Do Indii trzeba dojrzeć…
Będąc tam zaledwie dwa tygodnie poprzedzone kilkoma miesiącami czytania na temat tego kraju, poznawania jego specyfiki jestem w stanie sobie wyobrazić szok jakiego mogą doświadczyć oczekujący sielskiego wypoczynku nieprzygotowani turyści. Zadne z tych określen: “sielski” czy “wypoczynek” nie będą zbyt często używane w relacjach dotyczących pobytu na Pólwyspie Indyjskim. Myślę, że bardziej adekwatne byłyby “jazgot”, “chaos” i “wracajmy”.

Przedsmakiem tego co nas czeka był lot ze Stambułu do Delhi. Czekając przed gate’em stwierdziliśmy, że europejski wygląd podróżnych juz jakby odszedł w zapomnienie. Wokól nas królowały kolorowe sari, długi brody ora fantastycznie upięte turbany a na stópkach gustowne ciapale czyli po prostu klapki. Było gwarno dość i odnosiliśmy wrażenie, że większośc tych osób się zna. Zwierząt nie było.
Samo lotnisko w New Delhi jest normalne: właściwie można oczekiwać tego samego co na innych międzynarodowych portach: w miarę sprawna odprawa paszportowa poprzedzona punktem wizowym nie zajmie więcej niż godzinę. Ale jest to czas, który indyjski urzędnik spożytkuje na wpisanie wielu danych do swojego systemu wzbogacając go naszymi odciskami palców. Czas rownież leniwie płynie przy taśmie z bagażami i nie należy tracić zbyt szybko nadziei.
W normalnych okolicznościach turysta, który odebrał swój bagaż ruszyłby do wyjścia w celu pobrania stosownej ilości indyjskich rupi z kilku bankomatów. Nasze okoliczności normalne nie były. Mniej więcej na 3 tygodnie wcześniej indyjski rząd w osobie ich premiera ogłosić anulowanie najwyższych banknotów (czyli 1000 i 500rupi). Była to decyzja śmiała mająca na celu walkę z praniem brudnych pieniędzy. Cała operacja miała być dobrze przygotowana ale życie pokazało, ze nie wszystko poszło tak gładko. Wyobraźmy sobie, zenagle najwyższy banknot jakim możemy się posłużyć to 10zl. I ze pensje dostajemy w gotowce. I ze bankomaty wypłacają tylko w takich nominałach (ale tylko 200zl dziennie). No i że jest nas miliard: miliard ludzi nawykłych do płacenia w gotowce i mających głęboka niechęć do banków. Nie mówiąc już o kartach płatniczych, które rzadko są gdziekolwiek akceptowane. Mówiąc krótko: bankomaty są ale suche. Ani wtedy na lotnisku ani później ani razu nie udało nam się skorzystać z tego źródła gotówki. Jeżeli bankomat stał sobie spokojnie znaczyło to, ze nie ma w nim pieniędzy (90 na 100 przypadków); jeżeli natomiast był pełny to czekała do niego horrendalna kolejka (co w 90 na 100 przypadków i tak oznaczało, ze jakby sie do niego doszło to i tak by wysechł). Na szczęście na start udało nam się zdobyć jeszcze przed wyjazdem kilkaset rupii oraz mieliśmy sporo jednodolarowek. Rzeczywiście spokojnie można nimi płacić nawet za riksze aczkolwiek trochę się cierpi na kursie wymiany.

Pierwsze uderzenie hinduskiej mentalności spotkało nas już na lotnisku gdy dumnie dzierżąc voucher o różowym kolorze ruszyliśmy szukać przedpłaconej taxowki. Pojawiło się wiele osób gotowych służyć nam pomocą w dotarciu do taxowki chociaż niekoniecznie tej co chcieliśmy. Brnęliśmy wytrwale przez kolejne pasy samochodów zaciskając palce na naszych walizkach, które były usłużnie wyrywane przez kolejnych naciągaczy. Udało się: dotarliśmy do 3rd lane i pozwoliliśmy sie wchłonąć taxowce z żółtym dachem.
Miasto dopiero się budziło, kierowca podkręcił głośność jazgotu w radiu i w ciągu pół godziny dojechaliśmy do dworca Niazamudin. Jak się potem okazało przez porównanie był to całkiem spoko dworzec. Byliśmy przed czasem wiec udaliśmy się na pierwszy indyjski posiłek w tutejszej sieciówce obsługującej rownież catering w pociągach. I tu nie ma co za bardzo się rozwodzić aby nie psuć dobrego obrazu indyjskiej kuchni. Ta dworcowa była do bani i nijak się miała do ich tradycyjnego jedzenia. Przy okazji nauczyliśmy się, ze cena składa się rownież z kilku podatków i każdy o tym wie dlatego nie ma sensu podawać tego w cenniku (tak około 30%).
I nadszedł ten moment kiedy udaliśmy się do pociągu. Generalnie na indyjskich dworcach można dać sobie radę. Są oznaczone perony, wyświetlacze z czasami odjazdów pociągów oraz mało zrozumiałe zapowiedzi przez megafon. Dworzec to tez miejsce gdzie toczy się życie. Przychodząc na poranny pociąg można obserwować budzących się do życia mieszkańców gdy odgrzebują się koców i zwykle natychmiast udają się na tory za potrzeba. Dworzec to tez miejsce niezwykle tłoczone gdzie tylko z rzadka można spotkać zbłąkanego turystę.

Same wagony są doskonale oznaczone: oprócz klasy jest tez numer wagonu widniejący na bilecie. Ponadto każdy pociąg ma swój numer i z racji tego ze często nazwy pociągów podawane są krzaczkami po hindusku jest to wyjątkowo pomocne. Podróżowaliśmy klasami AC2 i AC3. W praktyce zapewniają one całkiem dobry standard nawet na dalszych trasach. Na początku AC2 robi nieco klaustrofobiczne wrażenie: przedziały są przedzielane niebieskimi zasłonkami i idąc wąskim korytarzem nie sposób nie wejść z nimi w bezpośredni kontakt. Do tego ciemno dość a zza zasłonek dochodzi miarowe chrapania.
