Dwa ciężkie terenowe samochody z namiotami na dachu i obładowane sprzętem campingowym przemierzają szutrowe drogi Damaraland. Otaczający krajobraz nie rozpieszcza a jego monotonnia zmusza do maksymalnej koncentracji. Pomimo wyjątkowo dużych opadów w marcu i kwietniu 2025 wokoło jest szaro, pyliście i pustynnie. Samochody jadą w sporym oddaleniu – kilometrowy dystans pozwala na opadnięcie pyłu wzniecanego przez pierwsze auto. Jakośc drogi pozwala na osiąganie maksymalnie 80km/h. Zarówno koryta wyschniętych rzek okresowych jak i częsta tarka zmuszają do zachowania szczególnej uwagi. Jazda po grawelu przypomina niekiedy jazdę po ubitym śniegu i zwłaszcza na zakrętach można wpaść w poślizg.
Droga wiedzie na północ do regionu administracyjnego Kunene, który częściej nazywany jest Kaokoland. Ta nazwa pochodzi z czasów sprzed uzyskania przez Namibię niepodległości w 1990 kiedy kraj ten był pod protektoratem RPA. W ramach polityki apartheidu również na terenach Namibii tworzone były „autonomiczne” terytoria tzw. bantustany przeznaczone do zamieszkania przez poszczególne plemiona czarnoskórej ludności. Na południe od Kaokolandu jest np. Damaraland a na wschód Ovamboland. Z kolei na wschodzie kraju przy granicy z Botswaną były wydzielone między innymi regiony Hereroland i Bushmenland wyraźnie określające kto miał tam mieszkać.
Region Kunene kusi swoimi słynnymi off-roadowymi wyzwaniami jednak nie tym razem. Po niedawnych obfitych i gwałtownych deszczach główna droga C43 do Palmwag jest wystarczającym wyzwaniem a przecież to dopiero początek.
Kaokoland zajmuje północno-zachodni obszar Namibii granicząc od pólnocy z Angolą a od zachodu z atlantyckim Wybrzeżem Szkieletowych. Jest to powierzchniowo jeden z największych obszarów Namibii i jednocześnie najmniej zaludnionych. Kaokoland jest naszym celem główne z powodu ludzi, którzy tam mieszkają. Ten region Namibii kojarzony jest przede wszystkim z ludnością Ovahimba (Himba), zgoła najbardziej rozpoznawalnymi przedstawicielami rdzennych mieszkańców.

Himba, podobnie jak Ovambo, Herero i Kavango należą do ludów Bantu, jednej z dwóch głównych grup językowo etnicznych zamieszkujących Namibię. Druga grupa to ludy Khoe-Sān mówiące w językach, w których wystepują charakterystyczne dźwięki, tzw. kląski (mlaski). To własnie ta grupa, której obecnymi przedstawicielami są Damara, Nama i San uważana jest za pierwotnych mieszkańców terenów ówczesnej Namibii i Botswany; dopiero później zaczęli pojawiac się tutaj przedstawiciele ludności Bantu.
Dawno, dawno temu część pasterskiego plemienia Herero opuściła swoje tereny i ruszyła na północ w poszukiwaniu lepszych warunków naturalnych do hodowli zwierząt. Ci co zostali wkrótce musieli sie zmierzyć z „dobrodziejstwem” cywilizacji reprezentowanej przez kolonizatorów z Europy. Purytańskie żony niemieckich pastorów nie mogły zdzierżyć widoku na wpół golusieńkich pań z ludu Herero. Może też panie Herero zauroczyły się wiktoriańskimi sukniami, które coraz liczniej przybywały na białych kobietach z zimnej Europy. Koniec końców panie Herero zaczęły ubierać się w kolorowe, grubaśnie suknie a swoje głowy zdobiły kapeluszami w charakterystycznym kształcie rogów krowy. Krowy, która dla pasterzy Herero jest symbolem dobrobytu i sensem ich życia.

