Filipiny | Spotkanie z wyrakami na wyspie Bohol

Niebo nad Boholem swoim granatowym kolorem nie zachęca do wizyty. Do tego lekka mżawka. Oczekiwania błękitnego nieba znanego z wakacyjnych folderów pryskają w oka mgnieniu. Nad Filipinami przechodzi szósty już tajfun, częstotliwość raczej niespotykana w listopadzie. Sześć huraganów w ciagu dziesięciu dni. Na szczęście idą prognozowaną trajektorią na oceanie wzdłuż północno-wschodniej granicy Filipin. Mijają północny Luzon i albo zawracają w kierunku Wietnamu albo mkną w stronę Tajwanu. Pomimo tego, że kolejny tajfun mija Bohol w znacznej odległości to jednak na piękną pogodę nie ma co liczyć. Przynajmniej nie dzisiaj bo tutaj wszystko zmienia się dość szybko i nie ma co się zbytnio przyzwyczajać.

Bohol jest jedną z ważniejszych wysp centralnej cześci regionu Visayas. Pomimo powierzchni poniżej 5tys. km2 wyspa jest dziesiątą pod względem wielkości na Filipinach. Jej centralne położenie sprawia, że stosunkowo rzadko znajduje się na ścieżce tajfunów.

Częste samoloty lądują na sąsiedniej wysepce Panglao. Połączona jest ona samochodowym mostem bezpośrednio ze stolicą Boholu Tagbilaranem. Na Panglao znajduje się także najbardziej rozwinięta infrastruktura turystyczna napędzana pięknymi piaszczystymi plażami i pewnie bliskością międzynarodowego lotniska. Najsłynniejsza z plaż to Alona Beach. Roi się tutaj od knajpek leżących bezpośrednio przy samej plaży w sam raz na wieczorną kolację. Zakaz wjazdu dla skuterów i tym bardziej samochodów gwarantuje, że spacerując wzdłuż plaży(w tłumie jednak) nikt nie wpadnie pod koła.

W południe ruch na drogach zamiera. Słońce praży a jedyny wiatr to ten wywoływany przez skuter. Sennie, jakby bezludnie. Sytuacja zmienia się diametralnie wraz z zachodem słońca. Nagle wszędzie pojawiają się tuk-tuki – takie bardziej w stylu indyjskim niż trycykle znane z innych miejsc Filipin. I skutery. A na nich ogorzałe od alkoholu i kipiące energią twarze turystów. Rozpoczyna się walka o jakiekolwiek miejsce do zaparkowania. W tym wszystkim jeszcze przeciskają się busiki i ciężarówki. Zaskakujące, ale jak na takie zagęszczenie ludzi i pojazdów stosunkowo mało jest walenia w klaksony. Można by rzec: cisza.

Grupa turystów dociera do położonego bezpośrednio przy Dumaluan Beach hotelu. Jest tutaj zdecydowanie bardziej kameralnie, z dala od tłumu. Plaża ładna chociaż, żeby popływać trzeba kilkadziesiąt metrów odejść od brzegu. W czasie odpływu jeszcze dalej. Na szczęście hotel ma basen. Nie za duży ale wystarczający aby nie ulegać pokusie pływania w morzu między jeżowcami.

Panglao to mała wysepka. Bohol przy niej to już konkretny kawał lądu. Lądu, który skrywa sporo ciekawych miejsc. Bohol ma też swoje niezaprzeczalnie rozpoznawalne symbole. Właśnie ta wyspa jest domem małego futrzaka z wyłupiastymi oczami. To wyrak filipiński vel tarsier. W centrum wyspy, z kolei jest kilkaset wapiennych kopulastych wzgórz o słodkiej nazwie Chocolate Hills. Płynąca przez wyspę Loboc River zachęca do rejsów na pokładzie barek zamienionych w pływające restauracje.

Turyści budzą się rano. Ruszają na parking gdzie już czeka na nich zamówiony dzień wcześniej samochód z wypożyczalni. Formalności są krótkie, 1600PHP przechodzi do rąk przedstawiciela wypożyczalni.

Do najbliższego celu jest niespełna 30km, czyli mniej niż godzina jazdy. Turyści pędzą na spotkanie z najmniejszym ssakiem naczelnym czyli wyrakiem filipińskim. W grupie coraz częściej mówi się o bliskim spotkaniu z małą małpką. Owszem, wyrak jest ssakiem i to naczelnym. Podobnie jak przedstawiciele małpiego świata oraz sami turyści jest nawet przedstawicielem ssaków naczelnych wyższych. I w tym miejscu światy małp, człekokształtnych turystów i wyraków zaczynają się rozdzielać na małpokształtne, człekokształtne i wyrakokształtne. Podsumowując: wyrak nie jest małpką.

