Kraj leżący na krańcu trąby tajlandzkiego słonia, wciśnięty między największe wyspy Indonezji a historyczne Królestwo Syjamu, mający swoje przyczółki na Borneo, dzieki czemu w magiczny sposób graniczy, zarówno od wschodu jak i zachodu z Brunei, jest doskonałym miejscem do rozpoczęcia przygody z poznawaniem magicznego rejonu Azji południowo wschodniej. Szczególnie Malezja kontynentalna granicząca od północy z Tajlandią a od południa z odjechanym malezyjskim odszczepieńcem, czyli Singapurem. Na pierwszy rzut oka ten region może wydawać się lekko zniechęcający: lokalizacja w strefie okołorównikowej gwarantującej permanentną saunę, prażące w czubek głowy słońce i ulewne deszcze, ustrój państwa uznający prawo szariatu dzięki ponad 60% udziałowi Muzułmanów, dość istotne na niektórych obszarach zagrożenie malarią lub dengą, zła passa narodowego przewoźnika lotniczego czy tez znani ze swej brawury kierowcy autobusów. Dla fascynatów wycieczek w masywy leśne bogactwo drapieżnej fauny, zwłaszcza węży a dla miłośników kąpieli morskich znacząca populacja parzących niemiłosiernie meduz. Amatorzy trunków z pewnością zraża się polityką fiskalna lokalnego rzadu, która poprzez akcyzę sprawia iż w cenach alkoholi Malezja niewiele się różni od Islandii.
- Islandia | Samochodem i z namiotem kiedy Słońce nie zachodzi
- Borneo | Sepilok, czyli co wspólnego mają orangutany z czekoladą
Nie da się ukryć, ze Malezja leży przy równiku. Ma to te dobre strony, ze praktycznie pogoda jest bardzo podobna przez cały rok: ponad 30st, wilgotno i parno. Jeżeli deszcz to krótki aczkolwiek może być gwałtowny. Im dalej od równika, w kierunku Tajlandii tym klimat bardziej zbliża się do podzwrotnikowego co między innymi oznacza, ze w porze monsunowej ( od późnego lipca do wczesnego października) niebo jest bardziej zachmurzone i częściej zdarzają się deszcze. Krótkotrwałe. Praktycznie jednak klimat Malezji kontynentalnej jest na tyle przyjazny, iż jest to destynacja atrakcyjna właściwie o każdej porze roku. Warto jedynie mieć przy sobie parasol i nie ubierać się zbyt ciepło.

Faktycznie, w Malezji większość stanowią Muzułmanie. Ich rownież obowiązuje koraniczne prawo szariatu. Ale tylko ich. Oprócz wyznawców islamu jest tutaj znaczna populacja Chińczyków i Hindusów. A to oznacza, ze są tutaj obecne rownież inne religie: różne odmiany buddyzmu, hinduizm i w znacznej mierze chrześcijaństwo. Rownież wyznawcy filozofii tao i Konfucjusza maja tutaj swoje przybytki. Mówiąc o islamie w sposób stereotypowy zakłada się fanatyzm i brak tolerancji dla innych religii. Patrząc na codzienne życie na ulicach Malezji można odnieść wrażenie, iż tutejszy islam ma zgoła odmienną, ludzką twarz. W okresie ramadanu Muzułmanin nie zostanie obsłużony w restauracji (wszak ma zachować wstrzemięźliwość od świtu do zmierzchu) ale na pewno na taki dyskomfort nie zostanie wystawiony “niewierny”. Na ulicach obok muzułmańskich kebabów z baraniny stoją stoiska chińskie oferujące jakże obrzydliwa dla wyznawców Allaha wieprzowinę. I do tego jeszcze zakazany przez Koran alkohol (cóż, nie tani). Z kolei i Chińczyk i muzułmanin nie będą się wzdragac przed potrawami z wołowiny czego stojąca za rogiem indyjska knajpka na pewno nie zaproponuje. Patrząc na takie różnice w upodobaniach kulinarnych nie dziwi, ze królem mięs jest tutaj kurczak jednoczący przy talerzu wyznawców wszystkich religii. Kurczak, owoce morza i żaby. No, może tylko co poniektórzy wspomną ptasia grypę, która wszak miała swoje korzenie nie gdzie indziej jak właśnie w Azji Południowo Wschodniej.