W AC2 przedziały są 4 osobowe i jest milutko. Jest klima i panuje bardzo przyjemna temperatura. Na stacjach przez pociąg przebiegają chmary roznosicieli pożywienia wiec nie będziemy przymierać głodem. Toalety tez do wyboru do koloru: western albo indian style (ten ostatni to “na Małysza”).
A co z biletem? Ominęło nas szczęście zakupu biletu bezpośrednio w kasie. Podobno to niezapomniane przeżycie. Już na wiele miesięcy przed wyjazdem rozpoczęliśmy nasza przygodę z zakupem biletów on line. Pierwsze wyzwanie to założenie konta na irctc.co.in. Sytuacje komplikuje nieco wymóg posiadania indyjskiego numeru telefonu, na który wysyłany jest kod autoryzacyjny. Ale i to można obejść kontaktując się z customer service portalu i przesyłając skan paszportu. Akceptując inne i bardziej liberalne podejście Hindusów do pojęcia czasu możemy mieć pewność, ze w przeciągu maksymalnie miesiąca uzyskamy odpowiedni kod autoryzacyjny, który umożliwi nam stanie się pełnoprawnym użytkownikiem portalu. Dynamizm strony jest porażający ale przy odrobinie wprawy uda nam się znaleźć odpowiedni pociąg (warto wiedzieć ze szukając połączeń wpisujemy nazwę konkretnego dworca a nie tylko nazwę miejscowości). Obalając mity potwierdzam, ze bez trudu za bilet zapłacimy kartą (wybór opcji international cards). Bilet należy wydrukować i gotowe. Pamietajmy, że z jednego konta można dokonać tylko 6 rezerwacji na miesiąc (ale jedna może być dla 10 osób).
Kupujac bilet i w ogóle planując podroz pociągiem warto co nieco dowiedzieć się o systemie kolei. Istnieje tam dość skomplikowany system klas pociągów i wagonów. Każdy z nich ma inny rozkład siedzeń co może być istotne przy dłuższej podróży. Istnieje niezliczona ilość różnych stron doskonale prezentujących zawiłości systemu (godne polecenia to indianrail.gov.in., seat61.com).
Pociag wydaje się zacisznym i miłym miejscem, którego walory można doćenic w momencie gdy się z niego wysiądzie. My doznaliśmy tego w Agrze, która była nasza pierwszą destynacją. Od momentu pojawienia się w drzwiach dworcach staliśmy się centrum zainteresowania całego prywatnego przemysłu transportowego. Przedstawiciele tego rzemiosła służą radą od samego początku i zachwalając swoje transportowe usługi. Nam chyba udało się całkiem nienajgorzej bo zostaliśmy wyhaczeni przez starszego pana, który zaciągnął nas do swojej taksówki i bez żadnego przekrętu zawiózł nas do hotelu (naszego hotelu). Byliśmy tym tak uradowani, ze od razu umówiliśmy się na popołudniową przejażdżkę doAgra Fort a dzień później rownież do Fatehpur Sikri.
Agra to oczywiście Taj Mahal, o którym napisano już wystarczająco wiele. Wybierając się na zwiedzanie (prawdopodobnie rykszą) należy prezyzyjnie określić do której z trzech bram chcemy dojechać. Najmniej oblegana jest wschodnia aczkolwiek kasa biletowa znajduje się tam około 700m przed bramą. Będąc na terenie Taj zdecydowanie należy unikać odwiedzin w tutejszym muzeum bo jest żenujące. Zakup biletów tylko za gotówkę (chociaż istnieje możliwość zakupu on line gdzie można płacić karta). Absolutny zakaz wnoszenia jedzenia oraz toreb natomiast nie ma problemu z aparatami fotograficznymi (zdjęcia można robić wszędzie za wyjątkiem wnętrza grobowca). Przechodząc przez kontrole trzeba się liczyć z tym, ze w przypadku zakwestionowania torby nie ma możliwości jej zostawienia. Oznacza to, ze należy grzecznie opuścić kolejkę i udać się w kierunku pobliskich sklepików gdzie błyskawicznie zostaniemy skonfrontowani z ofertą popilnowania naszego plecaka w zamian za to, że po zwiedzaniu poświęcimy pare minut na zapoznanie się z towarami w sklepiku. No ale niestety oznacza to rownież, że trzeba będzie ustawić się w kolejce od nowa a potrafią być długie.
A propos kontroli bezpieczeństwa to są po prostu wszędzie: muzea, każde wejście do metra, na dworzec, do centrów handlowych, większych sklepów, hoteli i oczywiście banków. Cóż, pomimo ze wszystko wyglada bardzo poważnie to jednak jakość kontroli jest średnia (mi bez problemu udało się wejść do ich Banku Centralnego z gazem obezwładniającym w kieszeni).
Agra zrobiła na nas dość przytłaczające wrażenie, głównie chyba dlatego ze były to pierwsze godziny w Indiach. Poza tym miasto samo w sobie nie ma nic do zaoferowania i żyje z turystów przyjeżdżających do Taj Mahal. Oznacza to ni mniej ni więcej jak tylko to, że trzeba zachować szczególna ostrożność wiedząc, że jesteśmy traktowani jak chodzący bankomat i to niezbyt rozgarniety.
Na cała Agre w zupełności wystarczy półtorej dnia. Po przyjeździe w ramach aklimatyzacji dobrze jest zwiedzić Agra Fort co zajmie około dwóch godzin. Fort jest nie za duży i zdecydowanie ciekawszy niż Red Fort w Delhi. Ciekawym punktem jest doskonały widok (ten mniej widokówkowy) na Taj od strony zachodniej. Bilet tylko za gotówkę, 500r.
