Właśnie skończyły się deszcze. Tegoroczna pora deszczowa była wyjątkowo obfita. Takich opadów i gwałtownych burz nie widziano w Namibii od ponad siedmiu lat. Największe deszcze spadły w marcu, potem jeszcze padało do połowy kwietnia. Krajobraz suchej zwykle Namibii zmienił się nie do poznania. Zielono zrobiło się w wysuszonym zwykle Spitzkoppe – suchy zazwyczaj o tej porze Rock Pool pełen był wody w pełni zasługując na swoją nazwę. W Damaraland na półpustynnych terenach pojawiła się trawa. Często przebywające w korytach okresowych rzek okolic Palmwag czy Twyfelfontein pustynne słonie ruszyły w kierunku gór na wschodzie.
Koniec pory deszczowej i początek suchej zimy przypada na przełom kwietnia i maja. Dla miłośników safari może nie być to najlepszy czas – w zielonej scenerii gdzie wody jest właściwie pod dostatkiem jest trudniej wypatrzeć zwierzaki. Trudniej co nie znaczy, że wypatrzeć się nie da.

W Namibii mamy niezliczoną ilość prywatnych parków. W większości są to miejsca oferujące noclegi oraz możliwość udziału w zorganizowanych safari. Jadąc z fantastycznego kempingu prowadzonego przez lokalną społeczność w Spitzkoppe na dwie noce zatrzymujemy się w Omaruru Game Logde. Zwierzęta w parku są na wpół dzikie, no, może w 80%. Omaruru ma bardzo rozległy teren gdzie żyją słonie, nosorożce, żyrafy i różnego rodzaju kopytne. Większość z nich – za wyjątkiem słoni i żyraf – przychodzą wieczorkiem do oczka wodnego graniczącego z restauracją. Nie żeby popić – regularnie około szóstej wieczorem przypada pora karmienia. Sympatyczny pan z obsługi nasypuje z wielkiego wora jakieś groszki wyglądające jak psia karma, którymi zajadają się nosorożce niemalże wkładając swoje wielgachne paszcze do naszych talerzy. Jak nosorożce się najedzą przychodzą kopytne (aby nie być gołosłownym chodzi np. o długorogiego elanda). Zwierzęta są tak zaaferowane jedzenie, że nawet nie zauważają kiedy są miziane po rogach przez przyglądających się im gości.
W oddali za oczkiem widać słupy, na których zamiast Szymona Słupnika leży spora kępa siana. To sposób na dokarmianie żyraf, które przekąszają tutaj przez cały dzień nie nadwyrężając przy tym swoich długich szyj.
Na spotkanie ze słoniami udajemy się rano odkrytym samochodem. Wyjeżdżamy z parku, w którym znajduje się hotel i dojeżdżamy do drugiego, znacznie większego parku. To właśnie tutaj będziemy wypatrywać małego stada słoni, które przez większość czasu właśnie tutaj przebywa. Pomimo ogrodzenia słonie mogą swobodnie się przemieszczać bo rachityczna konstrukcja płotu nie jest dla nich zbyt dużym wyzwaniem. A jednak zwykle trzymają się tego parku. Dlaczego? Zagadka wyjaśnia się po półgodzinie jeżdżenia po piaszczystych drogach buszu i wypatrywaniu słoni. Nasz jeep wiezie z tyłu pokaźną kupę trawy z solą. To takie ulubione słoniowe chipsy. Słonie doskonale wiedzą, że dwa razy dziennie organizowane jest safari i mniej więcej o tej samej porze dnia niby przez przypadek pojawi się w określonym miejscu parku samochód wiozący oprócz turystów ich słony przysmak. Tako i my trafiamy na małe stadko słoni. One rzucają się na swoja trawę niemal ocierając się o samochód a my mamy okazje z bardzo bliska obcować z tymi wielkimi zwierzętami. Pomimo, że słonie przyzwyczajone są do tego codziennego rytuału to jednak nie są to oswojone zwierzęta i cały czas trzeba mieć się na baczności.

Safari w Omaruru trwa około 3 godzin. Po bliskim spotkaniu za słoniami udajemy się do “hotelowej” części rezerwatu gdzie bez problemu spotykamy nosorożce, żyrafy, strusie i kopytne. Na koniec pan funduje nam atrakcję w postaci oglądania bajorka z wystającymi nad powierzchnię głowami kilku znudzonych hipopotamów.
Park narodowy Etosha jest największym parkiem Namibii. Odległość wschód-zachód to dobre 300km i to właśnie wzdłuż tej osi najczęściej się podróżuje. W parku mamy bardzo dobrej jakości drogi, wszystko jest doskonale oznaczone. Miejsce niezwykle przyjazne aby na safari przyjechać własnym samochodem chociaż każdy kemping oferuje również zorganizowane “game’y” w otwartych samochodach.
Do parku wjeżdżamy jedną z wielu bram gdzie przechodzimy instruktaż z panujących zasad oraz mniej lub bardziej szczegółową kontrolę. Jest tu też punkt informacyjny oraz kasa gdzie opłaca się wjazd na teren parku.

