Jest godzina siódma wieczorem. Teren hotelu wypełniają dźwięki przywodzące na myśl czas zbliżającej się kolacji: pobrzękiwanie talerzy, szmer głosów i odgłosy krzątaniny. Grupa „wybrańców” spotyka się w holu recepcji. Kilkanaście osób, których zróżnicowany strój świadczy, że nie każdy ma takie samo wyobrażenie o tym co będzie robić. Jakaś para w klapkach siedzi na fotelu skupiona głównie na sobie. Czterososobowa grupka w ciężkich trekingowych butach poci się niemiłosiernie w swoich przeciwdeszczowych kurtkach. Widocznie wzięli sobie do serca zapewnienia jednego z lokalesów w San Jose, że jeżeli w Tortuguero nie pada to znaczy, że „nie jesteście jeszcze w Tortuguero”. A byli w samym sercu parku narodowego Tortuguero i deszczu ani kropelki. Jeszcze jest paru Azjatów skupionych na tym co można wyczytać ze smartfonów, dwójka starszych osób spokojnie delektujących się serwowaną w lobby herbatą. I wreszcie On. Niczym Indiana Jones energicznym krokiem wchodzi do środka, milcząc taksuje wszystkich wzrokiem, marszczy brew. Na szczęście nie ma skórzanego bicza a na głowie zamiast kapelusza piracko zawiązana chustka. Ikoniczny obraz twardziela psują nieco potężne gumowce z zadartymi czubami ale zielona wojskowa kurtka tchnie za to pełnym terenowym profesjonalizmem. Tubalnym głosem pozdrawia wszystkich, będzie naszym przewodnikiem na nocnym wypadzie do dżungli.
Night walk będzie odbywać się na prywatnym terenie poza hotelem. Musimy tam dopłynąć łodzią. Piętnaście minut po czarnej jak smoła rzece w kilkunastoosobowej motorówce jest pewnym przeżyciem. Przewodnik trzyma jednak słowa otuchy na później chichocząc sobie w najlepsze ze sternikiem.
Schodzimy z łódki drewnianym pomostem i rozpoczyna się przygoda. Indiana Jones przeprowadza instruktaż: mamy iść gęsiego, trzymać ręce przy sobie i niczego – na przykład poręczy – nie dotykać a jak zobaczymy węża to dać mu znać. O rzesz! mieliśmy oglądać kolorowe żaby a nie uważać na żmije! – przebiega nagła myśl pod czaszką okrytą kapeluszem. A do tego naprawdę jest ciemno. O ile rzeka wydawała się czarna jak smoła to tutaj wśród drzew jest ciemno jak w …, no właśnie. Ale nie ma podstaw aby się lękać – On niczym Zeus rozdaje nam świetliste promienie zamknięte w poręcznych latarkach. Las rozbłyska jasnymi smugami światła kiedy każdy z nas świeci jak oszalały po otaczających nas wielgachnych drzewach.
A drzewa są faktycznie wielkie. Jesteśmy w lesie deszczowym. Kiedyś jeden z przewodników próbował nam wyjaśnić różnicę miedzy dżunglą a takim deszczowym lasem ale potocznie rzecz ujmując oba terminy oznaczają kupę roślin. W lesie deszczowym mamy wyraźne piętra roślinne z potężnymi wysokimi drzewami, poniżej których rozciąga się gęsta zwarta warstwa koron drzew tzw. canopy. A poniżej mniejsze drzewa, krzaki i ciemność bo za dużo światła tutaj nie dociera więc każda roślina walczy o nie jak może, na przykład do przesady rozbudowując swoje liście lub pnąc się do góry po pniu sąsiada. A wśród tego wszystkiego my wypatrujący żab w świetle latarek.
I rzeczywiście. O ile w ciągu dnia odnalezienie na przykład ślicznej małej żabki z czerwonymi oczami graniczy z cudem bo biedaczka śpiąc pod liściem zlewa się z nim kolorem, o tyle teraz światło latarki co rusz wychwytuje jakiegoś płaza.
Najpierw jednak pojawiają się one — małe, jaskrawe, jakby ktoś rozsypał po lesie krople emalii. Blue jeans frogs, czyli jedna z najbardziej rozpoznawalnych żabek Kostaryki: czerwony tułów, granatowe jak jeansy nogi, wszystko zamknięte w ciele wielkości paznokcia. Ten gatunek osiąga zwykle zaledwie około 20 milimetrów długości, ale nadrabia kolorem. I nie tylko. Skóra żaby zawiera alkaloidowe toksyny gromadzone z diety złożonej głównie z mrówek i roztoczy, a kontrastowe barwy są dla drapieżników sygnałem ostrzegawczym: „łapy i pyski precz!”.