Taj Mahal to dobre 3 godziny zwiedzania plus czas organizacyjny (kolejki, dojścia)-cena 1000r ale w tym woda i pokrowce na buty GRATIS! Zwiedzając Taj do południa mamy możliwość podjechania potem do odległego o 45km opuszczonego miasta Akbara Fatehpur Sikri. I jest to absolutnie konieczność!
Fatehpur Sikri było miastem cesarza zamieszkiwanym zaledwie przez kilkanaście lat i z niewyjaśnionych na 100% przyczyn opuszczonym (najczęściej uważa się, że z powodu braku wody choć jest to często kwestionowane biorąc pod uwagę rozwiązania inżynieryjne, zwłaszcza w zakresie transportu wody, zastosowane w tym mieście). W konsekwencji miasto jest w doskonałym stanie i wyglada tak jakby zostało opuszczone przed chwilą. Z Agry można się tam dostać autobusem ale będzie to nieco czasochłonne i męczące. Wynajęcie samochodu w obie strony to koszt od 20-25$. I biorąc pod uwagę wygodę jest to chyba najlepsze rozwiązanie. Zwiedzanie Fatehpur to przynajmniej 3 godziny bo jest to dość rozległy obszar, który oferuje mnóstwo atrakcji architektonicznych. De facto samo miasto to coś na kształt wielkiego obozu, gdzie poszczególne pawilony i budynki przywodzą na myśl namioty Wielkich Mogołów (jedna z teorii powstania i opuszczenia tego miasta mówi, że to po prostu tymczasowe obozowisko cesarza, który tocząc koczowniczy tryb życia w pewnym momencie postanowił przenieść się w inne miejsce).
Samo zwiedzanie warto rozpoczynać przy bramie na prawo od bramy do meczetu (tutaj dowożą nas busiki z parkingu; wchodzenia przez bramę prowadząca do meczetu unikajmy jak ognia bo zanim do niej dojdziemy po stromych stopniach zostaniemy zamęczeni przez sprzedawców i amatorskich przewodników, którzy ustawiają się w szpaler, żeby mieć lepszy dostęp do świeżych turystów). Bilet 500r, gotówka.
Agra była pierwszym punktem na popularnej turystycznej trasie Złotego Trójkąta. Następny etap to Rajasthan – kraina pustynna usiana majestatycznymi fortami dającymi schronienie dumnym radżom. Stolicą stanu jest Jaipur zwany Pink City od koloru budynków na starym mieście. Jaipur to jeden wielki bazar, po którym spacer oznacza przeciskanie się między tłumem ludzi a pojazdami. Jaipur to tez miejsce gdzie na głównej arterii miasta obok samochodów można zobaczyć wędrujące słonie.

Poruszanie się po mieście polega głównie na łapaniu autoriksz. Krótkie parominutowa przejazdy nie powinny kosztować więcej niż 50-100r. Oczywistym jest konieczność ustalenia ceny zanim wsiądziemy do wehikułu. Wskazane rownież jest wykazanie się pewnością siebie w zakresie znajomosci miejsca do którego jedziemy – sypanie odległościami i punktami orientacyjnymi (w epoce Google to nie wyczyn) znacznie poprawia nasza pozycje negocjacyjną. Jadąc zwłaszcza wieczorem dobrze jestzrewidowac swoje oczekiwania dotyczące komfortu: doceńmy to, że kierowca zechce włączyć światła, na szaleńcza prędkość i tak nie mamy wpływu, zachwycamy się refleksem i wyczuciem odległości prowadzącego i marzniemy omiatani strugami chłodnego powietrza dzierżąc w zaciśniętych rękach nasz podróżny dobytek i stałe elementy pojazdy, które zapewniają nam możliwość utrzymania się w jego wnętrzu. I jest to głośny pojazd (często nazywany tuk-tukiem w hołdzie dźwiękowi wydawanemu przez dwusuwowy silnik). Autoriksze teoretycznie są dwu lub czteroosobowe. W godzinach szczytu (około 14 dzieci wracają ze szkoły) taki tuktuk potrafi pomieścić kilkanaście dzieci wraz z tornistrami. Aha, prawdopodobnie jest to pojazd uprzywilejowany – potrafi jeździć pod prąd jak rownież zawracać w każdym miejscu. Pojazd absolutnie nie boi się pieszych aczkolwiek zgrabnie umyka przed autobusami i ciężarówkami, które z racji gabarytów nie maja naturalnych wrogów na drodze.

Jaipur oferuje pare ciekawychmiejsc do zwiedzania. Zdecydowanym numerem jeden, na który trzeba przeznaczyć pół dnia jest Amber Fort leżący kilka kilometrów za miastem (dojazd tuktukiem za około 5$ w obie strony). Fort jest faktycznie okazały i daje wyobrażenie o potędze panujących tam władców. Niewątpliwa aczkolwiek nie tanią atrakcją jest wjechanie do fortu na słoniu (1000r od pary). Trwa to około 15 minut i oszczędza długiego i mozolnego wspinania się po schodach. Warto pamiętać: mahud czyli kierowca słonia oczywiście oczekuje napiwku chociaż jest to zakazane. Rownież uczynny pan pod koniec przejażdżki, który zrobi nam pare zdjęć naszym aparatem stanowczo poprosi o uiszczenie stosownej opłaty. Na szczęście wracając z fortu (po około 3 godzinach) zrobimy to na własnych nogach podziwiając przy okazji widoki i napawająca się bliskim kontaktem ze sprzedawcami pamiątek i właścicielami śpiących na schodach kóz (właściciel tych zwierząt ujawni się błyskawicznie w momencie gdy zechcemy czerpać korzyść z głaskania jego capiących futrzaków).