My wjeżdżamy od strony Opuwo przez Galton Gate na zachodzie. Tutaj zostajemy poddani niezwykle drobiazgowej kontroli – łącznie z rozpakowywaniem wszystkich bagaży. Szczególnie strażnicy wyczuleni są na szukanie reklamówek (absolutny zakaz wwożenia do parku) oraz surowego mięsa. Nastawienie strażników parku jest zdecydowanie mniej przyjazne może dlatego, że do zamknięcia bramy zostały juz niespełna dwie godziny.
Bramy parku otwierają się i zamykają dokładnie o wschodzie i zachodzie słońca. Codziennie aktualizowane są godziny – można jest sprawdzić na stronie NWR, czyli państwowego operatora parków narodowych i znajdujących się na ich terenie kempingów. Warto wiedzieć, że godziny otwarcia bram nie są orientacyjne i nie ma co liczyć, że zostaniemy wpuszczeni na teren parku gdy przyjedziemy nawet parę minut po czasie.
W parku Etosha śpimy w namiotach w dwóch miejscach: na zachodzie w Olifantsrus a na wschodzie w Namutoni. Natomiast w Okaukuejo – w środkowej części parku – wybieramy domek nad oczkiem wodnym.
Akurat Olifantsrus – oddalony o około godzinę drogi od Galton Gate – nie oferuje nic szczególnego. Miejsca kempingowe są bardzo blisko siebie i ciężko tutaj mówić o prywatności. Olifsntsrus przyciąga malowniczym oczkiem wodnym, do którego idzie się po drewnianym pomoście. Fajne miejsce do obserwacji zwierzaków zapewnia drewniany, dwupoziomowy domek. Niestety wtedy kiedy byliśmy (początek maja poprzedzony niespotykaną jak na Namibię ilością opadów w marcu i kwietniu) wszędzie było zielono i zwierzaki nie bardzo miały potrzebę odwiedzania tego oczka.
Ogólnie, zachodnia część parku, nota bene udostępniona do zwiedzania dopiero parę lat temu, nie prezentuje się zbyt oszałamiająco jeżeli chodzi o frekwencję czworonogów. Zobaczenie zebry stanowi tutaj spore wydarzenie, dość liczne są jak zwykle impale i spring boki.

Jadąc w kierunku Okaukuejo sytuacja zmienia się zdecydowania chociaż gęste zielone zarośla nie ułatwiają zadania. Już na początku przy jednym z oczek wodnych spotykamy parę samotnych słoni. Rozbudza to nasze apetyty i oczami wyobraźni widzimy już osławione stada afrykańskich słoni majestatycznie idących w naszą stronę i pozujących do zdjęć w dalszych częściach parku. Nic z tego. Te dwa samotniki to nie licząc jeszcze jednego, który wieczorem nawiedził oczko wodne w Okaukuejo to wszystkie słonie jakie spotkaliśmy w Etoshy.

Nie ma co jednak narzekać. Ten dzień obfituje w naprawdę sporą ilość interakcji ze zwierzętami. Coraz liczniejsze stada zebr stają się obojętne. Wysypujące się na drogę stadka impali i springboków wzbudzają wręcz niekiedy zniecierpliwienie. Do tego strusie – zwykle w parach – obojętnie patrzące z pobocza drogi.
Przy jednym z oczek wypatrujemy kryjącego się w trawie lwa z wielką grzywą. Bez lornetki i obiektywu 400mm nie sposób się mu przyjrzeć. Dostrzegamy go jedynie dzięki temu, że ktoś ze stojącego przy oczku samochodu pokazuje ręką na sawannowy bezkres i krzyczy: “Lion!”.

Safari w parku Etosha własnym samochodem polega głównie na odwiedzaniu oczek wodnych. Zwłaszcza w porze suchej gdy wody jest jak na lekarstwo właśnie tam jest szansa na spotkanie większej ilości zwierząt. Jak zwykle również najlepsza porą jest wczesny ranek i późne popołudnie. Z względu na zasady panujące w parku, które zakazują poruszania się po zmroku również bramy kempingów otwierane są zgodnie z godzinami wschodu i zachodu słońca. W związku z tym jedyną okazją aby obserwować zwierzęta poza tymi godzinami są oczka wodne na kempingach. Oraz oczywiście dołączenie do zroganizowanego safari np. nocnego.
W drodze do Okaukuejo coraz częściej spotykamy samotne dziwaczne gnu wyglądające jak kupa nieszczęścia. Od razu ten przedstawiciel antylop staje się naszym ulubieńcem. W zachodniej części parku nie udało nam się wypatrzeć ani jednego gnu więc jego pojawienie się jest dużą atrakcją.

