko kto jednak korzysta z płatnego fast track’u tu nazywanego “speed dharsan”. Przyglądanie się monumentalnym kolumnom w holu tysiąca filarów. Obserwowanie grupki młodych adeptów braminizmu mruczących razem mantry. Co chwila przy jednej z pobocznych kapliczek z wystawionym murti zatrzymuje się kilka osób ze złożonymi ponad głową rękami. Jest też grupa spoconych turystów z Francji, którym lokalny przewodnik tłumaczy dlaczego Meenakshi ma aż trzy piersi. Za rogiem pomniejszy bramin nakłada na wyciągnięte ręce wiernych papkę dal’u z zielonej soczewicy, którą oni z apetytem zjadają.

Czas mija i ani się obejrzeliśmy a nasze indyjskie pendolino opuściło stan Tamil Nadu i dojeżdża do stolicy sąsiedniej Kerali Trivananthapuram. Tym samym zamykamy naszą mantrę złożoną z nazw południowoindyjskich miejscowości: Cennaj Kanchipuram Mamallapuram Puducherry Chidambaram Cholapuram Kumbakonam Tanjavur Tiruchchirappalli Madurai Trivananthapuram…

3 thoughts on “Indie | Tamil Nadu, czyli kolorowy świat monumentalnych świątyń

Leave a comment