Drugim punktem na liście żądnego zwiedzania turysty jest City Palace. Wejście do niego wcale nie jest sprawa prosta i zamiast miotać się między jedna a druga brama warto zdać się na rikszarza, który podwiezie nas pod właściwe miejsce. City Palace dzięki się na dwie główne części: tą przeznaczona dla zwiedzających oraz tą gdzie mieszka obecnie panujący radża. Zwiedzanie to około 2 godzin, cena 500r cash only.
Rownież dość rozpoznawalnym zabytkiem Jaipuru jest Hawa Mahal, cyli Pałac Wiatrów. Budowla jest dobrym punktem orientacyjnym usytuowanym w samym centrum bazarów starego miasta. Jej cała atrakcyjność sprowadza się do ciekawej zewnętrznej elewacji. Za racji niezbyt szerokich ulic niełatwo jest zrobić tam ładne zdjęcie.

Poza zabytkami Jaipur to okazja do podglądania życia ulicy, przede wszystkim w starej części. Może i poruszanie się po uliczkach nie jest najbardziej komfortowe ale dostarcza wielu wrażeń i pozwala na bliski kontakt z jego mieszkańcami. Przejście na druga stronę ulicy graniczy z cudem i najlepiej “podpiąć” się pod jakiegoś lokalesa i lecieć za nim z zamkniętymi oczami. Wszystkie fasady Pink City to witryny sklepików i to skupionych branżami: mamy tu ulice z tekstyliami, butami, bransoletami, sklepami papierniczym, metalowymi, ceramika itd. Jest to nawet wygodne bo nie trzeba latać po całym mieście, żeby wybrać jakiś ciuch bomwiekszosc jest przy jednej ulicy. Sklepy poprzeplatane są punktami usługowymi (pralnie, farbiarnie, serwis maszyn do szycia, fryzjerzy, garkuchnie, usługi szewskie, wulkanizacja). 
Nota bene ciekawe, ze w centrum miasta jest popyt na usługi punktów (wielu) prowadzących handel i naprawę np. opon do traktorów i ciężarówek potężnych rozmiarów. Bo to ze jest facet, który prowadzi punkt pompowania kół do rowerów to już nikogo nie dziwi.
Jaipur to stolica Rajasthanu jednakże w moim subiektywnym odczuciu najpiekszniejszym miastem tego stanu jest Udajpur leżący bardziej na południu (przejazd pociągiem około 6 godzin). Jest to fajna baza wypadowa dla tych, którzy nie chcą zatrzymywać się w zbyt wielu miastach (jak chociażby Jodhpur czy leżący na skraju pustyni Jaisalmer). W Udajpurze spędziliśmy 4 noce co wydaje się optymalne.
Udajpur nazywane jest białym miastem i szczyci się pięknym położeniem nad brzegiem jeziora, na środku którego jest Lake Palace obecnie zamieniony na hotel. Centralnym zabytkiem miasta jest monumentalny City Palace, który podobnie jak jaipurski jest rownież siedzibą aktualnego władcy. Poruszanie się po pałacu jest kłopotliwe, składa się on z wielu części do których trzeba mieć dodatkowy bilet (np. Cristal Gallery) oraz uiścić opłatę za przejście przez bramę między jednym a drugim dziedzińcem. Warto trochę uwagi poświecić w trakcie kupowania biletów aby się w tymwszytskim połapać. Niespodzianka: można płacić kartą. Bardzo restrykcyjnie przestrzegany jest wymóg posiadania opłaty za fotografowanie a w Cristal Gallery apar trzeba zdeponować bo jest całkowity zakaz fotografowania. A szkoda bo zobaczenie kompletnego umeblowania pokoi wraz z łóżkiem wykonanego w 100% z kryształu daje wyobrażenie o megalomanii ówczesnych władców i warte byłoby utrwalenia. City Palace leży nad brzegiem jeziora na długości prawie kilometra. Od strony jeziora (doskonały widok z drugiej strony jeziora zwłaszcza wieczorem) prezentuje się wspaniale.
Udajpur oferuje wiele miejsc do odwiedzenia i jest przyjemnym miejscem do zwykłego podkręcenia się po mieście. Oczywiście jest tu tłoczno ale tez czuć turystyczna atmosferę. Nie ma problemu ze znalezieniem przyzwoitego miejsca do zjedzenia, sporo jest agencji turystycznych, kantorów. Turystów tez jest więcej niż w innych miejscach. Ulice są wąskie tak wiec w centrum starego miasta nie ma zbyt dużo samochodów za to na ilość tuktukow narzekać nie będziemy. I skuterów. I wszechobecnych krów.
Krowy w Indiach to osobny temat. Nasze największe osłupienie wzbudzały w Agrze bo to były pierwsze dni. Spotkanie takiego rogacza twarzą w twarz w wąskiej uliczce na pewno nie było czymś do czego przyzwyczaiły nas europejskie miasta. Później uświadomiliśmy sobie, ze nie każda krowa to krowa lecz rownież byki.
Taka indyjska corrida chociaż patrząc na ich spokojne zachowanie mieliśmy wrażenie ze już coś przyjęły. Krowy na ulicy czuja się dobrze: codziennie rano wysypywane jest dla nich jedzenie a i w trakcie spaceru jak je głód przyciśnie to bez żenady wkładają pysk do straganów i zawsze coś dostaną.
W ogóle w Indiach mocno się obcuje ze zwierzętami. Krowy to na pewno numer jeden ale są i pracujące osły, ciągnące wozy wychudzone konie lub bawoły (te nie są święte). Utrapieniem sprzedawców owoców są złośliwe i zwinne makaki czyhające na moment ich nieuwagi. Słonie i wielbłądy w Rajasthanie to tez nic niezwykłego, podobnie jak szybujące nad fortami orly. Kozy to bardziej temat na obrzeżach miast. No i psy. Ale być psem w Indiach to kiepski wybór. Panuje ogólne przekonanie, ze pies w swoim poprzednim życiu pałał się kradzieżami i teraz ma za swoje. W konsekwencji pies znajduje się na najniższym szczeblu drabiny społecznej Indii i spotyka się z ogólnym potępieniem.