Rzeczywiście, trzeba pamiętać, ze pod względem radykalizmu islamskiego Malezja nie jest jednolita. Na pewno zarówno południe jak i sama Kula Lumpur są mocno liberalne. Natomiast ruszając do stanów północnych (zwłaszcza Perlis graniczące z Tajlandia) należy mieć na względzie, ze tutaj szariat jest traktowany zdecydowanie bardziej poważnie o czym przypominają np. znaki zakazu zachowań “nieobyczajnych” w pociągach. Ale i tutaj są wyjątki. To właśnie wyspa Langkawi leżąca na północy jest wiodącym kurortem wakacyjnym kraju. Cóż zapewnia temu miejscu tak wielkie powodzenie? Głownie strefa bezcłowa, która swoje praktyczne oblicze ujawnia w postaci taniego jak woda alkoholu zwolnionego z obowiązującego w całym kraju cła.

Pomimo tego, ze jak to w tych szerokościach geograficznych bywa, istnieje zagrożenie malarią nie jest ono duże i zróżnicowane w zależności od miejsca. W wielu miejscach są dostępne aktualne mapy występowania zagrożenia i dobrze jest upewnić się przed wyjazdem. Jedna z bardziej wiarygodnych jest Yellow Book publikowana na amerykańskie stronie rządowej cdc.gov. która jest skarbnica aktualizowanej wiedzy nie tylko na temat malarii lecz wszelkich chorób mogących być zagrożeniem w podróży. Generalnie natomiast można kierować się zasada, ze zagrożenie jest wyższe w rejonach wilgotnych, w głębi lądu, w lasach deszczowych. Nie pewno nie można ignorować konieczności stosowania silnych repelentów. Z drugiej strony nad samym morzem jak i w dużych miastach ryzyko jest znikome. Może za wyjątkiem samego Borneo (lasy deszczowe) Malezja jest pod względem malarii zdecydowanie bezpieczniejsza niż chociażby północna Tajlandia.
Rownież pod względem higienicznym Malezja plasuje się znacznie wyżej niż sąsiedzi (za wyjątkiem Singapuru, gdzie nawet Sanepid nie miałby do czego się przyczepić). Bez obawy można zamawiać napoje z lodem ponieważ praktycznie zawsze jest on kupowany z wytwórni lodu. W Wietnamie, Tajlandii czy nie daj Boże w Indiach skutki picia napojów z lodem w ulicznych stoiskach mogą być opłakane. Żywiąc się na ulicy zawsze należy kierować się zdrowym rozsądkiem i raczej unikać jedzenia nie poddanego obróbce termicznej (np. surowe owoce). Wybierając miejsce do jedzenia kierujmy się zasada: im tłoczniej tym lepiej. Zapewni nam to to, ze jedzenie będzie świeże i kierując się statystyką pewnie rownież dobre.

Wiele razy spotykamy się z opinia, ze jedzenie w Malezji (te uliczne) należy do najlepszych na świecie. Pewnie podobnie o swojej kuchni mówią rownież mieszkańcy maleńkiego Bhutanu…Faktem jest, ze w Malezji mamy okazje zetknąć się z kuchnia bardzo różnorodna wynikająca z różnorodności jej mieszkańców. I chyba właśnie to sprawia, ze trudno w kuchni malezyjskiej nie znaleźć czegoś dla siebie. W naszej dwutygodniowej podróży temat jedzenia przewijał się znacznie częściej niż byśmy sobie tego życzyli.

