Skrawek lądu wciśnięty między Panamę a Nikaraguę ma w najwęższym miejscu zaledwie około 120 kilometrów szerokości. To niby ponad dwa razy więcej niż w rejonie Kanału Panamskiego, a jednak wystarczyło, by szesnastowieczni konkwistadorzy, patrząc z górskiego grzbietu dzielącego kontynent, ochrzcili ten obszar mianem Costa Rica – bogatego wybrzeża. Z biegnącego przez środek kraju działu kontynentalnego, niczym nerw kręgosłupa Ameryki Środkowej, można bowiem dostrzec jednocześnie dwa oceany: spokojny Pacyfik i kapryśne Morze Karaibskie. Oczywiście pod warunkiem, że pogoda na to pozwala. A z tym bywa różnie, bo tak bliskie sąsiedztwo dwóch wielkich mas wody nie obiecuje ani stabilności, ani przewidywalności — gwarantuje tylko jedno: nieustanną zmienność. Chmury potrafią nadciągnąć bez ostrzeżenia, deszcz spaść punktowo, a słońce zgasnąć i zapłonąć w ciągu kilku minut,
Wyprawa “Kolorowych Tukanów” celowała w marzec zakładając, że jest to najpewniejszy czas na oczekiwanie ładnej i słonecznej pogody. Jeszcze w lutym przez Kostarykę przechodziły ulewne deszcze niesione frontem atmosferycznym znad Zatoki Meksykańskiej. Od przełomu kwietnia i maja można było oczekiwać z kolei nadejścia pory deszczowej, której apogeum zwykle przypada na późną europejską jesień i wczesną zimę.

Patrząc na położenie Kostaryki, która w całości leży w strefie tropikalnej trudno zakładać, że cały czas będzie sucho. Można natomiast z pewnością oczekiwać, że będzie ciepło, a na wybrzeżu Pacyfiku wręcz gorąco. Kolorowe Tukany doświadczały temperatur od 27st na wybrzeżu karaibskim po wysokie “ponad 35” nad Pacyfikiem. Z kolei w górach w okolicach Monteverde temperatura spadała z 23st w ciągu dnia do 14st wieczorami.To właśnie tutaj zobaczyliśmy jedyny w trakcie pobytu grzejnik.
Pomimo nazwy, Kolorowe Tukany nie były typowym wyjazdem ptasiarskim. Ale nie był to też wyjazd nastawiony na zwiedzanie zabytków i muzeów. 100% czasu na łonie natury i delektowania się tym czym Kostaryka może się pochwalić, czyli przyrodą. Kostaryka zajmuje zaledwie ok. 0,03% powierzchni Ziemi, a kryje około 5–6% światowej bioróżnorodności. To jeden z najbardziej „zielonych” krajów świata. Lasy deszczowe, wulkany, mgielne lasy chmurowe, dwie linie brzegowe (Pacyfik i Karaiby), leniwce na drzewach, tukany w ogrodach – natura jest tu naprawdę na wyciągnięcie ręki.