Mówiąc o mniejszych gabarytach mamy dość sporo gryzoni: co ciekawe oprócz zwykłych myszy i przemykających wieczorami szczurów jest mnóstwo sympatycznych pasiastych wiewiórek (takich Albinów).
Centralnym punktem staromiejskiego rozgardiaszu jest skrzyżowanie 4 ulic przy głównej świątyni hinduistycznej Jagdish Temple. Piękne miejsce gdzie można być świadkiem codziennych obrzędów (zwłaszcza wieczorem) oraz podziwiać ściany pokryte typowymi lekko świntuszującymi hinduskimi płaskorzeźbami. Świątynia jest na szczycie stromych schodów skąd jest doskonale miejsce do obserwowania ulicznego życia. Udajpur to miasto gdzie wiele osób chciałoby mieć wesele dlatego całkiem prawdopodobne jest, że w trakcie pobytu spotkamy orszak weselny, który na pewno będzie przechodził pod świątynia. Niezapomnianym widokiem jest ruch uliczny około godziny 14 gdy dzieci wracają ze szkół. Na skrzyżowaniu tworzy się wtedy rikszowy węzeł gordyjski, którego niezwykłość podkreśla kakofonia klaksonów.

Miasto jest doskonałym punktem wypadowym do jedno lub pół dniowych wycieczek. Zdecydowanie wartym polecenia jest wyjazd z kierowca na całodzienny wypad do dwóch niezwykłych miejsc: dżinijskiej świątyni Ranakpur oraz fortu Kumbhalgarh. Miejsca te oddalone są od siebie o niespełna godzinę jazdy a z samego udajpuru dojedziemy tam w dwie godziny. Do tego po niecałe dwie godziny na zwiedzanie każdego z tych miejsc i robi się cały dzien.
Bedac w Rajasthanie nie sposób nie zwiedzić fortów, które są kwintesencja tego regionu. Doskonałym kompendium podstawowych informacji na temat największych z nich jest ten portal. Fort Kumbhalgarh jest dobrze zachowany. Słynie zwłaszcza z 34km murów uznawanych za najdłuższe po Murze Chińskim. Możliwe jest zorganizowanie wycieczki murami wokół fortu.
Wewnątrz jest sporo ładnych świątyń hidhuistycznych i dżinijskich aczkolwiek większość z nich jest nieużywana do obrzędów. Na szczycie wzgórza jest pałac, który jednak zwiedza się tylko z zewnątrz. Jego główna atrakcja są widoki na fort i okolice. Zwiedzanie jest dość uciążliwe ze względu na wzniesienia i jak zwykle w indyjskich zabytkach jest dość mało oznaczeń.

Dla fanów fortów jest jeszcze jedna możliwość. Jadąc porannym pociągiem z Jaipuru do Udajpuru można wysiąść po drodze i zwiedzić fort Chittogargh będący niegdyś stolica stanu. Obecnie fort jest nieco zapuszczony a w miejscowości, w której się znajduje jest największa w Indiach fabryka zajmująca się przetwórstwem cynku o czym przypominają olbrzymie kominy buchające czarnym zdrowym dymem. Po wizycie można dojechać do Udajpuru taksówka bądź autobusem. Czas około 2 godzin.
Stosunkowo niedaleko od fortu znajduje się jedna z największych dżinijskich świątyń Ranakpur. Jest imponująca: zarówno pod względem rozmiarów jak i zdobień. Obowiązuje całkowity zakaz jedzenia, wnoszenia przedmiotów ze skory i fotografowania świętych posągów. W świątyni jest las kolumn (ponad 1400), marmurowych z pięknymi zdobieniami. Dużym plusem jest możliwość skorzystania z audio guida bo świątynia przepełniona jest dżinijaską symboliką. 2 godziny na zwiedzanie na pewno nie będzie za dużo.

Religia dżinijska ma korzenie w hinduizmie i powstała w tym samym czasie co buddyzm (ok 600 lat pne) aczkolwiek ma zdecydowanie mniej wyznawców. Głównym stanem dżinizmu jest Gujarat (graniczący od północy z Rajasthanem) ale najświętszym miejscem jest Mount Abu leżąca pare godzin od Udajpuru. Nie wchodząc w szczegóły dżinizm sprowadza się do zasady “make prace no war”. W praktyce oznacza to głęboka niechęć do krzywdzenia jakiejkolwiek innej istoty co oznacza, że żarliwy wyznawca tej religii będzie poruszał się po drodze z maseczka na twarzy (żeby przypadkiem nie zassac jakiegoś owada) a drogę przed sobą będzie zamiatał gustowna miotełka (to na wypadek zbłąkanej mrówki). Oczywistym jest że nie jedzą mięsa ale z roślinami tez nie jest lekko. W grę nie wchodzą np. korzenie (adios ukochana przez Hindusów cebulko), bo są one źródłem życia. No właśnie, żadnych rzeczy zrobionych ze skory ale to wydaje się oczywiste. Co bardziej radykalni wystrzegają się poruszania w inny sposób niż pieszo (co w zestawieniu z koncepcja miotełki zaczyna mieć sens). Ubrania preferują białe od stop do maseczki. W New Delhi dzainisci prowadzą szpital dla ptaków. Uprzywilejowane są tam roślinożercy, którzy mogą liczyć na pełna opiekę. Drapieżne natomiast są przyjmowane tylko w stanie zagrażającym życiu i po opanowaniu kryzysu muszą opuścić szpital. Szpital dostępny dla turystów, przy głównej drodze w Old Delhi tuż obok ich świątyni; wstęp gratis i ptasia grypa rownież.

