Kostaryka | Wypatrywanie ptaków, czyli jak to jest w praktyce

Kostaryka to raj stworzony dla miłośników ptaków. Bardzo często w wynikach wyszukiwania nazwa tego kraju pojawia się w kontekście wypraw birdwatching’owych. Jedno kliknięcie i chwilę potem dostajemy reklamy lornetek, lunet ornitologicznych i teleobiektywów. Prawdopodobnie nie bez przyczyny. Chociaż rzeczywiście okazji do obserwacji ptaków i innych przedstawicieli fauny jest tutaj mnóstwo to jednak nie jest to zoo.

Patrząc na fantastyczne zdjęcia reklamujące wyjazdy do Kostaryki można nabrać przekonania, że wystarczy wejść do pierwszego lepszego parku a już będziemy potykać się o leniwce a śmigające w powietrzu skrzeczące ary będą nam zrywać okulary z nosa. Może się zdarzyć, że będzie jednak nieco mniej dynamicznie i obcowanie z kolorową przyrodą będzie wymagało więcej uwagi, koncentracji i przygotowania. A już napewno wstawania o świcie.

Ptaki jakoś nigdy nie były w centrum naszych zainteresowań: po wodzie pływały kaczki a nad morzem latały mewy. Oczywiście był też bocian, chociaż w innym kontekście. Tak wysublimowane słowa jak nurogęś lub gągoł kojarzyły się raczej z niewybrednym przezwiskiem niż ptasim gatunkiem.W istotne zdziwienie wprawiło nas odkrycie, że sporej wielkości czarne ptaki z potężnymi dziobami spotykane na Borneo to niekoniecznie to samo co spotykamy w Kostaryce. I tak nasza wrażliwość zostaje wzbogacona o rozróżnienie dzioborożców od tukanów.

Oriental Pied-Hornbill (Borneo)

Jadąc do Kostaryki nie sposób nie nastawiać się na podglądanie ptaków. Naszym głównym celem jest spotkanie tukana ale mamy też nadzieję, że uda się zobaczyć również kwezala, który właśnie w tym czasie (marzec) powinien myśleć o planowaniu rodziny. Resztę ptaków możliwych do zobaczenia klasyfikujemy precyzyjnie jako „te kolorowe”.

Na terenie hotelu w Tortuguero słychać przeraźliwy jazgot. Wielkie stare drzewo obwieszone czymś co przypomina wielkie siatki pełne ziemniaków. Wokół drzewa niesamowity ruch i chaos. Brązowo-czarne ptaki z żółtymi ogonami latają tam i z powrotem dźwigając w dziobach długie, cienkie patyczki. Inne, siedząc na gałęzi, ni stąd ni zowąd fikają koziołki jak dzieci PRL-u na podwórkowym trzepaku. Jeszcze inne wchodzą do „siatek” i miotają się w środku jak porażone prądem. Wszystkiemu towarzyszy wrzask i przepychanki.

Właśnie stoimy przy drzewie, na którym gniazduje spora kolonia ptaków o wdzięcznej angielskiej nazwie montezuma oropendola. Polska nazwa jest już bardziej wymagająca – to kacykowiec aztecki. Ptaki te wprowadziły bardzo konkretny podział obowiązków w rodzinie. Rolą samicy jest zbudowanie solidnego gniazda – nawet do półtora metra długości. Zanim przystąpi do wysiadywania w nim jajek wkracza On. Jego wkładem w rozwój populacji jest kontrola jakości wykonanego przez małżonkę gniazda. Wskakuje do środka i miota się jak opętany starając się gniazdo roznieść w pył. Jak mu się uda to wtedy, no cóż, małżonka czynność musi powtórzyć. Jeżeli natomiast gniazdo przetrzyma jego wariactwa samica będzie mogła zająć się wylęgiwaniem jajek.

Montezuma Oropendola (Tortuguero)

Pomimo tego, że montezuma jest ptakiem dość pospolitym to jednak udało nam się w trakcie całego pobytu w Kostaryce zobaczyć jeszcze tylko jedną kolonię i to zdecydowanie nie tak liczną jak w Tortuguero.