Pasterze, którzy wcześniej ruszyli na północ w poszukiwaniu lepszych pastwisk zaczęli wracać – już jako Himba – na tereny północnej Namibii. Część z nich nadal mieszka po północnej stronie granicznej rzeki Kunene, w Angoli. Himba i Herero wywodzą się z tego samego plemienia. Jednak róznice w ich aktualnym wyglądzie zewnętrznym a konkretnie w sposobie ubierania są nieprawdopodobne. Pomimo tego, że ich języki są podobne to na pierwszy rzut oka trudno się domyślić, że mają wspólne korzenie.
Opuwo, nieduża miejscowość około 200km od granicy z Angolą jest „stolicą” regionu Kunene. Dojeżdżając do Opuwo od południa jakość drogi wyraźnie się poprawia, pojawia się asfalt. To miejsce, w którym na pewno zatrzyma się każdy podążający dalej na północ. Tankowanie dwóch samochodów wyposażonych w dwa baki po 80 litrów każdy zajmuje dobre 20 minut. Trzeba równiez sprawdzić cisnienie bo poza Opuwo nie ma co liczyć na asfalt. W celu poprawy przyczepności na śliskim grawelu cisnienie w oponach powinno byc w okolicach 1.8b jednak w trakcie jazdy opony mocno się rozgrzewają i ciśnienie zdecydowanie wzrasta.
Przystanek w Opuwo to też okazja do uzupełnienia zapasów w kilku tutejszych supermarketach. Zatrzymując się na parkingu przed jednym z nich zostajemy od razu otoczeni kilkunastoma osobami oferującymi pamiątki na sprzedaż. Głównie bransoletki – również te wykonane z kawałków rur pcv – oraz wisiorki, breloczki i drewniane figurki. Dzieci błyskawicznie biorą się za czyszczenie samochodu, na sucho bez wody kilka rąk przeciera dopiero co umyte na stacji szyby. Idąc z wózkiem do sklepu dostajemy jeszcze ulotki sklepowe, na których wskazane są produkty które powinnismy dodatkowo kupić. Głównie olej, cukier, ryż i woda w pięciiolitrowych baniakach. Matka z małym dzieckiem w chuście prosi jeszcze o zakup pampersów.
Na ulicach Opuwo sporo osób. Od razu widać, że to miejsce przyciąga ludzi z różnych plemion. Już na pierwszy rzut oka rozpoznajemy panie Himba, nieco dalej panie Herero idące w swoich kolorowych sukniach pomimo rosnącego upału. Chociaż możemy się tylko domyślać to zakładamy, że jest tu wiele ludzi również z innych plemion lecz nie tak odróżniających się charakterystycznym wyglądem. Po chodniku idzie grupka rozentuzjazmowanych uczniów. Ich bardzo ładne i eleganckie mundurki świadczą, że chodzą do prywatnej szkoły. Wyraźnie wyróżniają się na tle większości innych mieszkańców.

Na tyłach jednego z większych sklepów jest targ, w którym zaopatrują się mieszkańcy. Raczej nie znajdziemy tutaj straganów z pamiątkami, nikt też nie nawołuje i nie zachęca natarczywie do zakupów. Na jednym z nich jest sporych rozmiarów stos czarnych sandałów wykonanych ze starych opon. To obuwie wielokrotnie widzieliśmy u wielu osób. Można kupić tez różne drewienka i zioła, które po wymieszaniu i zapaleniu służą między innymi do okadzania. Na wagę (lub raczej na kubeczki) kupuje się bryłki ochry, z której później można zrobić tak popularny wśród Himba kosmetyk.
Po niedawnych deszczach 180km droga z Opuwo do położonego tuż przy granicy z Angolą Epupa Falls pozostawia wiele do życzenia. Miejscami tarka powoduje, że wszyscy dzwonią zębami a samochód wykazuje oznaki poprzedzające kompletną rozsypkę. Droga poprzecinana jest licznymi (ponad 200) brodami rzecznymi. Pomimo tego, że niedawne deszcze były niezwykle obfite to tylko w jednym z nich napotykamy resztkę wody. Pokonanie każdego brodu oznacza ostry zjazd w dół, przejazd korytem rzeki w głębokim piachu lub po betonowym umocnieniu i ostro pod górę z powrotem na drogę. I tak 200 razy.
Około 40 kilometrów od Opuwo widać znak wskazujący na wjazd do wioski kulturowej Himba, tzw. Living Museum. Wioski kulturowe spotkać można w kilku miejscach Namibii. Miejscowa ludność, zarówno przedstawiciele Himba, Damara czy San mają okazję zaprezentować swoje zwyczaje w sposób oparty na zasadach komercyjnych. Kupujemy bilet wstępu na wizytę w wiosce wg okreslonego programu: życie codzienne, „bush walk”, tańce i śpiewy i wiele innych. Angielskojęzyczny przewodnik opiekuje się nami w trakcie całego pobytu opowiadając o szczegółach życia i służąc za tłumacza. Jest okazja do bezpośredniego kontaktu z „mieszkańcami”, zobaczenia ich domów, zadawania pytań. „Mieszkańcy” nie mieszkają na terenie wioski kulturowej – to raczej jest ich miejsce pracy i okazja do zarobku.