Następna wycieczka (max pół dnia) to świątynie Eklinji oraz Sas Bahu leżące niedaleko siebie i mniej niż godzinę od Udajpuru. Eklinji jest aktywnym sanktuarium będącym kompleksem ponad 100 świątyń i kaplic na obszarze otoczonym murem. Doskonała okazja aby być świadkiem żarliwości religijnej Hindusów bo jest tam zawsze mnóstwo wiernych. Szkoda, ze jest absolutny zakaz fotografowania (aparat zostawiamy w szafce). My szukając możliwości zrobienia jakiegoś ciekawego ujęcia z zewnątrz wspielismy się na przyległe wzgórze na którym można zobaczyć prawdziwe życie Hindusów zamieszkujących lepianki.
Sas Bahu to z kolei punkt archeologiczny z doskonale zachowanymi świątyniami z około XÎ wieku. Nie odprawia się tutaj już ceremonii.
Sama organizacja wycieczek jest prosta i bezpieczna – najlepiej skorzystać z jednej z agencji, których w Udajpurze jest mnóstwo. Ceny na ogół wszędzie są porównywalne (za wyjątkiem hotelu, w którym się zatrzymacie). My ciagle jeździliśmy z tym samym panem, na lotnisko rownież nas zawiózł i chyba wszyscy byli zadowoleni.
Udajpur ma całkiem przyzwoite lotnisko krajowe, około 30 minut od miasta. Lot do Delhi około godziny. Korzystaliśmy z IndiGo posiadających pokaźna flotą Airbusów 340 i będących największymi tanimi liniami Indii. Możliwość odprawy i wydrukowania karty pokładowej na miesiąc wcześniej. Zasady cenowe jak w innych tanich liniach: cena podstawowa i dodatkowo płatne wszelkie extrasy. Uwaga na bagaż rejestrowy: do 13kg!
Z Udajpuru przylatuje się na terminal krajowy w New Delhi. Między nimi kursuje autobus ale na cały transfer między terminalami trzeba rezerwowac dobra godzinę. Tym razem zdecydowaliśmy się na przejazd metrem (odchodzi z terminala międzynarodowego) bo nasz hotel był stosunkowo blisko stacji i konieczna była tylko jedna przesiadka. Na każdej stacji można kupić karty pre-Paris na metro, które zdecydowanie są komfortowym rozwiązaniem. Unika się wtedy ogromnych kolejek do kas po bilet jednorazowy. Na koniec kartę się zwraca dostając z powrotem kaucje oraz wartość niewykorzystanych przejazdów. Poza tym każdy przejazd jest tańszy o 10%.
Z lotniska do centrum prowadzi oddzielna linia metra co oznacza, że podróżuje się komfortowo. Oczywiście sytuacja nieco się zmienia kiedy jeździ się po centrum i to nie daj Boże w godzinach szczytu. Po pierwsze kolejki do wejścia na stacje (zawsze security check jak na lotnisku), w przejściach rzeki ludzi płynące w różnych kierunkach, zablokowane ruchome schody a na koniec trzeba wpłynąć do wagonu. O miejsce trzeba zawalczyć i dać się wcisnąć napierającemu z tylu tłumowi. Z wysiadaniem podobnie: na wybranej stacji pozwólmy się wypluć na peron co na pewno się stanie jeżeli jest to uczęszczana stacja. A prawdopodobnie tylko na takich stacjach będziemy. Warto mieć na względzie rownież to, że w indyjskim metrze pierwszy wagon zarezerwowany jest tylko dla kobiet. Biorąc pod uwagę tłok oraz fantazję Hindusów można sobie wyobrazić dlaczego.
Oznaczenia zarówno na stacjach jak i w wagonach są bardzo czytelne i poruszanie się metrem nie nastręcza żadnych problemów. Ponadto, na stacjach wymalowane są kolorowe ślady na podłodze, które prowadzą na peron wybranej linii. Zwykle największym wyzwaniem jest znalezienie odpowiedniego wyjścia na ulice. New Delhi jest wielkim miastem i wyjście na skrzyżowaniu nie z tej strony co trzeba może oznaczać konieczność 15 minut dodatkowej drogi.
Dużo jeździliśmy metrem aczkolwiek unikaliśmy godzin szczytu. Raz niestety nie udało nam się wejść do wagonu i skruszeni wydostaliśmy się na powierzchnie łapiąc riksze.
Kwintesencja New Delhi jest Old Delhi i jego główna arteria czyli Changdi Chowk. Potwornie zatłoczona ulica prowadząca od Red Fort na wschodzie po Fatehpur Masjid na zachodzie. Dość praktycznym rozwiązaniem jest wynajęcie rikszy rowerowej (na 100% sama się o nas upomni i nie odpuści aż wsiądziemy wiec nie ma się co zastanawiać tylko pomyśleć o rozsądnej cenie – kilka dolarów za około półtorej godziny). Standardem takiej przejażdżki jest Jama Masjid leżący nieco na uboczu, świątynia dzinijska, bazary oraz gurdwara sikhijska.
Meczet napewno jest warty odwiedzin. Niestety pazerność i jawne naciąganie przez brodatych facetów pilnujących wejścia jest tak odpychające ze ma się chęć odpuścić. Pamietajmy, że wejście jest bezpłatne pomimo wciskanych nam autorytatywnie świstków udających bilety. Nie ma tez obowiązku płacenia za aparat ale trzeba go zostawić (goście będą chcieli pobrać kilkaset rupii rownież za każdy wnoszony telefon). No cóż, w środku meczet jak meczet tyle ze spory. Na pewno natomiast jest wiele innych miejsc gdzie podejście do turystów jest zdecydowanie bardziej przyjazne.
Chociażby świątynie Sikhów czyli gurdwary. Przy Changdi Chowk jest wspaniała gurudwara z charakterystycznymi złotymi kopułami, w której ludzie sami się proszą żeby ich odwiedzić. Nie ma problemu z pytaniami i robieniem zdjęć. A jest na co popatrzeć. Zasada: na bosaka (jak wszędzie ) i z nakryciem głowy.