Gatunkiem żyjącym na Boholu jest Carlito syrichta fraterculus. Ten podgatunek występuję tylko tutaj. Grupa turystów jadąca już od ponad pół godziny filipińskimi drogami z prędkością niekiedy tylko zbliżającą się do 50km/h przywiązuje małą wagę do całej tej systematyki. Jadą zobaczyć malutką – 15cm bez ogona – “małpkę”. A przede wszystkim jej wielkie oczy. Wyrak po prostu ma wielgachne i wyłupiaste oczęta. Biorąc pod uwagę wielkość oczu w stosunku do masy ciała (zwierz waży 150g) ma on największe oczy ze wszystkim ssaków. Wielkość jednego oka (ok 1.5cm średnicy) jest większa od jego mózgu. Zgłębiając dalszą specyfikację wyraka filipińskiego grupa turystów odkrywa kolejne osobliwości. Ten mięsożerny z punktu widzenia pająka drapieżca potrafi jednym skokiem pokonać nawet 6m. “Hm, 15-centymetrowy futrzak skacze na 6 metrów. To tak jakby ktoś o wzroście 175cm skoczył na odległość 70m…” – powiedziała w zamyśleniu jedna z turystek. “15cm bez ogona” – zaoponował jej kolega. “A ogon to on ma na 25cm długi”. Po ponownych rekalkulacjach i wyszukiwaniu bardziej skomplikowanych analogii wyszło, że nawet z ogonem zwierz skacze na imponującą odległość. Grupa również okazała się zgodna w zachwycie nad motoryką głowy zwierzaka. Pomimo tego, że ślepia ma nieruchome wyrak kręci głową o 180 stopni w każdym kierunku co daje mu pełen zakres 360 stopni bez ruszania się z miejsca.

Po niecałej godzinie grupa w końcu dociera do miejscowości Corella gdzie znajduje się Philippine Tarsier Sanctuary. Ośrodek stosunkowo mały ale też i nie oblegany przez turystów. Po krótkim filmowym instruktażu grupa udaje się z przewodnikiem w pobliskie krzaki. Przewodnik nakazuje ciszę. Okazuje się, że tarsiery są bardzo strachliwe, nieśmiałe i wrażliwe na stres. Do tego, jako zwierzęta toczące nocny tryb życia w tej chwili sobie podsypiają. Grupa szanuje spokój wyraków i w ciszy idzie na paluszkach za przewodnikiem w spoconych rękach dzierżąc gotowe do pstrykania aparaty.

Spotkanie z pierwszym przedstawicielem wyrakokształtnych jest niesamowite. Przewodnik przystaje i szeptem wskazuje na oddalone o 2 metry miejsce na krzaczku. Tam pod liściem siedzi na patyku mała futrzata kulka i zaciskając swoje długie paluchy a la E.T. na gałązce wytrzeszcza olbrzymie oczy na grupę oniemiałych turystów. Patrząc w te wyłupiaste oczy nikomu na szczęście nie przychodzi do głowy aby robić zdjęcia z flash’em. Grupa idzie dalej zatrzymując się jeszcze ze trzy razy aby popatrzeć na wyraki w różnych stanach uśpieniach. Po 15 minutach, może szybciej wizyta skończona.

Już siedząc w samochodzie grupa turystów nadal przeżywa swoje spotkanie z wyrakami. Pojawia się lekki niedosyt. Jechali na Bohol przede wszystkim dla tego małpiszona a to już koniec? Przygotowując się wcześniej do wizyty czytali, że Philippine Tarsier Sanctuary faktycznie nastawione jest na ochronę i “odbudowę” populacji wyraków i mniejszą wagę przywiązuje do ściągania turystów. Faktycznie, grupa turystów takie wrażenie odniosła: mały ośrodek, mało ludzi ale i brak wszechobecnych w takich miejscach sklepików z pamiątkami i innych okazji do wyciągania pieniędzy od odwiedzających. Przewodnicy z kolei niestrudzenie demonstrujący swoje zaangażowanie z uśmiechem i nieskrywaną sympatią dla pokazywanych zwierzaków.