Plan wyjazdu zakładał skupienie się na trzech miejscach Malezji kontynentalnej: Kuala Lumpur z Malakką, Penang oraz Langkawi. Stolica była miejscem przylotu i wylotu, wiec główny czas w KL spędziliśmy przed wylotem. Do pierwszej desynacji – Georgetown na wyspie Penang – dostaliśmy się pociągiem ETS będącym odpowiednikiem naszego Pendolino. Podroz około 4 godzin w warunkach iście polarnych. Naprawdę zabranie puchowki na ta okoliczność wcale nie byłoby przesadą! Nie mieliśmy i dosłownie szczekaliście zębami. Poza tym, ze w pociągach jest jak w lodówce to rownież cały system kolejowych przewoźników wcale nie jest mniej skomplikowany nic w Polsce. Po raz kolejny doskonałą pomocą okazała się strona seat61.com, wprowadzająca w tajniki organizacji malezyjskich kolei. Doskonały punkt startu z racji przydatnych linków oraz jak zwykle praktycznych wskazówek. Pociągi ETS z KL do Penang nie jeżdżą znowu tak często i chcąc kupić bilet dzien wcześniej nie było już miejsc na 9 rano i trzeba było jechać po 11. Miejsca numerowane, cena około 70r. Przy okazji spokojnie można kupić bilety przez internet – należy założyć w łatwy sposób konto (nie porównanie łatwiejszy niż na stronie kolei indyjskich!) na stronie ktmb.com.my – płatność kartą bez problemu. Przejazd należy wykupić do leżącego na kontynencie Butterworth, skąd odchodzą promy do Georgetown. Przystań promowa jest przy stacji kolejowej lecz ilość schodów i wąskich chodników sprawia, że to całkiem wymagający spacer, zwłaszcza z walizkami. Sama przeprawa promowa to około 15 minut.
Georgetown jest głównym miastem wyspy i doskonała bazą wypadową. Miasto w stylu kolonialnym lecz rownież ze spora chińska dzielnicą, nieco mniej energetyczna dzielnica indyjską i osiedlem Chińczyków mieszkających na wybrzeżu w domach na palach.
No właśnie, Penang to stolica malezyjskiego jedzenia. Ilośc miejsc z jedzeniem jest zatrważająca i każdy znajdzie coś dla siebie. W hotelu na pewno dostaniemy specjalne mapo-przewodniki pomagające w zrozumieniu tutejszych specjałów i znalezieniu miejsc je serwujących. W Georgetown dość popularne są tzw. hawkers centers, czyli mówiąc po polsku food courty. Doskonale miejsce do zjedzenia wieczorem – w jednym miejscu jest skupisko stoisk oferujących różnorodna kuchnie. Na środku wspólne stoły. Wszystko świeże, w dobrych cenach, szybka obsługa i zawsze spory tłok. Niestety rownież często muzyka na żywo w wykonaniu rodem z programów animacyjnych dla klientów all inclusive w Egipcie. Ze sprawdzonych miejsc godne polecenia Red Garden w części zachodniej, dwa przybytki nad brzegiem od północy oraz spore centrum przy osiedlu domków na palach (mniej więcej na przedłużeniu Armenian Street).

Główną atrakcją Georgetown jest możliwość powłoczenia się bez celu po jego różnorodnych dzielnicach i podpatrywanie codziennego życia jego mieszkańców. Jest to miasto bardzo popularne wśród turystów wiec z ta autentyczną codziennością bywa różnie. Ale na pewno nie ma tutaj tak popularnego w wielu azjatyckich krajach traktowania turystów jak bankomatów i nachalnego namawiania do zakupów. Z drugiej strony panuje tutaj bezpieczna atmosfera, ludzie dobra angielszczyzną pomagają na każdym kroku, kursy walut w kantorach są na zaskakująco konkurencyjnym poziomie, wyszynki oferują szeroki wybór kuchni, łącznie z włoską pizzą. Jedna z głównych ulic jest przykładem na to, że nawet w kraju muzułmańskim jest miejsce na religijna tolerancje. Przy Jalan Masjid Kapitan nazywananej ulica Harmonii stoi katolicki kościół św. Jerzego, nieco dalej świątynia chińska buddyjska naprzeciw, której jest święte drzewo i skromna kapliczka hinduistyczna ze świętą literą Om i swastyka, wreszcie dający nazwę ulicy duży meczet.