Po pierwszej nocy spędzonej, tak jak zdecydowana większość odwiedzających Kostarykę, w kameralnym hoteliku w leżącej niedaleko lotniska Alajueli, Kolorowe Tukany odpaliły swoje kolorowe Suzuki Jimny i ruszyły przez góry na zachód w kierunku Morza Karaibskiego. Naszą pierwszą destynacją będzie park Tortuguero gdzie śpimy w miejscowości nad brzegiem morza, odciętej od świata siecią kanałów. Dojazd do miejscowości Pavona gdzie zostawiamy samochody i wsiadamy na łódkę zajmuje około 4 godzin. Drogi na trasie są doskonałe i pierwsze doświadczenia z jazdy stoją w zupełnej sprzeczności z przerażającymi opowieściami pana z wypożyczalni na temat zwyczajów kostarykańskich kierowców i fatalnych dróg. Nawet ostatnie kilometry dość dziurawej drogi do samej Pavony nie wymagają posiadania samochodu z napędem 4×4.
Pavona to taki logistyczny hub dla udających się do Tortuguero. Tutaj zostawiamy samochody – 20$/dobę i wsiadamy na łódkę, która za 30$ od osoby w obie strony zawiezie nas bezpośrednio do hotelu. No właśnie, ceny w $? Obowiązującą walutą w Kostaryce są colony (~500CRC=1USD). Ale, że w praktyce kraj ten jest dla Amerykanów tym czym Egipt albo Wyspy Kanaryjskie dla Europejczyków, dolar jest wręcz równoległą walutą przynajmniej w zakresie usług turystycznych. Wsród odwiedzających Amerykanie stanowią zdecydowana większość i na pewno cieszą się, że w bankomacie mogą wypłacić swoje dolary i nimi płacić. Dodatkowo, pomimo tego, że “colonowe” banknoty są po prostu śliczne i kolorowe to praktycznie w każdym miejscu akceptowane są płatności kartami. Z kolei o bankomatach nie ma co się badziej rozwodzić bo nie ma z nimi najmniejszego problemu – są dostępne i sprawnie wypłacają bądź colony bądź dolary (zwykle prowizja do 4000CRC od transakcji i jednorazowy limit wypłaty 100.000CRC).
Tortuguero to park narodowy na północno-wschodnim wybrzeżu Kostaryki (część karaibska). Najbardziej znany jest jako miejsce wylęgu żółwi morskich i stąd pewnie jego nazwa. Kolorowe Tukany jednak na to się nie nastawiają bo wiedzą, że czas kiedy żółwie przypływaja aby składać jaja to okres od lipca do października. Kolorowe Tukany nastawiają się przede wszystkim na aklimatyzacje po przyjeździe, obserwacje ptaków, eksplorację kanałów o świcie i chodzenie po lesie deszczowym po zmroku.
Z tym wstawaniem o świcie nie ma większego problemu. Lecąc z Europy mamy 7 godzin różnicy czasu co w pierwszych dniach oznacza, że o piątej rano mamy już południe europejskiego czasu żołądkowego. Poza tym strefa tropikalna oznacza, że praktycznie przez cały rok dzień i noc trwają po 12 godzin i o siódmej wieczorem jest tutaj zupełnie ciemno.
W Tortuguero nazwa wyprawy “Kolorowe Tukany” nabiera pełnego sensu. To właśnie tutaj po raz pierwszy spotykamy jeden z symboli Kostaryki, czyli tukana tęczodziobego, który przecież był głównym pretekstem przyjechania do tego kraju.

Podróżując później po innych miejscach odkrywamy inne symbole Kostaryki: śliczną zieloną żabę o czerwonych wyłupiastych oczach, leniwce o tajemniczym uśmiechu Giocondy, drzewa guanacaste o owocach w kształcie uszu, zielone kwezale z długimi ogonami, których nie sposób wypatrzeć, czerwone ary skrzeczące wysoko na drzewach. Bezspornie jednak najczęściej spotykanym symbolem Kostaryki to jedzone na okrągło przez wszystkich gallo pinto, czyli ryż z czarną fasolą.
W Tortuguero zostajemy dwie noce i ruszamy w trzygodzinną podróż do położonego na zachód regionu rzeki Serapiqui gdzie na kolejne dwie noce zadomowimy się w kultowym ptasiarskim hotelu Selva Verde. Jest to miejsce zdecydowanie nastawione na ludzi lubiących podglądać przyrodę, zwłaszcza ptaki, z jednym z największych wskaźników ilości teleobiektywów i lornetek na metr kwadratowy. Również tutaj Kolorowe Tukany potwierdzają zasadność swojej nazwy: w dziupli drzewa naprzeciw naszego tarasu zrobiły sobie gniazdo arasari obrożne (aracari), mniejsi przedstawiciele tukanów.