Chcąc nie chcąc grupa odpala swojego białego Suzuki i rusza dalej. Kolejnym punktem mają być Chocolate Hills lecz to dość daleko. “A co z lunchem na rzece?” – dopytuje zaniepokojona jedna z turystek. Po powrocie ze wzgórz może być już za późno. Po chwili milczenia pada propozycja: Bohol Tarsier Conservation Area. Niecałe 30km stąd. Problem, że to miejsce grupa spisała na straty już na samym początku czytając dość niepochlebne opinie, że komercja, że tłumy, że nie dbają o zwierzaki i że to taka typowa turystyczna atrakcja. “A my to niby kto? Nie turyści?” – powiedział ten od ogona. Grupa odetchnęła z ulgą – ruszają zaspokoić niedosyt po krótkim obcowaniu z wyrakami.

Parę kilometrów przed punktem docelowym białe Suzuki przejeżdża przez kolejną promowaną atrakcję Boholu czyli Bilar Man-Made Forest. Nic innego jak las. Co prawda las mahoniowy ale jednak po prostu las, przez który przebiega droga. A na tej drodze co chwilę stoi samochód a wokół niego wysypują się grupki ludzi (zaskakujące jak dużo przyjeżdża tutaj Koreańczyków) aby zrobić sobie selfie lub pozowane zdjęcie grupowe na środku asfaltu. W tle mahoniowy las i hamujące z piskiem opon samochody. Suzuki ma dobre hamulce a grupa turystów w środku całkiem rozbudowany słownik wulgaryzmów dzięki czemu udaje się przejechać słynny las bez szwanku.

Dojeżdżają do parkingu przy Bohol Tarsier Conservation Area. Ten od ogona jeszcze złorzeczy na Koreańczyków z asfaltu w mahoniowym lesie i w ostatnim momencie zauważa parkingowego, który ruchem chorągiewki wskazuje miejsce na parkingu. Kolejne sanktuarium wyraków wciąga grupę z białego Suzuki w swoje szpony osławionej komercji. Grupa sapie ze zdziwienia – tłumy są niemożebne. Parking pęka w szwach i osoba parkingowego z chorągiewką nagle znajduje uzasadnienie.

Grupa rusza ku kasom. Potem dołącza do co chwila ruszających grup, które wypuszczane są same, bez przewodników na ścieżki prowadzące w niski las. Gdzieniegdzie stoją pracownicy w żółtych koszulkach. Stoją w miejscach gdzie są wyraki i usłużnie pokazują zwierzęta. Są pomocni, jak trzeba zrobią pozowane zdjęcie z wyrakiem. Ludzi sporo. Wszyscy rozmawiają, przepychają się, robią zdjęcia. Grupa turystów odnosi wrażenie, że same wyraki już zobojętniały na ten harmider. Siedzą sobie pod liśćmi i drzemią z wpółprzymkniętymi oczami. Niskie barierki w miarę skutecznie trzymają “gości” na dystans. Do czasu kiedy jakiś Rosjanin wyciąga telefon na kiju do selfie i robi zdjęcie wyrakowi parę centymetrów przed nosem. Na szczęście ludzie wokół interweniują więc z ociąganiem zabiera swój kij z telefonem a w nim zdjęcie przerażonego zwierzaka. Szkoda tylko, że akurat z obsługi nikt tutaj nie pilnuje porządku. Faktycznie, w opiniach o tym ośrodku jest sporo prawdy. Wyraki to atrakcja mająca przyciągnąć jak najwięcej odwiedzających, którzy wychodząc przejdą przez sklep z pamiątkami jak nakazują wzorce zaczerpnięte wprost z egipskich muzeów.

Grupa turystów umęczona tłumem i hałasem opuszcza “sanktuarium” i żegna się z wyrakami trzymając w rekach zakupiony w sklepie z pamiątkami patyk do drapania się po plecach z napisem “Bohol”. Parkingowy z chorągiewką pomaga wydostać się z zastawionego samochodami parkingu. Ruszają w drogę powrotną na przystań statków-restauracji na rzece Loboc. Wszak zbliża się pora na małe co nieco a ostatnie wejście na statek jest o godzinie 15.