Religia sikhijska jest stosunkowo młodą religia (XVIw) powstałą na styku tradycji islamu i hinduizmu. Jej założycielem był Guru Nanak z Pendżabu. Żyjąc wśród dwóch kultur stworzył filozofię, która czerpała z obu tych religii: z islamu Nanak zaczerpnął monoteizm a z hinduizmu reinkarnacje. Do tego dodał egalitaryzm wszystkich ludzi, uniwersalne pojęcie Boga wspólnego dla wszystkich religii, odrzucił system kastowy i wszelki dogmatyzm i ceremoniał religijny. Będąc prawdopodobnie zdegustowany specyficznym podejściem muzułmanów do kobiet zrównał ich prawa z mężczyznami. W stosunku do Hindusów okazał się nawet bardziej radykalny bo odrzucił jakże chwalebny zwyczaj sati, czyli samospalenia wdów w momencie kiedy tą wdową się stawały. Ogólnie sikhizm jest bardzo pokojowa i przyjazna człowiekowi religia. Jednym z jego założeń jest obowiązek dbania o innych, słabszych. Nie ma tez jakże powszechnego w innych wyznaniach umiłowania ubóstwu i ascezy. Wręcz przeciwnie, Sikh jest namawiany do bycia przedsiębiorczym i niekoniecznie biednym. To może dlatego tak wielu Sikhow prowadzi restauracje lub jeździ rikszami (w New Delhi to ich istny monopol) lub na większa skale zajmuje się biznesem.

Widowiskowym atrybutem Sikha jest turban. Nie ma opcji, żeby go zdjął w miejscu publicznym. Turban poza tym służy do tego aby okiełznać nie ścinane włosy (te na twarzy rownież – długo nie ścinane wąsiska są zawijane do tytułu i wiązane pod turbanem). Poza turbanem fizycznymi atrybutami przynależności do wspólnoty sikhijskiej jest 5K:
- Kara – stalowa bransoleta jako symbol koła życia i przypomnienie ciągłej obecności Boga
- Kirpan -ceremonialny sztylet będący symbolem obrony przed przemocą
- Kesh – długie włosy będące częstym atrybutem świętych ascetów (nie tylko tutaj) a poza tym uzasadnienie dla turbanu
- Kanga – grzebień jako symbol czystości (praktyczny wymóg przy długich włosach)
- Kachha – po prostu majty jako symbol samokontroli
Gurdwary to świątynie, w których przechowuje się święte księgi i relikwie poprzednich guru (było ich w sumie 11). Ceremonie polegają głównie na śpiewanym recytowaniu świętych pism, są niezwykle widowiskowe. Same świątynie są niezwykle zdobione i emanują jakże chwalonym przez nich bogactwem. Przy każdej gurdwarze koniecznie jest jadłodajnia: nikomu nie można odmówić jedzenia i absolutnie każdy może się tutaj pożywić. Dla chętnych kompendium sikhijskiej wiedzy tutaj. A jakby ktoś chciał posłuchać żywiołowej muzyki z sikhijskiego Pendżabu zapraszam do wygooglowania pojęcia bhangra.
Istotnym zabytkiem Starego Delhi jest Red Fort. Mówiąc krótko: darujmy sobie. Jeżeli ktoś widział forty Rajasthanu lub for w Agrze to ten będzie etykom dużym parkiem z rozrzuconymi nie do konać ciekawymi budynkami. Zreszta największa atrakcja jest tutaj oglądanie ludzi, którzy przychodzą tutaj na piknik całymi rodzinami. Jeżeli jednak tu wejdziemy to spędzimy przynajmniej 2 godziny bo teren faktycznie jest rozległy. Prawdę mówiąc jeżeli wcześniej chodziło się po zatłoczonym Old Delhi to fort zapewni nam chwile odpoczynku od tłumu. Lecz nic poza tym.
Delhi to rownież New Delhi co wcale nie znaczy, ze nie ma tu staroci do poogladania. Z ciekawszych rzeczy to chyba warty odwiedzin jest grobowiec Hamayuna. Piękna architektura będąca pierwowzorem Taj Mahal; 500r i godzina ponad zwiedzania. Dla chętnych jeszcze do odwiedzenia mauzoleum czczonego przez muzułmanów mistyka sufizmu Hazrata Nizamuddina (nie mylić z pobliskim dworcem o tej samej nazwie). Aczkolwiek okolica jest dość dynamiczna, gęsta i przepojona duchem mistycznego pielgrzymowania i kebabu. Szczególnie wieczorem.
Z ciekawostek świątynnych tym razem propozycja dla fanów hinduizmu: świątynia Hannumana czyli boskiej małpy-wodza znanego jeszcze z Ramajany (pomagał Ramie czyli awatarowi Wisznu w odbiciu jego szanownej małżonki porwanej, biedaczki, przez jakiegoś złego paskudnika). Świątynia nie jest typową świątynia hinduistyczna lecz raczej zbliża się wystrojem do Disneylandu ale jest to jak najbardziej aktywne i tłumnie odwiedzane przez wiernych miejsce. Dla fanów nowych doznań polecam przyjęcie błogosławieństwa przez jednego z dyżurujących bramanow co kończy się obiciem głowy pawiki piórami. Usługa płatna ( ciekawa scenka z grupa niemieckich turystów: braman odprawiał modlitwę za ich rodzine i spytał się o imiona dzieci, dziadków, rodziców, wujków itp a po zakończeniu skasował ich osobno za każda wymienioną osobę; byli zdziwieni nieco). Dojazd metrem do Jhandewalan na północny zachód od Connaught Place.
Ostrzeżenie: słynna świątynia Laxhmi Narayana (zwana tez Birla) to strata czasu. Po prostu nic i to nic zbudowane niedawno.