Georgetown to również dobra baza wypadowa do dwóch ważnych atrakcji Penang: parku narodowego przy Teluk Bahang na północno zachodnim krańcu wyspy oraz świątyni Kek Lok Si, do których dojedziemy miejskim autobusem.
Najwygodniejszym punktem odjazdu autobusów jest dworzec przy centrum handlowym Komtar. Bilety kupuje się u kierowcy, który nie wydaje reszty. Bilety są w granicach 2-3r od osoby. Do parku Taman Nagara Pinang dojedziemy linią 101 (mniej niż godzina) wysiadając na ostatnim przystanku tuż obok wejścia na teren parku. Natomiast do świątyni bierzemy autobus 202 i również jedziemy niecała godzinę.
Taman Nagara to las deszczowy z wytyczonymi szlakami. Jednym z najpopularniejszych w tym najmniejszym w kraju parku narodowym (tak dla uproszczenia Taman Nagara znaczy dokładnie park narodowy wiec wszystkie inne tego typu miejsca maja dokładnie taka sama nazwę) szlakiem jest 3km trekking do Monkey Beach. Ładna plaża otoczona dżunglą, która wbrew swej nazwie nie oferuje zatrzęsienia małp. Owszem, bywają ale raczej jako złośliwi złodzieje plecaków i innych rzeczy zostawianych na płazy. Poza tym jest tam dość sporo straganów z jedzenie, dwa punkty oferujące przejazd zdezelowanymi quadami po okolicznych sciezkach i mnóstwo sprzętu pływającego. Bardzo częstym rozwiązaniem jest powrót z Monkey Beach łodzią (10 minut za10r od osoby ale nie liczmy, że będzie to jakiś wypasiony sprzęt) do wejścia do parku lecz należy się targować.
Przy okazji, wysiadając z autobusu zostaniemy na pewno zaproszeni do punktów oferujących wykup z góry takich transferów. Opcja może i wygodna (potem na płazy trzeba znaleźć pana, który ten bilet będzie honorował), na pewno nieco droższa. Oczywiście, nie dajemy wiary jakoby na samej plazy nie było możliwości wykupu takiego powrotu bezpośrednio (wydaje się, ze sprzedawcy świecie w to wierzą namawiając do zakupu biletów u nich). Jest i to z pocałowaniem ręki.
Sam szlak jest względnie łatwy, niemożliwością jest się zgubić lecz nieco trzeba się naschylac przechodząc pod zwalonymi drzewami. Trasa w dużej części biegnie blisko morza. Głównym wyzwaniem jest niemożebna wilgoć wiec pamiętamy o wodzie!
Czekajac na autobus powrotny (jeżdżą co około pół godziny) można się pożywić w tutejszych garkuchniach (polecam zwłaszcza murtabaki i roti z bananami w muzułmańskim straganie najbliżej wejścia do parku).
Kek Lok Si to z kolei zespół świątyń buddyjskich nadal jeszcze rozbudowywanych. Miejsce nie tylko turystyczne lecz również ważne dla tutejszych wyznawców. Na wizytę musimy liczyć przynajmniej dwie godziny. Co w tym kontekście w pełni naturalne należy się przed zwiedzaniem pożywić korzystając np. z dość znacznego kompleksu straganów głównie z chińskim jedzeniem, który będziemy mijać w drodze z autobusu. Nie sposób nie zauważyć straganu oferującego doskonała zupę w potężnych wazach (tak na oko o pojemności 7litrow, oczywiście wypełnionej stosownie do ilości osób zamawiających). Nie ma strachu, zupkę nalewamy z ogromniastej michy do mniejszych gustownych miseczek.

Kek Lok Si leży na wzgórzu i składa się z kilku części. Do niektórych z nich pobierana jest dodatkowa opłata (skromna), np. za wejście do Pagody oraz na wzgórze do ciagle wykańczanym wielki posag Awalokiteśwary, jednego z ważniejszych bodhisattwów w buddyzmie (często postać opisywana jako bogini wpólczucia aczkolwiek ewidentnie jest to osoba płci męskiej chociaż, faktycznie nie wyglada).

Ciekawym uzupełnieniem wizyty w Kek Lok Si jest wypad do, leżących niestety w innej części miasta (taxi 20r) dwóch innych świątyń buddyjskich. Tym razem mamy okazje do przyjrzenia się świątyniom buddyzmu hinajana w odróżnieniu od mahajana, który reprezentuje Kek Lok Si, i który jest głownie obecny w Chinach. Szkoła hinajana to przede wszystkich buddyzm praktykowany w Tajlandii, Birmie czy Laosie. Dwie świątynie leżą naprzeciw siebie przy tej samej ulicy: świątynia birmanska Dhamikarama oraz tajska Reclining Buddha Wat Chaiyamangalaram.
Odwiedzenie tych przybytków daje pojęcie o wyglądzie świątyń tej odmiany buddyzmu. Niestety, świątynia Leżącego Buddy (odpoczywa i lada moment osiągnie nirwanę, ważny moment dlatego Budda w tej postaci często jest obecny) jest kwintesencja kiczu. Leżący błyszczy plastikiem i wyglada jak malowana lala. Niemniej, na zewnątrz świątyni mamy okazje zobaczyć typowe tajskie reprezentacje różnych smokopochodnych stworow i groźnych mitycznych wojowników.