Barki-restauracje to dopiero jest przemysł. Wjazd na parking, bilet z numerem do ręki. Z biletem do głównego budynku (ni to dworzec, ni to terminal), tam szybki check-in i przydział do statku na podstawie biletu z parkingu. Jeszcze kasa i grupa turystów z biletem w ręce rusza do gate’u numer 7. Bilet ma numer stolika, pan przy trapie sprawdza bilet, wskazuje stolik. Grupa siada przy stoliku. Rozgląda się chwilę i wstaje. Czas ruszyć do bufetu, przy którym już formuje się całkiem spora kolejka. Jedni jedzą, jedni stoją w kolejce a po trapie wchodzą kolejni goście. Po piętnastu minutach trap w górę i barka odbija od brzegu. W tym momencie grupa jak zwykle muzykalnych Filipińczyków zaczyna umilać rejs śpiewem i muzyką zagłuszając siorbanie i mlaskanie gości. Po około 30 minutach pierwsze grupy rozsiadają się wygodniej przy stołach mową ciała wyraźnie demonstrując ukończenie konsumpcji i raczej znaczny poziom samozadowolenia. Jedzenie na barce naprawdę jest dobre i urozmaicone. Zaczyna się leniwe kontemplowanie rzecznych widoków. Rejs jest typową atrakcją turystyczną organizowaną na dużą skalę. Ale jest to bardzo miła atrakcja pozwalająca na leniwe rozkoszowanie się godzinnym lunchem w fantastycznej scenerii i bezsprzecznie ma swój urok. Grupa turystów jest zachwycona i powoli popada w rozleniwienie.

Kolejny punkt boholowej wycieczki to oczywiście Chocolate Hills. Droga z przystani statków nad Loboc River ta sama co do wyrakowego “sanktuarium” a po drodze mahoniowy las z turystami fotografującymi się na środku drogi. Szybki rzut oka na mapę: przecież na Loboc River miały być wiszące mosty zrobione z bambusa. Ten, dość znany, w Tigbao akurat jest niedostępny, trwają jakieś prace budowlane. Grupa decyduje się skręcić w lewo zgodnie z drogowskazem na Sevillę. Nadłożą co prawda kilkanaście minut jazdy ale wrócą na główną drogę w miejscowości Bilar. Omijając jednocześnie mahoniowy las oraz wyrakowe zoo. W Sevilli są dwa wiszące – dość wysoko nad rzeką mosty. W całości wykonane z bambusowych “desek”. Ich podwieszana konstrukcja sprawia, że idąc po nich czujemy się jak na huśtawce. Do tego bambus trzeszczy okrutnie przy każdym kroku. Atrakcja jest płatna (symbolicznie). Wchodzi się na jeden most, przechodzi na drugi brzeg gdzie jest parę straganów z pamiątkami i wraca się drugim mostem. Miły przerywnik w drodze a do tego czysta toaleta.

Chocolate Hills to kilkaset pagórków o wysokości ponad sto metrów tworzących charakterystyczny krajobraz. Skąd ta nazwa? Nie ma nic wspólnego z czekoladą. Wzgórza porastają wysokie trawy, które pod koniec pory suchej brązowieją nadając pagórkom charakterystyczny wygląd.

Grupie turystów nie dane jest jednak podziwianie jesiennych brązów. Listopad to czas kiedy wzgórza są zielone, co wcale nie ujmuje im uroku. Oficjalnym punktem widokowym jest uzbrojony w kilkaset schodów Chocolate Hills Natural Monument. W grupie turystów odzywa się jednak zew odkrywcy i jakby pewna niechęć do obcowania z kolejnym miejscem wypełnionym autokarami i sprzedawcami pamiątek. Białe Suzuki z piskiem opon skręca z głównej drogi w prawo niecały kilometr przed oficjalnym punktem widokowym. Po około 2km auto staje na poboczu. Grupa widzi w oddali pagórek, na którym w GoogleMaps ktoś oznaczył punkt widokowy. Od drogi przez pole, na którym pasie się spokojnie carabao, prowadzi wąska ścieżka. Turyści ruszają. Teren jest nieco mokrawy, trawiasty. Ktoś wspomni czasem o wężu. Dochodząc do podstawy wzgórza ścieżka rusza ostro w górę. Błoto i kamienie to gotowa recepta na poślizg. Ktoś przezornie zastanawia się jak będzie się po tym schodziło. Wejście na wierzchołek pagórka zajmuje niecałe dziesięć minut. Rzeczywiście, jest porośnięty trawami sięgającymi ponad pas. Z góry roztacza się widok na pobliskie wzgórza, niemal idealnie okrągłe. W oddali widać dziesiątki innych podobnych pagórków. W grupie narasta zadowolenie i rozpoczyna się sesja fotograficzna tym bardziej, że za niecałe pół godziny słońce będzie już zachodzić. Czas myśleć o powrocie do bazy na Panglao.