Następny etap to rejon La Fortuna gdzie spędzimy 3 noce. Z Selvy nie jest to daleko więc po drodze obowiązkowy kilkugodzinny trekking po wodospadach Blue Falls.
Blue Falls to prywatny park, do którego prowadzi dośc kręta i górzysta droga. W cenie biletu “combo” za 25$ mamy dojście do najbardziej imponująceg wodospadu Catarata del Torro oraz do szlaku pieszego prowadzącego do pozostałych sześciu niemniej widowiskowych wodospadów. W sumie jes to około 6km tam i z powrotem na co potrzebujemy 4 godzin zakładając, że nie zechcemy się wykąpać w lodowatej wodzie. Chodzimy po dobrze urzymanych ścieżkach, niemal cały czas w gęstym lesie deszczowym z dość znaczną ilością stromych podejść (pełny zapis trasy w Wikiloc tutaj).
Region La Fortuna to przede wszystkim możliwość obcowania z majestatycznym wulkanem Arenal. Jego niemal idealnie symetryczny stożkowy kształt jest książkowym wyobrażeniem idealnego wulkanu. Wulkan aktualnie ma status aktywny uśpiony. Pomimo tego, że nadal można obserwować lekki dymek unoszący się ze szczytu stożka to jego ostatnia – ponad czterdziestoletnia – faza aktywności zakończyła się około roku 2010. Natomiast w roku 1968 miała miejsce ostatnia, bardzo gwałtowna erupcja wulkanu, która zniszczyła okoliczne wioski i pochłonęła kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych. Pod koniec XX wieku obserwowano jeszcze sporo wyraźnych epizodów aktywności, takich jak wypływy potoków lawy, spektakularne nocne fontanny lawowe, mniejsze eksplozje.
Wstęp do parku wulkanu Arenal opłacamy w budce wjeżdżając na główny parking (15$/osoba). Z tego miejsca mamy kilka szlaków prowadzących do puktów widokowych. Praktycznie cały czas jesteśmy w lesie w towarzystwie ptaków i coati. W sezonie będziemy na pewno również w towarzystwie sporej ilości iinych osób dlatego sensowne jest przyjechanie tutaj z samego rana. Cała trasa (zapis tutaj) to 7km na co potrzebujemy 3 godziny wlicając w to kontemplację widoków na photo-stopach.

Z tymi widokami to bywa różnie. Zwykle przynajmniej część stożka tonie w chmurach a nierzadko to wszystko znika za chmurami bądź w deszczu. W trakcie naszego pobytu padało zawsze z samego rana. Ruszylismy w stronę parku z markotnymi minami bo chociaż deszcz już przestał padać to czuliśmy się jak goryle we mgle. Około godziny 9 zaczęło się przejaśniać i wkrótce moglismy się cieszyc widokami o jakich można było wcześniej tylko zamarzyć.
W ramach biletu do parku mamy również wstęp na szlak na półwyspie na lagunie gdzie jest kilka świetnych punktów widokowych. Znak mówiący o obecności krokodyli na pewno powstrzyma od próby popływania w jeziorze. Sama trasa dość relaksacyjna – 3km tam i z powrotem.
Trasa kolejnego etapu była najdłuższa podczas całej wyprawy. Celem Kolorowych Tukanów jest nadmorska miejscowość Samara na półwyspie Nicoya. W sumie 250km i ponad 5 godzin męczenia Jimny’ego po krętych drogach. A że nie sposób tak długo bezczynnie siedzieć w samochodzie więc udajemy się do odległego o ponad godzine jazdy parku wulkanu Tenorio. Naszym celem jest rozwikłanie tajemnicy błękitnej wody w Rio Celeste.

Ale tutaj chwila refleksji na temat logistyki związanej z wizytami w parkach narodowych Kostaryki. Do większości z nich bilety możemy kupić tylko i wyłącznie przez internet na rządowej stronie SINAC. Rezerwujemy wejście z wyprzedzeniem na konkretną godzinę. Wcześniej musimy założyć konto, sprawdzić dostępność miejsc, wpisać dane wszystkich osób i zapłacić kartą. Dostajemy potwierdzenie na maila, które pokażemy przy wejściu do parku. W parku wulkanu Tenorio mieliśmy wykupione wejście na 11:00 i nie było opcji aby wejść godzinę szybciej. W sumie nie ma co się dziwić. Ludzi było faktycznie bardzo dużo i zwłaszcza na poczatku szlaku robiło się tłoczno.
Jednym z pierwszych punktów widokowych jest ikoniczny wodospad, z którego woda wpada wprost do błekitnego jeziorka. Jeszcze niedawno mozna było zejść schodami na sam dół. Obecnie część schodów została zmyta przez błotne osuwiska i pozostaje nam cieszenie się widokiem mniej więcej z połowy schodów. Niemniej aby dostac się do tego punktu i tak trzeba odstać w kolejce ponad pół godziny.
Wodospad to na szczęście nie jedyna atrakcja tego szlaku, który w sumie liczy blisko 6km ciągłego wspinania się i schodzenia (zapis trasy tutaj). Niemal cały czas towarzyszy nam turkusowa rzeka. Na samym końcu – na szczęście tutaj juz nie ma tłoku bo trochę wysiłku trzeba jednak włożyć aby tu dotrzeć – dochodzimy do Tenidero, czyli miejsca gdzie dwie niekolorowe rzeczki łączą się ze sobą tworząc błękitną rzekę. W wyniku zmieszania się wód z dwóch rzek zmieia się gwałtownie pH wody powodując powstawanie zagregowanych czyli wiekszych cząstek minerałów. Dzieki temu zjawisku dochodzi do zrównania wielkośći cząstek minerałów z długością fali światła niebieskiego w wyniku czego obserwujemy rozpraszanie światła niebieskiego we wszystkich kierunkach. Jednocześnie inne barwy sa tłumione i widzimy piękny mleczno-błękitny kolor rzeki. Czary po prostu. Dla chętnych zgłębienia tematu ciekawy artykuł tutaj.

