Pierwszym skojarzeniem jakie przychodzi do głowy przy zastanawianiu się nad wyjazdem na Filipiny są bez wątpienia wspaniałe piaszczyste plaże tysięcy wysp. Biały piasek, palemka i lazurowe morze. Morze, które kryje niesamowity podwodny świat z pięknymi i łatwo dostępnymi rafami. Resorty na Boracay i island hopping na Palawanie. Filipiny to również skojarzenie z dziesiątkami (setkami?) Jezusów, którzy co rok w Wielkim Tygodniu wędrują z tłumem gapiów dźwigając ciężkie krzyże aby dać się ukrzyżować przy użyciu swojego własnego kompletu gwoździ. Oprócz gapiów towarzyszą im również biczownicy, którzy dla lepszego efektu nacinają sobie skórę pleców żyletkami. Zwyczaje te nie są czymś szeroko praktykowanym w każdym miejscu Filipin ale na pewno są dość popularne na wyspie Luzon chociażby w prowincji Pampanga około 100km od stolicy kraju Manili.
O ile na coroczny krwawy wielaknocny spektakl można stosunkowo łatwo dostać się z Manili to już nie jest to takie łatwe jeżeli chcemy poznać inne atrakcje Filipin ukryte w górach Cordilliera pólnocnego Luzonu. To Filipiny bardzo różne od tych znanych z plażowych widoczków. Region ten jest domem rdzennej ludności podzielonej na plemiona z własnymi tradycjami i językami. Ludności, która zamieszkując te tereny od wieków w zdecydowanej mierze nie poddała się próbom kolonizacji przez Hiszpanów. Pojecie Igorot – nota bene uproszczone i stosowane przez Hiszpanów i oznaczające umownie ludzi gór – określa plemiona żyjące w prowincjach Cordilliera. Plemiona, które mają silne poczucie własnej odrębności, języka i przynależności do swojej ziemi. Doskonałym miejscem do zapoznania się z informacjami na temat rdzennej ludności Cordilliera jest świetne muzeum w Bontoc (stolica prowicji Mountain Province) leżącym na trasie z Banaue do Sagady.
Jedną z takich społeczności jest ludność Ifugao zamieszkująca południowo-wschodnią część Cordilliera. Bezsprzecznie są oni najbardziej znani ze swoich słynnych tarasów ryżowych rozrzuconych w okolicach Banaue.

Banaue jest małą górską miejscowośćią, która jest punktem centralnym i bazą wypadową do odwiedzenia pobliskich tarasów ryżowych. Jak mówiłem dojazd w te okolice nie jest łatwy. Na przejazd z Manili – czy to własnym samochodem czy też nocnym autobusem – trzeba przeznaczyć z postojami około 10 godzin. Jadąc prosto z lotniska i mając za sobą międzykontynentalny lot może być to wyzwanie. Prawdopodobnie już po dwóch, trzech godzinach jazdy będziemy mieli w głebokim poważaniu widoki na otaczające nas sielskie prowincje. Do tego uciążliwy ruch wlokących się rozklekotanych ciężarówek i powolnych trycyklów, wbiegające z wrzaskiem kurczaki i zobojętniałe psy śpiące na ulicy.
Samo Banaue również nie jest atrakcją samą w sobie: chaos, kręte drogi, tłok i błotne osuwiska. Ale też mnóstwo guesthousów i parę restauracji. Wzdłuż głównej drogi mamy kilka punktów widokowych. Niby ciągle oglądamy te same tarasowe pola a jednak z każdego miejsca wyglądają one zupełnie inaczej. Naprawdę trzeba było mieć sporo samozaparcia aby zbudować coś takiego wydzierając ze stromego górskiego zbocza kolejne poziome piętra pól.