Wiele hoteli, żeby nie powiedzieć każdy, oferuje taki lub inny sposób na ułatwienie kontaktu ze zwierzętami, a ptakami w szczególności. Prawie zawsze znajdziemy sporych rozmiarów karmniki gdzie codziennie serwowane są świeże owoce. Nie zawsze przychodzą tam tylko ptaki, częstymi gośćmi są wiewiórki oraz iguany.

Zdecydowanie najbardziej efektywnym sposobem na wypatrzenie ptaków jest spacer ornitologiczny, który znajdziemy w ofercie praktycznie każdego hotelu (cena od 40$-60$ od osoby). Stawiamy się najpóźniej o 6:00 rano i razem z przewodnikiem zaopatrzonym w pokaźną lunetę ruszamy na poszukiwania. Przewodnik jak z rękawa sypie nazwami rozpoznawanych ptaków a my w amoku staramy się je wyśledzić wśród gęstych liści. Niestety, w wielu przypadkach ptaki nie mają cierpliwości aby czekać w jednym miejscu aż prawidłowo nakierujemy lornetkę i pozostaje nam wierzyć przewodnikowi na słowo.

Chodząc samemu próbujemy namierzyć cokolwiek wsłuchując się w otaczające dźwięki. Wsłuchując się i wspomagając aplikacją Merlina, która błyskawicznie podaje nam listę „ćwierkających” ptaków. Każdy spacer sprawia, że coraz częśćiej udaje nam się samodzielnie coś dostrzec.

Mały stawik na terenie Selva Verde Lodge, skądinąd popularnego ptasiarskiego miejsca, jest ulubionym miejscem małego zimorodka. Jego charakterystyczny szczekot sprawia, że stosunkowo łatwo namierzyć go siedzącego na niskiej gałęzi tuż nad poziomem wody.

Amazon Kingfisher (Selva Verde Lodge)

Ale przecież w Kostaryce jesteśmy przede wszystkim dla tukanów. Zbieg okoliczności sprawia, że znajdujemy dziuplę, w której robią sobie gniazdo dwa arasari obrożne pracujące w pocie czoła nad przedłużeniem gatunku. Dziupla, wiadomo, jest w drzewie a po drzewach kica mnóstwo wiewiórek tylko czyhających na chwilę nieuwagi właścicieli jajek. Z zaciekawieniem obserwujemy jak dwa małe tukany wspólnymi siłami bronią gniazda starając się odwrócić uwagę intruza. Okazuje się, że wiewiórka (przez sąsiadów Czechów nazywana drewnym kocurem) wcale taka odważna nie jest i wkrótce śmiga na sąsiednie drzewa.

Collared Aracari (Selva Verde Lodge)

Tukan tukanowi nie równy. Bezspornym tukanowym symbolem Kostaryki jest ten tęczodzioby. Rzeczywiście, udaje nam się go spotykać w wielu miejscach co wcale nie oznacza, że za każdym razem nasz poziom ekscytacji jest mniejszy.

Keel-billed Toucan (Tortuguero)

Dużo rzadziej natomiast spotykamy pary tukanów czarnodziobych (taką polską nazwę podaje Merlin dla Yellow-Throated Toucan, chociaż pojawia się też wierne tłumaczenie jako tukan żółtogardły). Z kolei w lasach mglistych Monteverde śmigają nam o świcie małe tukany szmaragdowe (czy naprawdę polska systematyka musi deprecjonować tego ptaka nazywając go pieprzojadem?). Rano około 7:00 jesteśmy już po naszym „ornitologicznym” spacerze i zasiadamy do śniadania. Z przejęciem odpowiadamy na pytanie znajomych, czy widzielismy jakieś zwierzęta, że spotkalismy kolejnego tukana. „Ale to ptak! A zwierzęta widzieliście?”.

