Drugi wizyta w Chinach pozwala na oderwanie sie od konieczności zaliczania topowych atrakcji turystycznych. W zamian daje szanse na liźnięcie mniej znanych rejonów. Tym razem wybór pada na prowincje Sichuan oraz Yunnan leżące w środkowych i południowych Chinach.
Oba te leżące w cieniu wyżyny Tybetańskiej rejony graniczą ze sobą a ich stolice – Chengdu na północy i Kunming na południu – oddalone sa o około 1000km. Patrzac na mapę Chin dwie prowincje stanowią tylko nieznaczna cześć tego wielkiego kraju. Chociaż zarówno Sichuan jak i Yunnan należą to jednych z największych prowincji Chin to i tak razem sa mniejsze niż Tybet. Daje to pewne wyobrażenie o tym z jak wielkim krajem mamy do czynienia. No i trudno tutaj czuć sie osamotnionym. Obszar tych dwóch prowincji -porównywalny z Norwegia, Szwecją i całym polskim Pomorzem – zamieszkuje 130mln ludzi, czyli prawie tyle co w Rosji. Porównanie z ludnością Skandynawii mija sie z celem bo nawet uwzględniając populację norweskich ferm łososia nadal pozostaje problem skali. Oznacza to, że mówiąc krótko, jest tu mnóstwo ludzi.

Wszelkie interesujące turystycznie miejsca są oblegane przez turystycznie zorientowanych Chińczyków. W praktyce w okresie wakacyjnym – nota bene pokrywającym się z porą monsunową – napotkamy kolejki przed kasami na stacjach kolejowych, w restauracjach i w atrakcjach turystycznych. Sytuacja dramatycznie się zaostrza w weekendy. Oczywiście, mnogość ludzi wokoło powoduje znacznie większe prawdopodobieństwo występowania nieprzewidzianych sytuacji, których głównym źródłem jest zwykle fakt, że to my stajemy się obiektem zainteresowania będących w wakacyjnym nastroju Chińczyków.
Dziwnie można sie poczuć gdy w ośrodku hodowli pandy w Chengdu okazuje sie, ze raz po raz wygrywamy konkurencje z misiem o to z kim lepiej zrobić sobie bardziej lub mniej jawne zdjęcie. Na marginesie, właśnie to miejsce pozwala w pełni cieszyć sie tłumem. Teoretycznie, żeby uniknąć tłumów w Panda Research Center w Chengdu należy stawić sie wczesnym ranem – daje to rownież szanse na obserwacje zwierzaków w jako takim ruchu.

Faktycznie, wystarczy ze tylko ułamek chińskich turystów rownież zdecyduje sie na poświęcenie związane z wczesnym wstaniem i już poł godziny czekania przed kasami. Chociaż park jest rzeczywiście spory to przed każdym ciekawszym punktem, w którym sa pandy dochodzi do korków. Żeby zobaczyć małe, kilkutygodniowe miski trzeba odstać przynajmniej poł godziny przed wejściem do budynku. W środku istny armagedon dla europejskich uszu. Rozentuzjazmowany tłum zaopatrzonych w telefony Chińczyków przelewa sie wzdłuż szklanych ścian, za którymi leżakują małe pandy. Seriom zdjęć i próbom strzelania sobie selfie towarzysza wykrzykiwane komentarze, raczej chyba powodowane zachwytem. Nad płynnością ruchu czuwają “służby”. Zaopatrzeni w przenośne megafony pracownicy ryczą wprost w uszy przechodzących tuż obok ludzi. Prawdopodobnie zachęcają do szybszego przechodzenia. Trójka europejskich turystów jako jedyni nie robią zdjęć bo ich ręce zajęte sa ochranianiem uszu. Tłum płynie powolutku, strażnicy ryczą w megafony, Chińczycy sa zachwyceni, europejscy turyści odchodzą od zmysłów a małe pandy śpią za szyba. Za szybą, nad która wisi napis po angielsku “Silence Please”.