Pola ryżowe Ifugao są wpisane na listę UNESCO. Te położone bezpośrednio przy Banaue i oglądane z punktów widokowych akurat nie są. Chaotyczna i intensywna zabudowa miejscowości spowodowała, że nie zostały zakwalifikowane. Nie zmienia to faktu, że mówiąc o tarasach ryżowych w skrócie określamy je tarasami wokół Banaue.
Kilkanaście kilometrów od Banaue znajdują się tarasy Hapao (literalnie rzecz ujmując są wpisane na listę UNESCO, jeżeli ma to dla kogoś jakiekolwiek znaczenie). Stanowią one jeden z punktów programu wycieczek organizowanych przez guesthousy z Banaue. Ale zanim zagłębimy się w specyfikę Hapao popatrzmy na co może liczyć umęczony dziesięciogodzinną podróżą turysta.
W Banaue wszyscy się znają. Nawet więcej, mam wrażenie że to sami krewni. Ludzie tam mieszkający – oczywiście z plemienia Ifugao, żyją z turystów, którzy chcą zobaczyć tarasy. Oznacza to, że raczej nie mamy co liczyć na samodzielne eksplorowanie tarasów. W każdym miejscu należy zawsze uiścić skromną opłatę klimatyczną oraz koniecznie wynająć lokalnego przewodnika. Mówię raczej ponieważ na upartego można by się upierać, że damy radę samemu i próbować siłowo wtargnąć na pola ale pytanie czy ma to sens? Poza uprawą ryżu praktycznie jedynym zródłem dochodów dla mieszkańców są usługi dla turystów. Ponadto warto mieć na uwadze, że wbrew pozorom wędrowanie po labiryncie wąskich murków wcale nie jest takie oczywiste i nie znając terenu można wkopać się w tarapaty. Również sam koszt wynajmu przewodnika na kilka godzin nie jest astronomiczny (Hapao 700PHP, Batad 1200PHP). Przypomnijmy, że mówimy w sumie o czymś unikatowym i jednak stanowiącym własność prywatną. Chodząc po polach ryżowych nie jesteśmy na ziemi niczyjej, przechodzimy obok otwartych domów, przez podwórka. Wydaje się po prostu, że wypada aby ktoś z lokalnych mieszkańców szedł razem z nami.

Nieco inną rzeczą wydaje się natomiast wprowadzanie pewnego monopolu na transport z Banaue to Batad. Teoretycznie prowadzi tam droga publiczna natomiast usilnie nalega się aby, nawet mając własny samochód, skorzystać z transportu lokalnym jeepney’em. Koszt wynajmu całego jeepney’a na cały dzień to 3000-3500PHP co zdecydowanie jest ceną nierynkową. W naszym przypadku (mieliśmy wynajęty z Manili samochód z kierowcą na cały czas) firma wynajmująca samochód kategorycznie zastrzegła, że na tym odcinku z ich samochodu skorzystać nie możemy. Spowodowane było to ich obawą, że samochód pozostawiony na parkingu przed Batad może zostać uszkodzony. Również sam kierowca – Filipińczyk – może być wystawiony na nieprzyjemności ze strony lokalnych mieszkańców. Ciężko oceniać, natomiast przed Batad (na końcu drogi) jest płatny parking więc może wcale nie jest aż tak źle. Jedocześnie należy mieć również na uwadze, że stan drogi jest kiepski i często nieprzewidywalny, zwłąszcza po deszczu. Duża część drogi jest przysypana osuwiskami i jest sporo kamieni. Zdecydowanie to droga na auto z wysokim zawieszeniem. Zdecydowanie też nie nalezy oczekiwać, że ktoś będzie miał szczególny interes w tym aby sprawić żeby droga była w lepszym stanie i dostępna dla mniejszych samochodów.

Wróćmy do Hapao. Własnym samochodem (na tej trasie nie ma jeepney’owskiego monopolu) w ciagu niespełna godziny dojeżdzamy do miejscowości Hungduan. Tutaj należy w biurze informacji turystycznej (takie biura w każdej miejscowości są umiejscowione tak, że nie sposób ich nie zauważyć) uiścić opłatę klimatyczną oraz wynająć przewodnika. Dalej już razem z przewodnikiem jedziemy kilka kilometrów do miejsca skąd rozpoczniemy dwugodzinną wędrówkę po polach ryżowych.
Trasa nie jest wymagająca. Nie zanadto wymagająca. Tarasy Hapao leżą w rozległej dolinie po obu stronach rzeki. Nie są przez to tak strome jak chociażby Batad. Niemniej praktycznie przez całe 2 godziny będziemy chodzić jak koty po wąskich betonowych murkach stanowiących granice pól. Po tych samych murkach będą chodzić i inni: dzieci idące ze szkoły, ludzie taszczący na plecach ciężkie wory. Zawsze trzeba będzie wykazywać się pomysłowośćią przy mijankach. Zejście w bok na błotniste pole nie wchodzi w rachubę, trzeba poszukać skrzyżowania murków i tam jakoś się minąć.

Przez pierwszą godzinę idziemy w kierunku gorących źródeł. Taki mały basen zasilany wodą z goracego źródła i zimną z pobliskiej rzeki. W środku gawędząca młodzież obojga płci. Nad basenem unosi się charakterystyczny zapach zepsutych jaj. Wracamy drugą stroną rzeki. Tutaj już jest nieco stromiej, mamy sporo schodów do pokonania. Również tarasy są bardziej schodkowe. Jeden nieuważny krok i polecimy 3 metry w dół. Z oddali przygląda się nam obojętnie błotny bawół carabao. My przyglądamy się ludziom pracującym po kolana w błotnistej wodzie. Niektórzy motykami oczyszczają pola, inni mają do tego specjalne maszyny napędzane spalinowym silnikiem. Sporo osób pracuje gołymi rękami i pochylając się wyciągają z błota pozostałości po ściętym ryżu. Jest listopad co oznacza, że w Hapao jest już po żniwach. Pola są w różnym stanie. Na wielu z nich widać jeszcze słomkowo zieloną słomę. Inne są już oczyszczone i wyglądają jak baseny z wodą.