Yellow-throated Toucan (Volcan Arenal)

Monteverde jest pełne ptaków. Jest też pełne drzew i innych soczyście zielonych leśnych „elementów”. Wypatrzenie w tym gąszczu małych ptaków jest trudne. Razem z przewodnikiem namierzamy (to znaczy on wcale nie namierza bo wie gdzie to jest) stare drzewo, w którym dziuplę ma kwezal. Nabożne miny innej grupy pozwalają mieć nadzieję, że ptak akurat jest w domu. Przewodnik rozstawia lunetę i w pamięci pozostaje jedynie krótki obraz zielonego ptaka, który właśnie odlatuje. Na pocieszenie pozostaje jedynie cieszenie się widokiem uroczego motmota (piłodziób żółtopierśny – za jakie grzechy taka nazwa!), który spokojnie pozuje do zdjęcia machając swoim długim ogonem jak wahadłem zegara z kukułką.

Lesson’s Motmot (Monteverde)

W niedalekim sąsiedztwie znanego i raczej kameralnego miasteczka Samara na wybrzeżu Pacyfiku znajduje sie ośrodek Macaw Recovery Network – organizacji działającej na rzecz odtworzenia obecności ar czerwonych i ar wielkich zielonych w Kostaryce. Prawdopodobnie to dzięki ich działalności widzieliśmy ary czerwone na plaży Corozalito niedaleko Punta Islita. Macaw Recovery Network organizuje płatne wizyty w ośrodku dwa razy dziennie. Nie ma tutaj pozowania z ptakami na ramieniu czy jakiegokolwiek bliskiego kontaktu tak często spotykanego w pseudo-sanktuariach. Owszem, mamy platformy gdzie wysypywane jest jedzenie (wg zapewnień przewodnikach w ilości około 10% dziennego zapotrzebowania), do których przylatują dziko żyjące ptaki. Dziko żyjące ale jednak przyzwyczajone do określonego rytmu odwiedzin: jeżeli codziennie dwa razy o tej samej porze pojawia się grupka ludzi, która sypnie na platformę garść orzechów to ptaki już tam są. Nie mija jednak 20 minut i na skrzeczący sygnał ptasiego przywódcy całe stadko wzbija się w powietrze i znika w sobie tylko znanym kierunku.

Scarlet Macaw (Punta Islita)

Przed wizytą w Macaw Recovery Network trochę poguglowaliśmy. Nie za bardzo uśmiechało nam się trafić do typowo turystycznego miejsca, które zwięrzęta wykorzystuje jako przykrywki do zarabiania pieniędzy szafując hasłami o ich ochronie. W wielu miejscach aż się roi od tego typu pseudo-sanktuariów. To co znaleźliśmy w sieci jak również sam przebieg wizyty raczej skłania nas do tego aby uznać, że organizacja faktycznie wykonuje niezłą robotę i nie wykorzystuje ptaków jak maskotek. Dla chętnych do poczytania na temat samej organizacji oraz informacji o arach tutaj.

Jakoś zawsze tak się zdarzy, że prędzej czy później trafiamy na rzekę. Jak jest rzeka to jest i chęć aby po niej popływać. W rejonie Tortuguero pływanie po kanałach to jedna z głównych atrakcji, szczególnie poza sezonem lęgowym żółwi. Rejsy większymi bądź mniejszymi łódkami znajdą sie w ofercie każdego hotelu. My decydujemy się na poranny rejs małą łóką wiosłową. Zależy nam na ciszy, której nie będzie zakłócał warkot silnika. O ile nasza łódź napędzana powolnymi machnięciami wiosłem narażona była jedynie na nieco zbyt filozoficzne i przydługie wynurzenia naszego przewodnika, o tyle główny szeroki kanał zamienił się w arterię szybkiego ruchu. O godzinie szóstej rano w dwugodzinne rejsy ruszyły całe rzesze turystów. Przeważały długie kilkunastosobowe łodzie z silnikami spalinowymi Yamahy wyładowane pasażerami do ostatniego miejsca. Na szczęście im dalej od check point’u parku (obowiązkowa rejestracja każdej łódki) tym więcej pojawiało się odnóg kanałów i stawało się spokojniej.