Samara to nieduża turystyczna miejscowość leżąca nad małą zatoką na zachodnim wybrzeżu na Półwyspie Nicoya. Miejsce typowe dla szukających odpoczynku na hamaku. Relatywnie spokojnie aczkolwiek z wystarczającą infrastrukturą turystyczną: mnóstwo knajpek usytuowanych na samej plaży, wypożyczalnie sprzętu do pływania itp. Sama plaża długa i wygodna do spacerowania lub biegania chociaż trzeba uwględniac spore pływy. Fale niezbyt duże ale wystarczające żeby szkółki surferskie miały co robić a chcący pokąpać się w morzu mogli w miare bezpiecznie potaplać się w ciepłej wodzie. W niektórych miejscach pojawiają się ostrzeżenia o prądach zwrotnych, nie mat też jako takich wydzielonych kąpielisk.
W marcu pogoda jak dzwon: temperatura 35st i więcej, orzeźwiająca bryza niemal na okragło, żadnej chmurki. Pierwsze deszcze są spodziewane dopiero pod koniec kwietnia. Pora sucha w pełni co oznacza, że czujemy się tutaj bardziej jak w wypalonej słońcem Grecji niż w znanej nam do tej pory zielonej i wilgotnej Kostaryce. Każdy wyjazd na szutrowe drogi sprawia, że znikamy w piaszczystym pyle, wokoło drzewa praktycznie bez liści czekające na pierwsze deszcze.
Tuz obok, po sąsiedzku mamy zatoczkę ze słynną plażą Carillo. Owszem, ładna aczkolwiek położona bezpośrednio przy dość ruchliwej drodze i z bardzo ograniczoną infrastrukturą. Dobre miejsce na chwilowy postój i schłodzenie się w ciepłej wodzie oceanu.

Jadąc nieco dalej dojedziemy do “bezludnej” pokrytej wulkanicznym czarnym piskiem plaży Camaronal. Warto tutaj przyjechac aby odwiedzić “rezerwat” zółwi morskich. Pomimo,że jest to miejsce zarządzane przez SINAC zdumiewa brak opłat za wstęp. Do tej pory przyzwyczailiśmy się, że wejście na jakąkolwiek ścieżkę leśną, która posiada cień atrakcyjności wiąże się z zakupem biletu i to jeszcze z wyprzedzeniem, a tu taka niespodzianka! Na miejscu znajdziemy mały pawilon ze sporą ilością informacji na temat ochrony różnych gatunków żółwi i ich charakterystki podanych w zaskakująco ciekawy sposób.
Dalej na wschód kolejne kameralne plaże Islita i Corozalito. Małe zatoczki, akceptowalne fale i palemki na plaży. Ludzi jak na lekarstwo za wyjątkiem jednej lub dwóch rodzin piknikujących w cieniu. A w koronach drzew para skrzeczących czerwonych ar, ktore spotykamy w Kostaryce po raz pierwszy.
W niedalekim sąsiedztwie Punta Islita znajduje sie ośrodek Macaw Recovery Network – organizacji działającej na rzecz odtworzenia obecności ar czerwonych i ar wielkich zielonych w Kostaryce. Prawdopodobnie to dzięki ich działalności widzieliśmy ary czerwone na plaży Corozalito. Macaw Recovery Network organizuje płatne wizyty w ośrodku dwa razy dziennie. Nie ma tutaj pozowania z ptakami na ramieniu czy jakiegokolwiek bliskiego kontaktu tak często spotykanego w pseudo-sanktuariach. Owszem mamy platformy gdzie wysypywane jest jedzenie (wg zapewnień przewodnikach w ilości około 10% dziennego zapotrzebowania), do których przylatują dziko żyjące ptaki. Dziko żyjące ale jednak przyzwyczajone do określonego rytmu odwiedzin: jeżeli codziennie dwa razy o tej samej porze pojawia się grupka ludzi, która sypnie na platforme garść orzechów to ptaki juz tam są. Nie mija jednak 20 minut i na skrzeczący sygnał ptasiego przywódcy całe stadko wzbija się w powietrze i znika w sobie tylko znanym kierunku.