Świątynia birmanska jest większym i dużo przyjemniejszym kompleksem ( nota bene jest co buddyjskie centrum międzynarodowe). W środku głównej świątyni jest imponujących rozmiarów posag Buddy, tym razem stającego. Spokojńie można tutaj wytopić nawet godzinę podziwiając oryginalne zdobienia i architekturę.
Georgetown słynie jeszcze z jednej ciekawostki a mianowicie z dość znacznej kolekcji murali. Są one rozrzucone po całym mieście chociaż większość znajduje się w dzielnicy chińskiej. Są zaznaczone na wielu mapkach wiec łatwo można zabawić się w muralowy geocaching. Nie są to tylko typowe malowidła ścienne lecz często instalacje będące połączeniem przedmiotów i rysynku na ścianie. Ich popularność zawdzięczamy Litwinowi Zacharevicowi, którego ochrzczono malezyjskim Banksy’m, po tym jak w 2012 stworzył kilka pierwszych instalacji z okazji odbywającego się w Penang festiwalowi.

Na spokojne zaznajomienie się z Georgetown i częściowo z innymi atrakcjami Penang wystarczy 4 dni i niespożyty apetyt. Stosunkowo niedaleko od wyspy leży malezyjska Mekka turystyki: Langkawi. Najprostszym sposobem dostania się tam jest bezpośredni speedboat z Penang (3.5h, około 100r, dwa razy dziennie rano, wskazana wcześniejsza rezerwacja i wzięcie pod uwagę stanu morza zwłaszcza w porze monsunów czyli lipiec do października).
Nasz plan dostania się z wyspy na wyspę był bardziej wymagający lecz zapewniał do maksimum skrócenie czasu przebywania na rozkołysanymi morzu. Z Butterworth co godzinę odchodzi pociąg KTM (komuter, czyli odpowiednik Trójmiejskiej SKM-ki), który w półtorej godziny dowozi nas w komfortowych i rześkich warunkach do Arau (10r). Stąd jedyna opcja to taxi (26r, stała cena, 22km) do przystani promowej Kuala Perlis gdzie trzeba załapać się na jeden z dwóch promów o 11:30 i 18:30 (18r od osoby). Rejs 1 godzina w dobrych warunkach (numerowane siedzenia, ryczący na cały regulator telewizor z filmem z gatunku action).
Langkawi jest bardzo popularnym miejscem. Dość sporo drogich hoteli zajmujących co ładniejsze plaże oraz najpopularniejsza cześć czyli odcinek przy plazy Pantai Cenang będąca prawdziwym centrum turystycznym (mnóstwo knajpek, agencji sprzedających wycieczki oraz średniej klasy hoteli). Najpopularniejsze wycieczki to całodzienny wypad do lasów namorzynowych (90r, 5-6 godzin z transportem z hotelu i dość wymagającym lunchem na farmie rybnej). Do tego wypady typu islands hoping ze snorkelingiem oraz dość drogie zwidzanie lasów namorzynowych kajakiem.

Kultowym miejscem jest stosunkowo niedawno zbudowany SkyBridge, czyli półkolista kilkusetmetrowa kładka zawieszona pol kilometra nad porośniętymi dżunglą wzgórzami. Wrażenie imponujące lecz niekoniecznie dla osób sceptycznie nastawionych do wysokości. Miejscowi uważają, ze ta atrakcja jest tym bardziej unikalna, ze dojeżdża się do niej kolejka górska. Cóż, normalna kabinka 6-osobowa znana nam doskonale z europejskich ośrodków narciarskich (nota bene producent to Doppelmayr). Trzeba natomiast oddać, ze w dole zamiast ośnieżonych szczytów widzimy las deszczowy i piękna panoramę wybrzeża z małymi wysepkami.

Całkiem niedaleko dolnej stacji kolejki (w Oriental Village) zaczyna się około 40 minutowy szlak do wodospadu Telaga Tujuh. Warto wziąć ze sobą strój kąpielowy bo miejsce to słynie z naturalnie wykształconych basenów połączonych ze sobą kamiennymi naturalnymi zjeżdżalniami. Poza tym jest tam sporo małp. Dojście choć malownicze to jednak mozolne, w znacznej mierze po stromych schodach skrajem dżungli. Małpy tutaj rownież, głownie w gałęziach nad głowa.

