Jedna z bardziej popularnych lokalnych restauracji w Paro serwująca pyszne pierożki momo jest dzisiaj wyjątkowo zatłoczona. Wszystkie stoliki – na zewnątrz i wewnątrz – są zajęte. W kolorach tradycyjnych ubrań gości dominuje ciemna czerwień kojarzona z wizytymi w świątyniach i szatami mnichów. W Paro właśnie dobiegają końca trwające od blisko miesiąca nauki wygłaszane przez Je Khenpo – Głównego Opata będącego najwyższym autorytetem religijnym Królestwa Bhutanu. Pielgrzymi mają teraz chwilę przerwy na jedzenie aby po południu znowu wrócić do sal i rozstawionych w wielu miejscach miasta wielkich namiotów. Tam, siedząc po turecku na ziemi będą dalej w skupieniu rozważać nauki swojego mistrza.

Tłum gości w restauracji nie odstrasza jednak naszych bhutańskich przyjaciół. Szybko przeciskają się do stolika, przy którym siedzą tylko trzy osoby. Parę szybko zamienionych słów i pani siedząca przy stole przyciaga swoją córkę do siebie i z uśmiechem wskazuje miejsce obok. Przysiadamy się nieco speszeni. Goście przy sąsiednim stoliku obserwują sytuację i błyskawicznie kompresując się na swoich ławkach robią miejsce dla naszych towarzyszy. Chwilę później ze smakiem pałaszujemy kolejne porcje przepysznych momo. Pałaszuje również dziewczynka z mamą przytulona do nas na ciasnej ławeczce. Obie zjadają szybko, uśmiechają się wstają od stołu. Lekkie zamieszanie, roszada i już obok nas siedzą nasi przyjaciele a zwolnione przez nich miejsce przy sąsiednim stoliku błyskawicznie zasysa kolejnych gości szukających miejsca przy stole.

Czujemy się fantastycznie. Jesteśmy jedynymi osobami w lokalu, które nie są ubrane w tradycyjne bhutańskie stroje – męskie gho i damską kirę. Wszędzie otaczają nas uśmiechnięci ludzie w większości przyglądający się nam z ciekawością. Panuje gwar i lekki rozgardiasz. Pytam naszego przewodnika: „Znasz tych ludzi? Zachowujecie się tak jakbyście wszyscy się tutaj znali”. Nie, nie zna tutaj nikogo. Większość tych osób to pielgrzymi, którzy przyjechali do Paro, często z daleko. Co sprawia, że w takim tłocznym miejscu grupa obcych sobie i zapewne głodnych ludzi wykazuje względem siebie tyle beziteresownej życzliwości? Dwa europejskie mózgi siedzące nad miską momo próbują to zrozumieć z perspektywy osób żyjących w świecie gdzie o swoje trzeba walczyć i pilnować tego co się komu należy. Jak miejsce przy stoliku dla czterech osób w zatłoczonej restauracji.
Paro, w którym znajduje się jedyne w kraju międzynarodowe lotnisko zamieszkuje około 11 tysięcy osób podczas gdy populacja Bhutanu to około 750 tysięcy. W trakcie październikowych nauk Je Khenpo do miasta przyjechało ponad 15 tysięcy osób już pierwszego dnia – to ponad drugie tyle co liczba jego mieszkańców. Większość z nich zatrzymała się u rodziny lub znajomych. Miejsca w licznych tutaj hotelach pozajmowane są przez turystów. Październik to przecież szczyt sezonu. Dopiero co skończył się monsun i najbliższe dwa miesiące mają gwarantować idealną pogodę. Ulice Paro pełne są odświętnie ubranych osób. Wielu z nich przepasanych jest bordowymi szalami podkreślającymi udział w religijnym wydarzeniu. Na zwykle niezatłoczonych drogach nie sposób jest teraz znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu. Na targu w centrum miasta przeważają dzisiaj stoiska z artykułami religijnymi. Przy jednym z nich wypełnionym mosiężnymi talerzami stoi w skupieniu dwóch panów. Z na wpół przymkniętymi oczami wsłuchują się w dźwięk uderzanych z wyczuciem przez sprzedawcę wielkich gongów. Kiedy będziemy przechodzić tamtędy jakieś dwadzieścia minut później prezentacja gongów nadal będzie trwała. Nie dane nam jest jednak upewnienie się, że transakcja dojdzie w końcu do skutku.