Zatrzymując się na parkingu przed Ovahimba Living Museum od razu czujemy się zaopiekowani. Płynnie mówiący po angielsku przedstawiciel Himba, o czym świadczy brak dolnych jedynek, przedstawia się jako nasz opiekun i zamaszystym gestem wręcza nam menu z programem. Czas na szybkei decyzje i udajemy się pod sąsiednie drzewo aby dokonać zapłaty za wybrany program. Na początku zapoznajemy się ze schematem tradycyjnej wioski rozłożonej na planie koła z czterema wejściami. Poznajemy zasady rządzące w wiosce, znaczenie centralnie położonej zagrody kraal, w której trzymane są zwierzęta oraz przede wszystkim miejsce gdzie utrzymywany jest święty ogień.
Ruszamy do wioski gdzie przy każdej z kolistych chat zatrzymujemy się aby poznać poszczególne aspekty codziennych tradycji Himba. Nie bez przyczyny jest to jedno z najbardziej rozpoznawalnych plemion Namibii. A tą przyczyną są zwłaszcza panie Himba niezwykle dbające o własny i jakże charakterystyczny wygląd. Wszystie ozdoby noszone zarówno na codzień jak i od święta mają swoją symbolikę. Symbolikę, która w przeważającej mierze dotyczy statusu kobiety, tego czy jest mężatką, czy ma dzieci i ile, w jakim jest mniej więcej wieku, czy już może zostać żoną itp. Ozdoby nie ograniczają się jedynie do bransolet, naszyjników, pasów czy skórzanych ubrań. To również codzienny rytuał pielegnacyjny polegający na nacieraniu całej skóry mieszaniną sproszkowanej ochry i zwierzęcego tłuszczu. To dzięki temu ich skóra ma tak charakterystyczny lekko pomarańczowy odcień. Taki ochrowy balsam stanowi również skuteczną ochronę przed prażącym słońcem i suchym klimatem.

Kolejną wizytówką pań Himba są ich niezwykłe fryzury. Raz na dwa, trzy miesiące misternie plecione warkoczyki pokrywane są grubą warstwą ochrowej gliny tworząc specyficzne pomarańczowe dredy, na końcach których doczepiane są czarne frędzelki najczęściej zrobione ze sztucznych włosów. Każda zamężna pani przyozdabia swoją głowę również koroną wykonaną z zasuszonej koziej skóry. Trudno sobie wyobrazic aby pojechała na zakupy do Opuwo bez takiej ozdoby na głowie.
Klimat i okolica, w której żyją Himba sprawia, że najbardziej cennym zasobem jest woda. To jej dostępność sprawia, że w porze suchej trzeba na wiele tygodni opuszczać ze stadem bydła wioskę i szukać miejsc, w których jest coś zielonego do jedzenia. Woda służy przede wszystkim do picia co oznacza, że w codziennej toalecie jej rolę przejmuje dym. Okadzanie dymem z palonego drewna pomieszanego z różnymi ziołami jest codziennym i dość czasochłonnym zabiegiem kosmetycznym każdej z pań.

Living Museum nie poświęca większej uwagi wyjaśnianiu zwyczajów panów Himba. Po prawdzie to poza przewodnikiem aktualnie na miejscu dostrzegamy tylko jednego z nich – właśnie przed chwilą wyskoczył z jednej z chat gdzie przebrał się ze swoich dżinsów w gustowną szatę z koziej skóry oraz fantazyjny kapelusik i uśmiechnięty pozuje do zdjęć. Społeczność Himba w zdecydowanej mierze opiera się jednak na aktywności kobiet. To one odpowiadają nie tylko za wychowanie dzieci lecz również za wszelkie prace związane z prowadzeniem „gospodarstwa”: od oporządzania zwierząt, przyrządzania jedzenia, zdobywania wody po budowanie domów. Panowie odpowiedzialni są za wędrówki ze zwierzętami w poszukiwaniu pastwisk. Również rolą męską jest dbanie o podtrzymywanie świętego ognia aby nigdy nie zgasł.
Opuszczamy wioskę kulturową starając się poukładać zdobyte informacje i własne odczucia. Upieranie się naszego przewodnika przy tym, że wioska jest rzeczywistym prawdziwym miejscem, w którym spotkani przez nas ludzie naprawdę mieszkają jakoś kłóci nam się z obrazem przebierającego się z miejskich ciuchów pana Himba.
Przed nami jeszcze 150km na północ do Epupa Falls a to dobre 3 godziny jazdy. Im bliżej granicy z Angolą tym krajobraz staje się nieco bardziej zielony. Pojawiaja się wytęsknione baobaby oraz charakterystyczne palmy makalani. To właśnie z orzechów tych palm robione sa popularne breloczki sprzedawane na stoiskach z pamiątkami. Po drodze coraz częściej napotykamy wioski Himba: charakterystyczne okragłe chatki otoczone ogrodzeniem z suchych gałęzi. Często spotykamy również panie w ich charakterystycznych pomarańczowych „strojach”. Co chwilę musimy zwalniać aby ustapić pierwszeństwa stadom owiec lub kóz, którymi zwykle opiekują się dzieci. Niekiedy pojawia się coś na kształt bardziej nowoczesnej wioski z kilkoma chatami z blachy i małym sklepikiem, wokół którego siedzi pare osób. Czasem do nas machają, czasem nie; siedzą w cieniu przeczekując największy skwar. Atmosfera jest senna i czas jakby wolniej płynie.