Przewodnik podświetla jednego osobnika tak ostrożnie, jakby bał się spłoszyć samą ideę tropikalnej żaby. I słusznie. Bo choć to właśnie od takich kolorowych stworów wzięła się popularna angielska nazwa poison dart frogs, to Oophaga pumilio nie należy do tych kilku gatunków, które rzeczywiście są dobrze udokumentowane jako używane do zatruwania strzałek czy dmuchawek. Tę ponurą sławę zdobyły przede wszystkim niektóre kolumbijskie gatunki. Blue jeans frog jest więc trująca, ale nie jest klasyczną „żabą od zatrutych strzał”. Przewodnik jednak z przekonaniem opowiada nam historyjke o tym jak to trzeba podgrzewać żabę nad ogniem aby ta się spociła umozliwiając umazanie końcówki strzały.
To również nie ten płaz, z którym wiąże się popularny mit o „lizaniu dla odlotu”. Tamta legenda dotyczy zupełnie innych ropuch z Ameryki Północnej, których wydzielina zawiera związki psychoaktywne. W przypadku blue jeans czuły kontakt z jej skórą byłby raczej skrajnie głupim pomysłem niż drogą do objawienia. Najrozsądniej zrobić to, co każe zdrowy rozsądek: patrzeć i nie dotykać.
Na skraju błotnistego zagłębienia siedzi wielka, ciężka żaba, której nie sposób pomylić z tymi drobnymi kolorowymi trującymi żabkami sprzed chwili. Przewodnik nazywa ją bullfrogiem. To jeden z największych żabich mieszkańców regionu; dorosłe osobniki mogą osiągać nawet około 15 centymetrów długości. W świetle latarki wygląda jak stwór z innej epoki: szeroki łeb, masywne ciało, kolor ziemi i mokrych liści. Nie ma w niej nic z ostentacyjnej urody blue jeans. Nie potrzebuje czerwieni ani błękitu. Jej obroną jest rozmiar, siła i doskonały kamuflaż.

A przede wszystkim — bezruch. To właśnie on robi największe wrażenie. Żaba nie ucieka, nie odskakuje, nie zdradza najmniejszego zamiaru, by uznać naszą obecność za coś wartego komentarza. Siedzi tak nieruchomo, że po chwili zaczyna wyglądać bardziej jak część krajobrazu niż żywe zwierzę. Jak grudka mokrej ziemi, jak bryła liści sklejonch deszczem. W lesie deszczowym ruch zwraca uwagę, bezruch pozwala zniknąć. Przy takim ubarwieniu i takiej sylwetce wystarczy nie drgnąć, by stać się niemal niewidzialną na tle błota, ściółki i ciemnych korzeni. Jej ziemiste, brązowe lub brunatne kolory właśnie temu służą — stapianiu się z dnem lasu, wśród którego zwykle żeruje i gdzie za dnia ukrywa się pod liśćmi, kłodami albo w norach.
Obok, uczepiony kawałka trawy odpoczywa sobie ciemny motyl. Wyraźnie śpi bo akurat ten osobnik jest aktywny w ciagu dnia. Jak na nasze standardy motyli ten jest całkiem pokaźny. Dodatkowo z daleko jego wielkie niebieskawe oko wymalowane na skrzydle o fakturze kociej sierści faktycznie przypomina wytrzeszczone oko drapieżnika i stanowi bardzo skuteczną ochronę.