Samo Connaught Place to centrum biznesowo handlowe, typowe lunchowe knajpy, sieciowe sklepy ale tez i typowe lokalne małe domy towarowe z ciuchami i przyprawami dla lokalesow. Znajdujący się w centrum, w podziemiach słynny Palika Bazaar to istna dżungla , tylko dla zdesperowanych i odpornych na klaustrofobię. Natomiast na południe jest dość ciekawy uliczny bazar tybetański Janpath przy ulicy i metrze o tej samej nazwie. Fajne miejsce do łowienia okazji i do targowania.
Z kolei na południowy zachód przy metrze Shivaji Stadium jest najslynnnijesza gurdwara New Delhi: Bangla Sahib. Święte miejsce ze świętym jeziorkiem gdzie zażywa się równie świętych ablucji. Tutaj jest zakaz fotografowania we wnętrzu. Turyści i nie-Sikhowie mile widziani.
Na koniec jeszcze jedna świątynia: Akshardham. To tak jakby hinduistyczny odpowiednik naszego Lichenia. Zbudowana tuż po 2000 roku jest centrum kultury i religii hinduistycznej zbudowanym głównie w celu umacniania tożsamości hinduistycznej na fali rosnących antagonizmów pomiędzy ta religia a rosnącym w sile islamem. Pomimo tego, że jest to twór współczesny jego architektura i rozmach są powalające i pomimo pewnych wyzwań z dostaniem się tutaj warte jest odwiedzin. Aparaty i telefony zostawiamy w bezpiecznym depozycie. Dojazd metrem do stacji Akshardham (za rzeka na wschodzie) a stamtąd około kilometra riksza.
Jeżeli chodzi o świątynie to by było na tyle bo Indie to nie tylko religia. Co prawda kusi mnie troszeczkę, żeby temat rozwinąć: wszak hinduizm to jedna z najstarszych religii i bezwzględnie przodująca w ilości bóstw (miliony). Ciekawe, że pomimo bezsprzecznie polieiteistycznego charakteru tej religii w Indonezji została uznana za monoteistyczną. Tylko takie religie uznane mogły być za oficjalnie obowiązujące w tym kraju. Obok hinduizmu (głównie na Bali) chrześcijaństwo (tutaj pojęcie Trójcy Św. było wyzwaniem) i oczywisty islam (Indonezja z 220mln ludzi jest największym krajem muzułmańskim na świecie). Hinduizm pomimo milionów bóstw zakłada istnienie Najwyższej Istoty czyli Brahmana. Jako, że nie może być to dla nikogo pojęte i wyobrażalne powstała koncepcja Trimurti, czyli bardziej do ogarnięcia ludzkim umysłem grupa 3 głównych bogów: Brahma, Wisznu i Sziwa. Każdy z nich występował w wersjach męskiej i damskiej a do tego w różnych odmianach. Chociażby śakti Sziwy (wersja żeńska lub po prostu żona Sziwy) Parwati jak się wkurzy staje się słynna złowróżbna Kali lub Durgą. Każda z tych wersji bóstwa jest osobnym obiektem czci. Aha, rozmnażają się (słynny Ganeśa – sympatyczny wielorękiego bóg z głowa słonia – to syn Sziwy i Parwati). Wisznu do tego wszystkiego miał jeszcze swoich awatarow (najsłynniejsi to Ramą i Kryszna). Oni z kolei tez mieli swoje małżonki. Itd. w postępie geometrycznym…

Ale Indie to kolebka rownież buddyzmu. Za czasów cesarza Aśoki była nawet religia obowiązującą (obecnie jedynym krajem gdzie buddyzm jest religia państwowa jest Bhutan). Ponadto, zwłaszcza w Mumbaju, żyje sporo parsów wygnanych dawno temu z Persji (na marginesie maja bardzo niezwykle zwyczaje pogrzebowe – polecam wpisanie w Google “wieże milczenia”). No i oczywiście islam. Wszak przez wiele wieków Indie były pod panowaniem Wielkich Mogołów czemu zawdzięczają mnóstwo wspaniałych zabytków. Dla fanów Akbara Wielkiego (czyż to nie to samo?) polecam “Czarodziejkę zFlorencji” Salmana Rushdiego – ciekawe zderzenie wyobrażeń o “zacofanych dzikusach” z Indii i “oświeconych” Europejczykach. A przy okazji rozbudzenie apetytu na Fatehpur Sikri.
Wracając na ziemie, jeszcze jedno miejsce z New Delhi: dzielnica backpackersow Paharganj ze słynna ulica Main Bazar. Miejsce w klimacie Kaosan z Bangkoku: mnóstwo sklepików ze wszystkim, hotele na każda kieszeń, turyści i niemożebny tłok. Jak ktoś chce to może tez i konia podkuć. Dobre miejsce na zakup pamiątek i drobiazgów na ostatnia chwile. Dla chętnych można w jedna stronę pojechać riksza i wrócić pieszo. Na końcach Main Bazar są stacje metra.
Centrum New Delhi to megalomańskiego pozostałości po Brytyjczykach czyli Rajpath łączący budynki rządowe (Sekretariaty, Parlament) z India Gate. Na mapie wydaje się to nieduże. W rzeczywistości przejście przez jezdnie w okolicach Sekretariatów zajmie 10 minut. Jest to olbrzymi obszar. India Gate to monument ku czci poległych żołnierzy w formie łuku triumfalnego. Co wieczór jest to miejsce spotkań, pikników i festynów. Dość tłoczno i wszyscy robią sobie selfie (są nawet specjalne lampy, żeby światło było lepsze).
A propos zdjęć to będąc białasem trzeba się przygotować na to, że nagminnie będą sobie robili z wami zdjęcia. I czemu nie, przecież my tez po to tam jeździmy. A tak jest okazja chociaż na chwile poznać fajnych ludzi.


5 thoughts on “Indie | Złoty Trójkąt”