Ośrodek hodowli pandy znajduje sie na obrzeżach Chengdu. Można do niego dojechać metrem a później autobusem jednak taxowka z centrum miasta nie kosztuje więcej niż 50¥ a rano ruch jest w miarę płynny. Powrót do miasta to już konieczność wdania sie w negocjacje z kierowcami taksówek i zaakceptowania wydatku 80-100¥. Sam bilet do ośrodka to 60¥, tylko gotówka lub płatność WeChat’em. No i nie ma co liczyć aby coś zjeść sensownego w środku, chyba ze bambusowy listek.
Zwyczaje płatnicze i wspomniany WeChat to temat sam w sobie. Praktycznie zapominamy o płaceniu kartą. Za wyjątkiem hoteli przyzwyczajonych do zagranicznych gości i sklepów na lotnisku płatność karta Visa lub Master to nieudany pomysł. Jak już akceptowane sa jedynie karty chińskich banków. Nie ma natomiast większego problemu z wypłata gotówki z bankomatu. Stosunkowo łatwo można znaleźć bankomat z obsługa po angielsku, najlepiej przy oddziałach banków. Nie każdy bankomat ma te same funkcje i nie każdy wydaje gotówkę wiec przed włożeniem karty w gardziel automatu lepiej wcześniej poczytać informacje. Jeżeli sa same krzaczki to nie ma co czytać a pewnie i tak maszyna pieniędzy z naszej karty nie wyda. Niemal zawsze obowiązuje maxymalny limit wypłaty 3000¥, natomiast najwyższe nominały to 100¥.
W Chinach zdecydowanie najpopularniejszym sposobem płacenia jest telefon z aplikacja WeChat lub AliPay. Absolutnie zawsze w punkcie sprzedaży – czy jest to sklep, automat do sprzedaży biletów na metro, sprzedawca szaszłyków na ulicy czy tez uliczny grajek – znajdziemy kod QR przynajmniej jednej z tych aplikacji.

Po zeskanowaniu i wpisaniu kwoty pieniądze przelewane sa na konto sprzedawcy a my pokazujemy wyświetlacz telefonu z potwierdzeniem dokonania płatności i już w naszej ręce ląduje upragniony pęczek szaszłyków z kaczych jelit za 20¥. Za usługę czyszczenia uszu na ulicy zapłacimy telefonem 30¥ czyli mniej więcej tyle samo co za wróżenie z dłoni u starego wróża zaopatrzonego w smartfona.

Dużo mówi sie na temat internetu w Chinach i Great China Firewall. W praktyce przekraczając granice kraju wchodzimy w strefę stuprocentowo kontrolowanego i cenzurowanego internetu. Dla przybyszów z Zachodu oznacza to, ze korzystanie z takich udogodnień jak fb, Google, WhatsApp, Gmail wymaga podjęcia dodatkowych działań. Pomimo tego, że korzystanie z VPN jest od 2018 zabronione to w praktyce nadal pozostaje to w miarę dobrym sposobem na dotarcie do zablokowanych treści. Za wyjątkiem lotnisk nawet bezpłatne VPNy działały bez zarzutu, praktycznie przez cały czas. Ponadto, w przypadku dostępu do poczty dobrym rozwiązaniem jest konto na yahoo, które w Chinach jest nieblokowane.
Dla ludzi przyzwyczajonych do GoogleMaps nie ma tutaj dobrych wiadomości. Nie dość, że mapy nie działają to rownież nie można ich pobrać offline. W konsekwencji jakość informacji i dokładność lokalizacji jest ograniczona. Zdecydowanie dokładniejsze sa mapy oparte o openstreet jak rownież Apple’owskie mapy i popularna aplikacja MapsMe, które działają offline. Jeżeli mimo wszystko ktoś bardzo chciałby korzystać z GoogleMaps to można w Watsapp otwartym oczywiście w VPN ściągnąć swoją lokalizacje. W ograniczonym obszarze (np. W zakresie miasta) będzie ona dostępna offline spod Whatsapp’a, nawet bez VPN;-)
Wydawałoby sie, że Chińczyków wiele omija z cywilizacji zachodniej – wszak jak nie ma ciebie na fb to nie istniejesz. Owszem, oni istnieją. 1.3mld ludzi jest zafascynowanych swoim QQ.com (coś jak fb) i praktycznie każdy kto ma telefon ma aplikacje WeChat (bardziej zaawansowany WhatsApp). Jedyną ceną dostępu do tych wszechobecnych narzędzi jest konieczność świadomości, iż sa one w pełni kontrolowane przez państwo i absolutnie skutecznie cenzurowane. Korzystanie z nich oznacze stuprocentowe wyrzeczenie sie jakiegokolwiek poczucia prywatności w internecie i otwarcie swojego komputera na chińska cenzurę.


One thought on “Chiny |Sichuan, Yunnan i VPN”