Na Langkawi nie ma transportu publicznego zdać się należy nataksowki. Chociaż nie stosuje się tutaj taksometrow to ceny są z góry ustalone. Zwykle półgodzinny kurs to koszt około 30r i nigdy nie zdarzały nam się próby naciągania.
Ciekawym zdarzeniem są odbywające się zwykle raz lub dwa razy w tygodniu tzw. night market. Sa to głownie targowiska ze straganami z jedzeniem i chociaż jest tam sporo turystów to jest to miejsce gdzie kupują rownież lokalni. Doskonała okazja zapoznania się z lokalnym jedzeniem, ceny bardzo atrakcyjne, duży przerób i wszystko świeże. Do tego możliwość podpatrzenia sprawnie gotujących kucharzy oraz pomysłów na serwowanie potraw (liść bananowca powoli wypierany przez gazetę codzienną, kurczak mocowany na patyku drutem, zupa w woreczku foliowym lecz szczelnie i przemyślnie zamkniętym oraz jak wszędzie w Malezji niechęć do wszelkich krzeseł i innych udogodnień umożliwiających “usiąście”).

Stolicą wyspy jest Kuah. Poza tym, ze jest tam port w którym gości wysiadających z promów wita potężny plastikowy o pastelowych barwach orzeł (coś na kształt piastowskiego bielika; nota bene pokaz karmienia ptaka jest jednym z punktów wycieczki po lasach mangrowych) w samym mieście nie ma nic. Centrum to dosłownie pare uliczek na krzyż gdzie jest sporo knajpek i pare sklepików z chińszczyzną.
Z Langkawi do Kuala Lumpur najsensowniej dostać się samolotem. Mnostwo tanich połączeń kilka razy dziennie (np AirAsia), lot godzinny, przylot na lotnisko KLIA2 bezpośrednio obok głównego lotniska międzynarodowego. Oba lotniska są nowoczesne, “2” nawet bardziej, niczym nie odbiegają od standardów innych dużych portów lotniczych. Dojazd z obu lotnisk w sprawny i najbardziej ekonomiczny sposób zapewniają autobusy jeżdżące na okrągło do stacji KL Sentral, głównego dworca kolejowego w KL. Przejazd 10r, około godziny, bilet kupujemy na miejscu w kiosku obok autobusu lub w terminalu.
Komunikacja i samo poruszanie się po KL to temat sam w sobie. Metro – kilka linii aczkowiek transfer między jedna a druga to niekiedy 20 minutowy marsz o niekończących się schodach. Monorail – krótka linia i w praktyce niezbyt użyteczna, w przeciwieństwie do metra pociągi jeżdżą dużo rzadziej. W ścisłym centrum czyli rejon KLCC, Pavillion i częściowo Chinatown jeżdżą bezpłatne autobusy GoKL – linia green ścisłe centrum a linia Purple do Chinatown. W godzinach szczytu co pare minut, przystanki oznaczone. Poruszanie się pieszo przypomina nieco bieg na orientację szczególnie gdy nagle trzeba pokonać czteropasmową drogę szybkiego ruchu. Tego typu aktywność raczej na krótkich trasach. Wreszcie taxowki – teoretycznie z taksometrami w praktyce w bardziej popularnych miejscach cena uzgadniana z góry. W każdym wypadku kursy do 10 minut to rząd wielkości 10r i brak problemu ze złapaniem na ulicy.
Ikoną nowoczesnego Kuala Lumpur są wieże Petronas, które jako najwyższe na świecie zostały zdetronizowane w 2004 przez Burj Dubai. Widoczne z wielu miejsc ale największe wrażenie, zarówno w dzien jak i w nocy robią z parku przy wyjściu z centrum handlowego Suria KLCC. Tam tez wieczorami na jeziorze jest codzienny pokaz tańczących w rytm muzyki fontann.