Wybierając się na pola ryżowe trzeba wziąć pod uwagę porę roku. W większości miejsc w Ifugao ryż zbiera się raz do roku. Na poczatku roku sadzi się nowy ryż co oznacza, że mniej więcej w kwietniu pola wyglądają najpiękniej. To właśnie wtedy są szmaragdowo zielone i wyglądają jak równo skoszone trawniki. Żniwa to czas około września, października. Potem krótki czas na regenerację i oczyszczanie. Prawdę mówiąc to w każdym czasie pola ryżowe mają swój urok. Mało tego, fazy wegetacji ryżu nawet na tak małym obszarze są poprzesuwane. Co ciekawe w odległym o godzinę jazdy jeepney’em od Banaue Ducligan zbiera się ryż dwa razy w roku. Tylko dlatego, że Ducligan jest położony nieco niżej i jest cieplej. W konsekwencji w listopadzie widzimy ślicznie zielony młodziutki ryżowy trawnik

Z całym szacunkiem dla Hapao. W rejon Banaue przyjeżdża się głównie po to aby odwiedzić słynne tarasy w Batad. Bez wątpienia i nie bez przyczyny są one najbardziej znane. Jak mówiłem wcześniej dotarcie do nich związane jest z pewnymi ograniczeniami. Aktualnie i tak jest zdecydowanie lepiej. Jeszcze parę lat temu dało się dojechać samochodem jedynie do tzw. Saddle Point, skąd dalsza droga była mozliwa jedynie pieszo. Teraz od końcowego parkingu do pierwszego oszałamiającego punktu widokowego dzieli nas około 15 minut stosunkowo łatwą drogą.
Uważa się a lokalni przewodnicy podtrzymują to przekonanie, że tarasy ryżowe Batad mają ponad 2000 lat. Ciężko sprawdzić na 100%. Ich specyfika sprowadza się do tego, że w przeciwieństwie do wielu innych pól ściany tarasów budowane są z kamienia a nie z ziemi. Gdy patrzy się na te struktury przypominają się starożytne piramidy. Troche Majowie z Meksyku, trochę Inkowie z Peru. Ni mniej ni więcej takie Machu Picchu Filipin.

Batad to śródgórska dolina, której zbocza jak amfiteatr pokryte są równymi schodkami tarasów. Na dole, w centrum mała wioska, kilkanaście domostw zbudowanych bezpośrednio na labiryncie kamiennych murków. Do tego kościół i szkoła a wszystkie ulice to szerokie na kilkadziesiąt centymetrów murki. Krok w bok i błoto. Krok w drugi bok i również błoto ale trzy metry niżej. Na wyższe piętra tarasów (z dwieście metrów?) prowadzą wąskie jak drabina kamienne, nierówne schodki. Czasem na pół metra wysokie więc trzeba mocno się napocić aby po nich wchodzić. Spacer (dobre 2 godziny przynajmniej) po Batad to nie atrakcja dla ludzi z lękiem wysokości albo zaburzeniami równowagi. W niektórych miejscach faktycznie robi się gorąco, zwłaszcza kiedy trzeba przejść kilkanaście metrów po wąskim na dwadzieścia centymetrów murku z powyłamywanymi i okruszonymi brzegami zawieszonym ponad 3 metry nad sąsiednim polem. Ale jak już oderwiemy wzrok od butów i zatrzymamy się na drżących nogach pewnie zakorzenionych w murku otacza nas niesamowity widok: albo w dół na dolinę albo do góry na schodkową kamienną piramidę.