Ruszamy dalej. Po chwili wchodzimy na betonową ścieżkę, która de facto jest rodzajem niewysokiego pomostu. Rejon Tortuguero to teren podmokły. Gęsty las i krzaczory to jedno a bagno pod nogami to zbyt dużo atrakcji. Wdzięcznośc z powodu zabrania nas w ten bardziej ucywilizowany fragment lasu zalewa nasze serca niczym tamponada. Zwłaszcza cieszy się para w klapkach. Przypomina nam się nie tak dawny „jungle walk” w rejonie rzeki Kinabatangan na Borneo. Pomimo tego, że wtedy spacerowaliśmy w ciągu dnia to doznania terenowe były zgoła inne. Pomimo tego, że dostalismy gustowne żółte kaloszki sięgające kolan to i tak przechodząc przez liczne mokradła woda nalewała nam się do środka. Na poczatku śmialismy się, że mamy wziąć ze sobą długie i masywne drewniane kije. Gdy nie takie podparcie nie raz wylądowalibyśmy w błocie.
Ale tutaj to inna bajka, idziemy kuturalnie bezpieczną betonową ścieżką i uważamy aby z niej nie spaść w bagno. Paietamy słowa przewodnika aby nieczego nie dotykać. Aż tu nagle czyjś krzyk, z którego jednak wyraźnie pobrzmiewa nuta ekscytacji. Toż to nasz przewodnik! Z przejęciem macha do nas i pokazuje coś w stronę liścia tuż przy samej ścieżce. Na lisciu wielkości dłoni leży sobie spokojnie mały wąż z uroczymi sterczącymi „rzęsami”. To eyelash pit viper, którego obecność tutaj wprawia w zdumienie naszego przewodnika. Z przejęciem mówi, że widzi go tutaj po raz pierwszy i koniecznie prosi aby ktoś mu przyświecił latarką bo musi zrobić mu focię. Dowiadujemy się, że to paskudnie jadowita żmija i po ugryzieniu jak nic tylko śmierć w męczarniach. Potem wiedza internetu nieco weryfikuje ten apokaliptyczny obraz – wąż, owszem jadowity ale żeby tak od razu umierać z porażonym układem nerwowym to już niekoniecznie. W Kostaryce jest sporo bardziej niebezpiecznych gadów niż ten z rzęsami. Niemniej zwracamy honor przewodnikowi: miał rację aby trzymać ręce przy sobie. Liść z wężem zwisał bezpośrednio nad barierką naszej ścieżki i jak nic można było się go chwycić a potem sprawdzić kto ma rację w zakresie śmiertelności jadu: przewodnik czy internet.

Eyelash pit vipera spotkaliśmy jeszcze raz wędrując wzdłuż rzeki Rio Celeste w parku narodowym wulkanuTenorio. Tam również spał sobie, tym razem za dnia, na patyczku bezpośrednio przy ścieżce służąc za fotostop.

Po powrocie do hotelu grupa poszukiwaczy nocnych przygód dostaje bonus. Idziemy do pobliskiego ranario, czyli małego stawiku gdzie w ciągu dnia mieliśmy wśród jasnozielonych liści odnaleźć jasnozieloną żabkę. Pomimo tego, że kilka osób przetrząsało wzrokiem obszar nie większy niż drzwi od lodówki to i tak nikomu to się nie udało. Teraz światło latarki bez trudu wyłuskało kilka ślicznych żabek będących turystycznym symbolem Kostaryki. Red-eyed frog rzeczywiście rozczula. Wygląda trochę tak, jakby ktoś zaprojektował ją specjalnie po to, żeby budzić czułość: zieloniutka jak świeży liść po deszczu, z pomarańczowymi paluszkami i oczami tak nierealnie czerwonymi, że aż trudno uwierzyć, że natura naprawdę pozwala sobie na taką fantazję. Normalnie jak sobie śpi nieruchomo z zamknietymi oczami zlewa się z otoczeniem. Gdy jednak ktoś ją spłoszy otwiera nagle swoje niewiarygodne czerwone wyłupiaste ślepia i potencjalny napastnik staje jak wryty zastanawiając sie co zobaczył. A wtedy żaba ma czas aby czmychnąć. Patrząc na to kolorowe zwierzę nietrudno zrozumieć dlaczego jest tak chętnie umieszczana w folderach reklamujących wyjazdy do Kostaryki.

Night walk to jedna ze standardowych atrakcji oferowanych niemal przez każdy hotel z dostępem do skrawka zieleni. Ceny na ogół oscylują wokół 40USD za dwugodzinny spacer. Oprócz płazów, gadów i mnóstwa insektów zdarza się natrafić na śpiące ptaki. Te nocne spotkania są zaskakujące, bo ptak, który za dnia zerwałby się do lotu z bezpiecznego dystansu, teraz pozwala podejść znacznie bliżej. To trochę zasługa ich niezwykłej biologii — wiele gatunków potrafi spać „na pół gwizdka”, wyłączając na czas odpoczynku tylko jedną półkulę mózgu, podczas gdy druga pozostaje w stanie czuwania. Oko związane z aktywną półkulą zostaje otwarte, drugie się zamyka, więc ptak niby śpi, ale jednak cały czas po trochu pilnuje świata wokół siebie. Taki półsen daje mu odpoczynek, a jednocześnie pozwala w porę zauważyć zagrożenie. Dzięki temu można czasem podejść naprawdę blisko i zobaczyć coś, co w ciągu dnia zwykle się nie zdarza — ptaka zawieszonego gdzieś między snem a czuwaniem, wtulonego w gałąź, cichego i zadziwiająco bezbronnego.