Kolejne dni schodzą na lenistwie. Suzuki zamienia się na skutery, które tutaj są idealne do bliskich wypadów. W okolicy sporo jest knajpek gdzie można wypaść na lunch co staje się przyjemnym przerywnikiem w trudnej sztuce leżakowania na plaży pod palemką. Zwykle hotele dbają o to aby palmy nie były zagrożeniem dla gości. Przyjęcie na siebie spadającego z wysokiej palmy kokosa gwarantuje koniec wakacji. Niekiedy dojrzewające kokosy otaczane są siatką lub po prostu kokosy są zbierane.

Samo Panglao nie ma zbyt wiele do zaoferowania na samym lądzie. W północnej części wyspy znajduje się Napaling Reef i skupione wokół niej centra nurkowe. Owszem, masówka nastawiona na maksymalny przerób ludzi ale również jest to miejsce gdzie z brzegu mamy dostęp do fantastycznej rafy koralowej. Jest to obszar objęty ochroną. Najpierw należy uiścić zwyczajową opłatę klimatyczną ok. 100PHP na rzecz prawdopodobnie lokalnej gminy. Z takim kwitem trzeba udać się do centrum nurkowego i jednocześnie jedynego wejścia do morza. Wejście to również 100PHP i tyle samo za wynajęcie przewodnika co w tym miejscu jest obligatoryjne. Do wyboru 45 minutowe snorkowanie lub 15 minutowe nurkowanie z butlą. Dodatkowy koszt tego ostatniego to około 2000PHP. Teoretycznie powinno się mieć uprawnienia do nurkowania. Okazuje się jednak, że obsługa jest otwarta – 500PHP więcej i możemy się zanurzyć bez uprawnień. Brak licencji przy sobie również nie jest problemem, obsługa wierzy na słowo.

Do wody schodzi się kulturalnie po schodkach. Tutaj mniej więcej do 20 metrów od brzegu jest szelf o głębokości nie wiele większej niż 2 metry. Dalej zaczyna się pionowy uskok. Snorkujący pływają za swoim przewodnikiem na granicy uskoku. Tutaj też wiele się dzieje, rafa jest kolorowa i w całkiem dobrej kondycji. Można zaobserwować ciekawe techniki wspomagania klientów przez przewodników. Przypomnijmy, brak uprawnień do nurkowania nie jest przeszkodą, brak umiejętności pływania nie jest również barierą dla tych, którzy chcą pływać jedynie z rurką. Dostają kapoki. Żeby się nie męczyli – w niektóre miejsca należy popłynąć z 200 metrów – przewodnik daje im koło ratunkowe i ciągnie je za sobą. Do takiego koła doczepionych jest 3-4 delikwentów w kapokach, którzy z zanurzoną głową swobodnie dryfując oglądają podwodny świat.

Jak natomiast radzą sobie nurkujący z butlą? Częstym obrazkiem jest miotający się przewodnik, chciałoby się rzec wykrzykujący coś pod wodą. Stara się zwrócić uwagę swojego klienta i przywołać go do siebie. Tamten zajęty jest akurat podziwianiem koralowca na głębokości 2 metrów. Inna zaobserwowana technika to znany z transportu lądowego piggy-back. Turysta leży na plecach przewodnika kurczowo trzymając się zaworu jego butli. Nawet nie musi machać płetwami; i tak sobie płyną.

Chociaż akwen jest spory to tłok jest znaczny. Tym bardziej, że przewodnicy kierują swoje grupki do miejsc gdzie coś się dzieje. Punktem kulminacyjnym jest głębina około 200 metrów od wejścia, którą upodobały sobie sardynki. Miejsce niesamowite gdzie tysiące małych srebrzystych rybek pływa w ławicach co chwila zmieniając kształt i kierunek. Tutaj również jest ławica nurkujących i nierzadko można się zderzyć z grupkami pływającymi we wszystkich kierunkach lub zaliczyć kontakt z nurkiem wynurzającym się z głębiny.

Pomimo tego, że miejsce jest fantastyczne umożliwiające dostęp do rafy z brzegu to jednak ma się wrażenie, że bezpieczeństwo nie jest tutaj priorytetem. Przy takim nagromadzeniu ludzi i pędzie przewodników do pokazania swoim klientom najciekawszych miejsc sporo jednak może się wydarzyć.

4 thoughts on “Filipiny | Spotkanie z wyrakami na wyspie Bohol

  1. Rewelacyjne relacje, z dużą dozą informacji, napisane z duzym poczuciem humoru i ironią! Uśmiałam się 🙂

    Like

Leave a reply to Anonymous Cancel reply