Idąc od parkingu do pierwszego punktu widokowego wyprzedza na jakiś człowiek dźwigający na ramieniu dwie długie bambusowe żerdzie. “O, to pewnie po tą panią co wczoraj spadła ze ścieżki” – mówi nasz przewodnik beztrosko kłapiąc swoimi klapkami. Z Batad nie da rady wyjechać żadnym samochodem lub motorem. Tylko na nogach. Nieszczęsna połamana turystka będzie transportowana do najbliższej drogi przez tragarzy na bambusowych noszach. Godzinę później gdy w skupieniu podążamy za klapkami naszego przewodnika pewnie wystukującymi rytm na wąskim murku, on się odwraca i pokazując na błotny uskok na naszej ścieżce mówi: “To tu spadła”.
Dlaczego tyle o tych klapkach? Rano spotykamy się z naszym umówionym, oczywiście przez guesthouse, przewodnikiem Jey Jey’em. Stoi dumnie obok swoje kolorowego jeepney’a. Kurtka i trekkingowe spodnie, wysokie profesjonalne buty, camelback na plecach i ciepła czapka nasunięta głeboko na oczy (wszak jest rano i tylko około 19 stopni). Jey Jey od razu wzbudza zaufanie i emanuje profesjonalizmem. Zdumienie nadchodzi kiedy dojeżdzamy do końcowego parkingu. W oka mgnieniu Jey Jey sprawnym ruchem zdejmuje trakingowe buty i zakłada wyciągnięte spod fotela jeepney’a laczki. I tak te laczki prowadziły nas bezpiecznie po labiryncie kamiennych murków przez kolejne trzy godziny.

Standardowa trasa w Batad wiedzie najpierw na szczyt tarasów, skąd mamy widok na całą dolinę i leżącą w dole wioskę. Ten odcinek jest stosunkowo łatwy. Idąc z parkingu dochodzimy na górę doliny więc dalej idziemy praktycznie po równym. Po równym lecz wąskim gwoli ścisłości. Po osiągnięciu punktu widokowego na szczycie czas na karkołomne zejście w dół po czymś co mozna nazwać schodami (kamienną drabiną?). W tym momencie jeszcze nie mieliśmy sprecyzowanego dokładnego planu. Zakładaliśmy wstępnie, że pójdziemy do wodospadów Tappiyah Falls. Przed schodami, odpoczywając na górze zagadnęliśmy o to Jey Jey’a. “Zastanowimy się nad tym jak zejdziemy po schodach” – powiedział i spojrzał w bok spluwając jednocześnie czerwoną śliną od żutego bezustannie betelu. Schody w dół to jedne z naszych najdłuższych dwudziestu minut. Zero barierek, w niektórych miejscach po obu stronach przepaść na kilka metrów w dół a ścieżka na góra trzydzieści centymetrów szeroka. Orla Perć to pikuś, myślę sobie ale na głos nie ma co mówić bo Jey Jey raczej nie skojarzy. Zeszliśmy. Pytam Jey Jey’a jak wygląda droga do wodospadu – w tym miejscu trzeba podjąć decyzję gdzie idziemy. “Jeszcze raz takie same schody i po czterdziestu pięciu minutach będziemy na miejscu. No i wracamy tą samą drogą”. A co tam, wodospad jak wodospad. Odpuszczamy.

Dalsza trasa wiedzie teraz przez wioskę. Kilkanaście domków zbudowanych bezpośrednio na polach ryżowych, niektóre na palach. Idziemy klucząc po murkach. Mijamy szkołę i mały kościół. Dwójka małych dzieci chichocząc chowa się za parasolem ilekroć podnoszę aparat. W otwartych domach siedzą ludzie, zagadują Jey Jeya (mówiłem, że tutaj wszyscy się znają), uśmiechają się do nas, plują czerwoną śliną. Nikt nic nie chce sprzedać, nikt nie zaczepia. Normalna mała wioska z biegającymi kurami. Na polach pracujący ludzie. Jeden pan naprawia kamienny murek. Po ulewnym deszczu zrobiła się spora wyrwa. Mozolnie układa kamień na kamieniu i do wieczora pewnie odbuduje murek, dokładnie taki sam jak był wczesniej.

Na koniec wycieczki docieramy kolejnymi schodami na górę doliny. Tutaj są kolejne domy, bardziej solidne, budowane na zboczu a nie na polach. Jest nawet kilka guesthous’ów. W jednym z nich zjemy lunch (jakżeby inaczej, prowadzi go wujek właścicielki naszego pensjonatu w Banaue, prosi aby przekazać pozdrowienia i spluwa przyjaźnie na czerwono). Przy okazji prezentacja jak się obrabia ryż, wizyta w tradycyjnym domku Ifugao. Miło i nie nachalnie. Płacimy za posiłek i się żegnamy.

Skoro mamy jeepney’a to jedziemy jeszcze kawałek aby zobaczyć zielone pola w nieodległym Ducligan i Snake River. Po drodze zatrzymujemy się przy punkcie widokowym na pola Bangaan. Ale czy po tym co widzieliśmy w Batad jesteśmy w stanie jeszcze czymś się zadziwić?

2 thoughts on “Filipiny | Tarasy ryżowe Ifugao w Banaue, Batad i Hapao”