Przed Okaukuejo wybieramy objazd na północ w kierunku oczka wodnego Okondeka. W tym rejonie napotykamy na spore stado ujmujących swoim “pięknem inaczej” marabutów.

Podróżując po parku własnym samochodem trzeba liczyc się z pewnymi ograniczeniami. Zakaz przebywania w parku po zmroku powoduje to, że planowanie czasu jest kluczowe. A czas szybko mija zwłaszcza jak spotka się ciekawe zwierzęta i żal szybko opuszczać to miejsce. Dodatkowo należy się liczyć ze spowolnieniami np. spowodowanymi zwierzętami na drodze. Chociaż niedoświadczyliśmy kontaktu ze słoniami mogącymi wstrzymać na długo przejazd to bardzo liczne stada zebr maszerujących po lub w poprzek drogi wymuszały częste postoje.
Druga istotna rzecz to całkowity zakaz wychodzenia z samochodu. Nie ma mowy o skoku w krzaczki na siku bo może to być ostatnia tego typu czynność w życiu. Po drodze są wyznaczone miejsca postojowe – nie tak znowu bardzo dużo – w których są toalety i miejsca na piknik. Miejsca te ogrodzone są wysokim płotem i jedyny dreszczyk emocji jaki się pojawia to w momencie gdy trzeba wyskoczyć z samochodu aby otworzyć bramę.
Poza naprawdę kilkoma miejscami na terenie parku nie ma zasięgu GSM. W sytuacjach awaryjnych może to być wyzwanie gdy potrzebujemy pomocy. Zwłąszcza w miejscach mniej uczęszczanych. Pomimo dobrych dróg (grawel) nie można wykluczyć złapania gumy. Zabawa z wymianą koła nabiera wtedy wyraźnych rumieńców, zwłaszcza gdy przy drodze są krzaczory.
Większa cześć dnia z Okaukuejo do Namutoni nie rozpieszcza. No może za wyjątkiem pary rozleniwionych lwów majaczących w oddali. Do tego sporo ptaków z dużym dropem – nota bene symbolem Botswany – na czele. Im bliżej końca dnia i niedaleko kempingu Namutoni napotykamy na coraz większą ilość żyraf. Niektóre wynurzają swoje głowy z widocznego w oddali buszu podczas gdy inne z ciekawością przyglądają się nam z odległości kilku metrów. Ten dzień zdecydowanie staje się dniem żyraf.

Namutoni opuszczamy wcześnie rano. Brama parku jest tuż obok kempingu. Przed wyjazdem z parku chcemy jeszcze przejechać się kilkukilometrową trasą Dik-dik Drive. Pod koniec drogi w końcu udaje nam się wypatrzeć tego najmniejszego przedstawiciela antylop z czarną łezką w kąciku oka.

Ostatni nocleg przed pożegnaniem z Namibią spędzamy w prywatnym parku Waterberg. Na godzinę czwartą udaje nam się dojechać aby dołączyć do organizowanego przez lodge safari. W grupie dziesięciu osób ruszamy na trzygodzinne wieczorne poszukiwanie nosorożców.
Park w Waterberg posiada siedem nosorożców. Jeszcze niedawno było ich dziesięć lecz trzy padły ofiarą kłusowników. “Poszukiwanie” nosorożców w tego typu miejscach nie jest zbyt skomplikowane ponieważ zwierzęta często pojawiają się w tych samych miejscach. Dodatkowo każda grupa pilnowana jest przez uzbrojonego strażnika, który przez radio informuje gdzie nosorożce aktualnie się znajdują.
Spotkanie z tymi dużymi zwierzakami jest naprawdę bliskie. Podjeżdżamy na miejsce i pan kierowca zaprasza nas abyśmy wyszli z samochodu. Rozpoczynamy teraz piesze safari mogąc obcować z nosorożcami naprawdę z bliska. Zdecydowanie mamy wrażenie, że nasza obecność nie robi na zwierzętach zbyt dużego wrażenia aczkolwiek obsługa cały czas czuwa i hamuje co poniektóre zapędy aby podejść do zwierzaka na wyciągniecie ręki.

Po tak bliskim kontakcie z nosorożcami mijane po drodze żyrafy darzone są co najwyżej uprzejmym wzruszeniem ramion a gnające przed samochodem kudu pręgowane jedynie na chwilę odciąga uwagę od tego czego doświadczyliśmy jeszcze kilkanaście minut wcześniej.


3 thoughts on “Namibia | Safari w Etosha, Waterberg i Omaruru”