Northern Jacana (Tortuguero)

Głownym oczekiwaniem jakie towarzyszy rejsowi po rzece jest spotkanie kajmana albo innego krokodyla, najlepiej z rozwartą paszczą. Nasze oczekiwania były mniej zawężone aczkolwiek bylismy pewni licznych interakcji z przedstawicielami fauny. Owszem, trochę ich było ale użycie słowa zatrzęsienie byłoby przesadą. Nasza mała łódka pozwalała wpłynąć w wąskie kanały gdzie przepychalismy się między drzewami odsuwając od siebie zwisające liany. Towarzyszył nam przeraźliwy wrzask papug, których nie sposób było wypatrzyć w gęstwinie.

Po powrocie do szerszego kanału zobaczylismy parkę trogonów. Chociaż były w sporym oddaleniu to przyglądając się im rzeczywiście można było dopatrzyć się podobieństw „z dzioba” do kwezala, który należy do tej samej rodziny. Trogony okazały się jednak atrakcją wyższego rzędu. Mijając inną łódź w drodze powrotnej nasz przewodnik wskazał ręką na drzewo, na którym je widzieliśmy i krzyknął: „Dos trogonos!”, po czym usłyszeliśmy tylko odpalone wysokie obroty silnika i łódź popędziła w tamtą stronę. Trogony słyną z tego, że nie mają takiego ADHD jak wiele innych ptaków i są w stanie posiedzieć w jednym miejscu dłuższą chwilę. Pozostaje nam wierzyć, że pędząca z rykiem silników łódź dotrze na miejsce zanim odlecą.

Slaty-Tailed Trogon (Tortuguero)

Siłą rzeczy do głowy cisną się porównania do doświadczeń z podobnych rejsów w innych miejscach. Na Borneo, podobna szerokość geograficzna, rejs po jednaj z największych rzek wyspy, Kinabatangan też rozbudzał oczekiwania. Pomimo tego, że tam dużo więcej czasu spędziliśmy na wodzie, niekiedy przemakając do gaci na skutek krótkiej, aczkolwiek gwałtownej tropikalnej ulewy, to jednak obiektywnie trzeba przyznać, że ilość interakcji z obserwowanymi zwierzętami była zdecydowanie większa (relacja z wyprawy nad Kinabatangan na Borneo tutaj).

Blue-eared Kingfisher (Borneo)

Takie kolibry to jest dopiero odjazd! Ilość gatunków ogromna, ilośc uderzeń skrzydeł na sekundę ogromna! A do tego nie usiedzą na miejscu nawet na chwilę. Chyba nie byłoby przesadą powiedzenie, że w Kostaryce kolibrów jest zatrzęsienie. Bardzo popularne jest wywieszanie poidełek w restauracjach lub hotelach. Obecność tych małych ptaszków działa jak magnes przyciągając chętnych do zrobienia z nimi sesji fotograficznych gdzie w tle niemal zawsze znajdzie się kawałek czerwonego poidełka. Przykładowe miejsca z kolibrami ciekawe z powodu innych atrakcji, które zwykle znajdują się na trasie wyjazdu do Kostaryki to np. kawiarenka przy Catarata del Torro w prywatnym parku Blue Falls oraz tłumnie oblegane, zwłaszcza przed południem, Cafe Colibri przy wejściu do parku Monteverde.

Purple-throated Mountain-gem (Monteverde)

Rzeczywiście, wypatrywanie ptaków wymaga cierpliowości i uczy pokory. Szczególnie dla takich żółtodziobów jak my. Kostaryka pomimo swojego wielkiego bogactwa przyrodniczego nie jest zoo. Tym bardziej kiedy uda się zidentyfikować jakiegoś pierzastego przedstawiciela tutejszej fauny radość jest tym większa.

Dodaj komentarz