Tuż obok w centrum kongresowym jest wejście do Aquarium. Pomimo dość wysokiej ceny (około 60r) warto tam spędzić półtorej godziny. Mokre zwierzaki są tutaj bardzo ładnie zaprezentowane, dość długi tunel umożliwia bliższy kontakt z woda pełna rekinów, żółwi i tym podobnych. W środku miotają się nurkowie usilnie próbujący zachęcić ryby do jedzenia. Ryby odmawiają. Wycieczki szkolne podjudzane przez wykrzykujacych przez mikrofon przewodników wyraźnie wywierają presję na nurków. Nurkowie sypią żarciem z wiaderka, wyraźnie poddenerwowani elektryzująca presja młodzieży. Ryby odmawiają.
Poza zatrzęsieniem centrów handlowych KL to rownież dynamiczna dzielnica chińska żyjąca własnym życiem. Chinatown ze słynna ulica Pataling to właściwie jeden wielki targ zlokalizowany obok Central Market. W przeciwieństwie do innych miejsc tutaj możemy dać upust chęci targowania. Tutaj rownież zapomnimy o możliwości chodzenia (przeciskania się raczej) między straganami w poczuciu osamotnienia – sprzedawcy zdecydowanie i na każdym kroku przypominają o swojej obecności i swoich targetach sprzedażowych. Chinatown daje rownież możliwość pożywienia się w typowo chińskich spelunkach. Jedzenie i wybór imponujący, warunki higieniczne jakby nieco “made in China”.

Chinatown to rownież okazja do zobaczenia licznych świątyń taoistycznych , buddyjskich (odłam mahajana oczywiście) lecz rownież bardzo ważnej świątyni hinduistycznej zbudowanej w jakże tutaj popularnym stylu drawidyjskim licznie reprezentowanym w południowych Indiach.
Chińczycy to faktycznie jedna z najliczniejszych nacji reprezentowanych w Malezji. Ale są tez Hindusi wiec jest i Little India. Dzielnica dużo mniejsza niż Chinatown, zlokalizowana niedaleko KL Sentral. Ulice emanują typowo indyjskim kolorowym kiczem, bolywood’zką muzyka i doskonałym jedzeniem serwowanym na liściach bananowca i spożywanym rączkami.

Arabowie tez maja swoją dzielnice tętniąca życiem do późnego wieczora. Dużo grajków ulicznych, handlarzy podróbkami na chodnikach, na każdym rogu kantory z wymiana walut. Tuż obok niej jest słynna ulica Jalan Alor z kultowym ulicznym jedzeniem. Najsłynniejsze w KL hawkers center jest obecnie głownie nastawione na turystów lecz nadal jest to miejsce, które trzeba odwiedzić. Jedzenie chociaż cenowo uwzględniające premie za popularność jest doskonale, świeże i oszałamia wyborem. Tłum, wieczorem, niemożebny.
Okolice KL Sentral to rownież rozległy kompleks parkowy gdzie gwoździem programu będzie Bird Parc. Park daje możliwość przyjemniej dwugodzinnego obcowania z ptakami, których duża ilośc swobodnie się przemieszcza. Cały teren przykryty jest wielka wolierą lecz mimo to wiele ptaków jest w klatkach. Wstęp ponad 50r umożliwiający kilkukrotne wejście w ciągu tego samego dnia.

Będąc w tym regionie bliziutko jest do nowoczesnego meczetu narodowego. Potężna świątynia w ksztalcie parasola. Dość restrykcyjne podejście do zwiedzających – w określonych godzinach, konieczne skorzystanie z gustownego fioletowego wdzianka z kapturem, no i oczywiście bose nóżki. Jeżeli wizyta w meczecie na tyle podsyci nasza żądze kontaktu z islamem tuż obok jest muzeum sztuki islamskiej. Dla koneserów na pewno nie lada gratka ( niezliczone egzemplarze starych wydań Koranu w tym rozczulający maleńki zrobiony w Czechach; standardowy pokaz oręża, ubrań, garnków itp). Z ciekawszych rzeczy nawet dla laików jest ekspozycja modeli słynnych meczetów z całego świata. Może to jedyna okazja zobaczenia meczetu w Mecce przez niewiernych?