Wokół Epupa, małej miejscowości nad graniczną rzeką Kunene, która właśnie tutaj tworzy malownicze wodospady jest sporo rozrzuconych wśród rzadkich drzew wiosek, w których naprawdę miekszją ludzie z plemienia Himba. Na campingu, w którym zatrzymamy się dwie noce rozpuszczamy wici, że chcielibyśmy odwiedzić jedną z nich. Po kilku godzinach w barze tuż nad wodospadem znajduje nas pan przedstawiający się jako KK. Pomimo imienia przybranego na potrzeby kontaktu z turystami z dumą odsłania dolną wargę i prezentuje brak dolnego przedniego uzębienia uwiarygadniając tym samym swoje pochodzenie z plemienia Himba. Szybko osiągamy porozumienie co do ceny: jutro rano zabierzemy pana KK, który zorganizuje za otrzymaną zaliczkę produkty, które zawieziemy do wioski. Mamy nadzieję zweryfikować to co usłyszeliśmy wcześniej w wiosce kulturowej pod Opuwo.
KK czeka już na nas z workiem ryżu, potężną butlą oleju i cukrem. Tak widocznie oszacował zapotrzebowanie wioski chociaż kwota zaliczki jakoś nie spina się z tym co kupił. Droga zajmuje około 30 minut. Po drodze między drzewami mijamy kilka małych wiosek. KK kieruje się zasadą rotacyjności: wozi turystów do róznych wiosek aby każdej dać nieco zarobić oraz żeby ograniczyć znudzenie mieszkańców ciagle pojawiającymi się gośćmi. Pomimo tego, że region Epupa jest zdecydowanie rzadziej odwiedzany niż inne regiony bo jednak dotarcie tutaj wymaga pewnego wysiłku, to mimo wszystko chętnych do odwiedzania tutejszych Himba jest sporo. Trochę można się zastanawiać czy to nie wpływa jednak na codzienne życie tej lokalnej społeczności. Pewie tak.

Jadąc mamy okazję popytac KK o tutejsze zwyczaje. Brak dolnego uzębienia ciągle nas intryguje. KK potwierdza, że jeżeli zapada decyzja, że dziecko zostaje w wiosce i nie zamierza iść do szkoły to niestety na znak tożsamości z grupą i kontynuacji tradycji zostanie pozbawiona przednich dolnych jedynek i często dwójek. Podobnie jak proste i trudne jest życie Himba tak i sam zabieg jest prosty i bolesny. Chwila nieuwagi i kilka rąk przytrzymuje kilkuletnią dziewczynkę na ziemi a kawałek płaskiego drewna i kamień szybko robią swoje. Pozostaje tylko miec nadzieję, że nie będzie żadnych komplikacji.
„Dlaczego jak dziecko zdecyduje się na pójście do szkoły to zachowuje swoje zęby?” – dopytujemy. „Bo wtedy łatwiej jest się nauczyć czytać i mówić” – odpowiada KK swoim charakterystycznym lekko świszcząco-sepleniącym angielskim potwierdzając tym samym znaczenie kompletnego uzębienia w edukacji.
Przed „naszą” wioską widzimy zaparkowany samochód. KK jest mocno zdziwiony; chociaż to nieczęste to jednak ktoś przyjechał w odwiedziny bez przewodnika. Rzednie mina KK – z jakiegoś powodu bardzo mu zależało właśnie na tej wiosce. Nie ma wyjścia jedziemy do innej.
Wioski to de facto gospodarstwa rodzinne na czele, których stoi pan Himba. W osobnych chatach mieszkają jego żony – jeżeli może sobie na to pozwolic to nawet trzy. O bogactwie i pozycji decyduje ilość bydła natomiast największą codzienną wartość „użytkową” mają mniejsze zwierzęta jak kozy czy owce. Zwierzęta trzyma się w centralnie umieszczonej zagrodzie tzw. kraalu i poza świętym ogniem jest to najważniejszy punkt wioski. Kraal i zwierzęta widać z każdego miejsca. Jest jeszcze dodatkowa mała zagródka – to przedszkole dla małych kózek.