Po leniwym pobycie na gorącym wybrzeżu czas wracać do zielonej Kostaryki. Kolejna destynacja to lasy mgliste Monteverde. Lasy mgliste to specyficzna odmiana lasów deszczowych. Pokrywają one górzyste obszary tworzące dział kontynentalny. To w tym miejscu masy powietrza znad Karaibów (zwykle bardziej wilgotne) spotykają się z powietrzem (bardziej suchym) znad Pacyfiku. W efekcie niemal na okrągło mamy tutaj wilgotność 100%, przyjemną temperaturę ponad 20 stopni i brak widoczności bo wszystko tonie w chmurach. Ale rośliny szaleją walcząc o każdy promień światła z trudnością dochodzący do gęstych najniższych warstw lasu.
Cel przyjazdu do Monteverde to wizyta w parkach gdzie jest mozliwość przyjrzenia się specyfice tych lasów. Zaczynamy intensywny dzień od umówionej wcześniej na siódmą rano wycieczki z przewodnikiem w rezerwacie La Reserva Bosque Nuboso Santa Elena (40$ od osoby). Po około dwugodzinnej petli zostajemy jeszcze trochę aby przejść innym szlakiem bo pogoda z typowo chmurnej i wilgotnej o poranku zmienia się nie do poznania. Co rzadko spotykane zza chmur wyłania się znana nam charakterystyczna sywetka wulaknu Arenal. Odwiedzamy jeszcze stare drzewo, na którym rano przez chwilę mogliśmy zobaczyć kwezala ale niestety jeszcze nie wrócił, podobnie jak oczekiwana tarantula, która brakiem swojej obecności w dziurze zawstydziła rano naszego przewodnika.
Rezerwat Santa Elena prowadzony przez lokalną społeczność jest mniej znanym parkiem a pomimo tego gdy wychodziliśmy cały parking pełen był samochodów. Konkuruje on z bardziej znanym rezerwatem Monteverde Cloud Forest Preserve gdzie mamy wcielenie komercji do potęgi. Wstęp – a jakże – rezerwujemy z wyprzedzeniem. Podstawowa różnica – poza ceną – między Monteverde a Santa Eleną jest taka, że w tym drugim w cenie biletu mamy cały park ze wszystkimi jego szlakami dla siebie, zostajemy i chodzimy ile wlezie. W Monteverde wykupujemy bilet na określony szlak – tylko ten i żaden inny. Przy wejściu strażnik bacznie będzie kontrolował czy wchodzimy na ten, za który zapłaciliśmy a barierki wskażą nam drogę jak na lotnisku do kontroli paszportowej.

My wybieramy żółty szlak Continental Divide Trail (ponad 4km/3 godziny) płacąc 29$ od osoby (bez przewodnika). Bez wątpienia jest to najlepsza opcja pod wzgledem widokowym. Poza tym fakt, że mamy ostatnie wejście w ciagu dnia (13:30) nikt nie depcze nam po piętach i spokojnie możemy się wsłuchiwać w popołudniowe odgłosy lasu
Pytanie czy rzeczywiście warto odwiedzić dwa parki w tym samy rejonie? Jeżeli lubi się chodzić pewnie tak. Jeżeli chce się zobaczyć róznice – Santa Elena to las wtórny powstały na terenach rolniczych zaledwie 50 lat temu; Monteverde w większości las pierwotny – to też warto. Na pewno warto tu spędzić więcej niż jeden dzień i wizytę w obu parkach rozłożyć na dwa dni. Zapisy obu tras w Wikiloc: Santa Elena szlak Encantado i Monteverde szlak Continental Divide.
Dwa tygodnie w Kostaryce pozwalają rozbudzić apetyt. Trasa Kolorowych Tukanów obejmowała ciekawą pólnocno-centralną część kraju. Chociaż Kostaryka nie jest duża to jednak podróżowanie krętymi i często zatłoczonymi drogami wymaga sporo czasu. Średnia prędkość to nie więcej niż 40km/h. Zostajemy więc z apetytem na zobaczenie reszty kraju – południowego wybrzeża Pacyfiku i Półwyspu Osa oraz wybrzeża karaibskiego okolic granicy z Panamą. Jak nic może być kolejna odsłona od Atlantyku do Pacyfiku.