Na północ od wież Petronas po drugiej stronie czteropasmowej expresowki jest ciekawa dzielnica Kampung Baru. Dzięki skomplikowanym zawiłościom dotyczącym praw własności gruntów dzielnica ta nadal bardziej przypomina małe miasteczko niż dzielnice stolicy Malezji. To tutaj można zobaczyć tradycyjne małomiasteczkowe domy, w których tle widać wieże Petronas. Tutaj mamy uliczny targ z warzywami i owocami, meczety lecz rownież sikhijską gurudwarę (największa w tym rejonie Azji lecz daleko jej do tych z Indii). Na ulicach stoiska z tradycyjnym jedzeniem (np. popularne “szwedzkie stoły” nasi kandar). No i jedyne w swoim rodzaju przejście dla pieszych, czyli zebra.
Innym kultowym miejscem ciekawym zwłaszcza dla miłośników panoram miejskich jest plac Merdeka Square ze słynnym pałacem w stylu mauretańskim ponoć najczęściej fotografowanym obiektem KL (co na to wieże Petronas?). Popularne miejsce na wieczorne schadzki wśród mieszkańców. Przy okazji 5 minut stad jest jeden z najstarszych i na pewno najładniejszych meczetów (Masjid Jamek), do którego wstępu niewierni nie mają.
O godzinę jazdy pociągiem znajduje się ważne dla hindusów miejsce czyli Batu Caves. Dojazd za grosze pociągiem Komuter z KL Sentral i wysiadka na stacji końcowej. Jest to bardzo ważne dla hindusów miejsce kultu, gdzie co roku w święto Thaipusam przybywa grubo ponad milion pielgrzymów. Sądząc po licznych relacjach jest to dość wymagająca pielgrzymka (Np. tutaj). Sanktuarium, którego główna cześć znajduje się w pięknej jaskini do której wiodą strome schody poświęcone jest bogowi Muruganowi, który za wyjątkiem Indii Południowych (wiemy wszak, ze w Malezji jest znaczna reprezentacja Tamilów z południa Indii) jest znacznie mniej znany od swojego brata Ganesi ( to ten z głową słonia) i ogólnie rzecz biorąc jest bogiem wojny dzierżącym w ręku swoją magiczna włócznie, która dostał od mamy Parwati (małżonka Siwy, która w swojej okrutniejszej wersji znana jest bardziej jako Kali tudzież Durga). Oprócz głównej świątyni jest kilka pomniejszych kaplic, centrum z pamiątkami oraz wielgachny posąg wodza małpiej armii czyli Hanumana.

A propos małp…Będą nam towarzyszyć od opuszczenia dworca. Idąc po schodach niekiedy trzeba się od nich opędzać bo jest to ich teren polowania na jedzenie. Są miłe, zwłaszcza te z małymi do czasu kiedy nie pokażą pokaźnych kłów. Przekonał się o tym jeden z turystów wydających dźwięki w języku rosyjskim, który dał małpie kokos aby zrobić zdjęcie jak małpka bawi się orzeszkiem. Szkoda tylko, że potem chciał orzech małpie zabrać. Naprawdę imponujące kły…i paszoł won.

Nieco bardziej odległa destynacja, na dojazd do której trzeba liczyć ponad półtorej godziny autobusem jest historyczna Melakka, dająca nazwę cieśninie oddzielającej Malezję od Indonezji. Dojazd nieco bardziej złożony ale sprawny: metrem do stacji Bandar Tasik, przy której jest duży i nowoczesny dworzec autobusowy. Autobusy do Malakki odjeżdżają praktycznie na okrągło w godzinach porannych, cena 10r, zakup w kasie za gotówkę. Do Malakki autobus przyjeżdża na dworzec oddalony 15 minut (autobusy miejskie lub taxi za 20r) jazdy.

Melakka to taki pierwszy oddech europejskiego kolonializmu w Malezji. Architektura kolonialna ale tez zamieniający się wieczorem w deptak Jonker Street. Podobnie jak w Georgetown mnóstwo knajpek i turystyczna atmosfera. Tradycyjnie rownież ulica harmonii z meczetem, świątynia chińska i hinduska. Po drugiej stronie okazały pałac sułtana, wzgórze z ruina kościoła i pałac gubernatora. Bardzo sympatyczna wąska promenada nad rzeką a na ulicach kolorowe cuda techniki, czyli rowerowe riksze w barwach Hello, Kitty i wizerunkami Picachu.

Rzeczywiście, Malezja to kraj różnorodny, w którym miesza się nowoczesność z wielokulturową tradycją. Poczucie bezpieczeństwa, swobodna komunikacja, w miarę oswojony azjatycki chaos sprawiają, ze faktycznie jest to kraj doskonały jako pierwszy kontakt z krajami regionu. Zarówno pod katem zwyczajów, kuchni jak i religii. Do tego klimat, który po kilku dniach aklimatyzacji doceni każdy spragniony słońca wychłodzony Europejczyk.






2 thoughts on “Malezja | W dwa tygodnie z Kuala Lumpur do Penang i Langawi”