W wiosce zdecydowanie królują kobiety i dzieci. Poza paroma małymi chłopcami jedynym przedstawicielem płci męskiej jest wódz, czyli mąż i tata. Tata przynajmniej wiekszości biegających wokół dzieci. KK potwierdza to co nasuwało nam się wczesniej jak czytalismy o społeczności Himba. Blisko połowa dzieci pochodzi z nieprawego posłania. Pan Himba może mieć parę żon. Pani Himba tylko jednego męża. Jeżeli będzie pierwszą żoną to męża wybierze jej rodzina. Zawsze małżeństwo z pierwszą żoną jest aranżowane, z nastepnymi już niekoniecznie. Pan Himba w porze suchej rusza ze swoim stadem w poszukiwaniu pastwisk a pani Himba zostaje na długi czas bez niego w wiosce. Różne sytuacje się zdarzają i w konsekwencji dzieci przybywa. KK podaje przykład świadczący o, w jego mniemaniu, słynnej gościnności i otwartości Himba: „Jak odwiedza nas czasami mój kuzyn to zapraszam go, żeby spał z moją żoną”.
Jak podają badania panowie Himba są dość świadomi, które dzieci sa ich, a które nie – ponad 70% ich szacunków co do biologicznego ojcostwa pokrywa się z prawdą. Społeczność oczekuje, że dzieci żony muszą byc traktowane jako własne również przez jej męża. Panuje głebokie przekonanie, że nierówne traktowanie nie swoich dzieci jest naganne. Te same badania potwierdzają jednak, że pomimo deklarowania przez panów Himba, że tak właśnie jest to jednak ich faktyczne zachowania nieco temu przeczą, i że jednak „koszula bliższa ciału”. Zwłaszcza jest to wyraźniejsze w stosunku do nie swoich synów, którzy na przykład znacznie częściej odsyłani są na wychowanie do rodziny żony.
Jakiegoś elementu rachunku ekonomicznego można się w takim zachowaniu dopatrywać mając na uwadze, że w społeczności Himba to kobiety – już nawet bardzo młode – biorą na siebie główny ciężar pracy w gospodarstwie. I tak, już młoda dziewczynka może brać czynny udział w codziennych pracach jak chociażby czasochłonne zdobywanie i przynoszenie wody czy praca przy zwierzętach. W chłopca trzeba „zainwestować” znacznie więcej czasu zanim stanie się „praktycznie” przydatny dla społeczności.

Na początku niełatwo było przełamac lody z mieszkankami wioski. Poznane wcześniej powitanie – moro! – nie zapewniało wystarczająco efektywnej komunikacji. Obie strony jednak robiły co mogły a biegające wokół dzieci szybko rozładowywały atmosferę. Była okazja do wspólnych zdjęć, które z czasem przerodziły się w obopólną zabawę. Kilka dziewczyn z małymi dziećmi w chustkach przyczepionych na plecach zaczęły śpiewać i tańczyć do rytmu wybijanego dłońmi. Inne zaczęły zajmować się swoimi sprawami: otworzono kraal i dwie panie ruszyły ze stadem w kierunku wyjścia, ktoś inny gotował coś na kształt owsianki w kociołku na małym ognisku przed chatą, grupka dzieci bawiła się z małą kózką ciągnąc ją niemiłosiernie za nogi.

Czas mija szybko, trzeba kończyć wizytę. Skoro jedziemy do Epupa to zabieramy ze soba jedną z mieszkanek wioski. To młoda mama dwutygodniowego niemowlaka, która musi dostać się do miejscowej placówki medycznej. Jako jedyna w wiosce ma głowę okrytą chustką. Tłumaczy, że akurat jest w trakcie zmiany fryzury, co przecież tutaj jest skomplikowanym procesem powtarzanym mniej więcej raz na dwa miesiące. W tym momencie jej włosy nie nadają się do pokazania w co wierzymy patrząc na małego i absorbującego brzdąca zawiniętego w chustę. Wszyscy razem ruszamy z powrotem do Epupa a w wiosce życie wraca do normy.


3 uwagi do wpisu “Namibia | Kaokoland i wioski Himba”