Większość dnia pielgrzymi spędzają na słuchaniu nauk i uczestniczeniu w ceremoniach. Siedzą w skupieniu na podłodze w równych rzędach: na salach, korytarzach lub pod rozpiętymi wielkimi brezentowymi zadaszeniami. Wszędzie z głośników dobiega głos mnicha prowadzącego ceremonię. Słychać dźwięk gongów i dzwonków, co jakiś czas wybrzmiewają śpiewane niskimi głosami mantry. W rękach wiernych wirują mniejsze lub większe modlitewne młynki a palce sprawnie przesuwają kulki buddyjskich różańców. I tak od rana do wieczora. Wielu wiernych aby zapewnić sobie w miarę wygodne miejsce przychodzi tutaj jeszcze przed świtem. I tak dzień po dniu przez prawie miesiąc.

„Tegoroczne nauki są wyjątkowe” – mówi nasz przewodnik. Jak mówi, to ostatnie takie „rekolekcje” udzielane przez aktualnego Je Khenpo, który przez Bhutańczyków darzony jest niezwykłym szacunkiem. Z racji swojego wieku będzie musiał niedługo przejść już na emeryturę i przekazać swój urząd następcy. Nikt jeszcze nie wie kto nim będzie i wszyscy z przejęciem oczekują ogłoszenia jego imienia.

Je Khenpo, czyli główny zwierzchnik bhutańskiej wspólnoty monastycznej jest drugą, po królu, osobą w państwie. Będąc jednoczesnie najwyższym autorytetem religijnym kraju, w którym buddyzm jest nierozerwalnie związany z kulturą, tradycją jak i prawem, w sprawach religijnych zajmuje wręcz pozycję równoważną królowi.
Sam urząd Je Khenpo powstał w XVII wieku jako część struktury administracyjnej ustanowionej przez twórcę państwa bhutańskiego, Zhabdrunga. Zhabdrung Ngawang Namgyal ustanowił wtedy dwudzielny system władzy: Je Khenpo kierował sprawami religijnymi, natomiast za cywilną administrację odpowiadał świecki władca Druk Desi. Ten koncept podwójnego podziału władzy do tej pory jest widoczny. Odwiedzając słynne bhutańskie dzongi, czyli imponujące wielkie twierdze (nota bene, ich powstanie to też zasługa Zhabdrunga) widzimy w nich wyraźny fizyczny podział na część świecko-administracyjną oraz monastyczną. O ile urząd Je Khenpo przetrwał do dziś, o tyle urząd cywilengo administratora kraju został w 1907 roku zastąpiony przez króla (Druk Gyalpo) w ramach dziedzicznej monarchii. Aktualnie panujący król jest piątym królem podczas gdy obecny Jo Khenpo to już siedemdziesiąta osoba sprawująca ten urząd.

Thimpu, stolica kraju. W wieczornych godzinach na ulicach miasta panuje spory ruch. To nasz pierwszy dzień w Bhutanie – nie sposób siedzieć w hotelu. Ruszamy na rekonesans, co ułatwia położenie hotelu w samym centrum. Pierwsze wyzwanie to przejście na drugą stronę dość szerokiej ulicy, po której sunie sznur samochodów. W oddali widzimy przejście dla pieszych ale doświadczenie z podróży do wielu krajów azjatyckich podpowiada, że to tylko zbędne dokładanie kroków. Ruszamy więc ostrożnie przed jadące samochody starannie przewidując gdzie znajdą się za chwilę. Zastygamy w zdumieniu, nie bardzo wiadomo jak się zachować. Samochód, przed który weszliśmy zwalnia i się zatrzymuje. Nie trąbi. Po prostu staje i nas przepuszcza. Do tego wszystkiego to taksówka! Bezgłośnie dziękujęmy i przygotowujemy się do przejścia przez pas samochodów jadących z przeciwnego kierunku. Kolejne zdumienie: samochody na tym pasie już stoją czekając aż dwójka wyraźnie roztargnionych i nierozgarniętych turystów przejdzie na drugą stronę w niedozwolonym miejscu pomimo tego, że najbliższe przejście jest kilkanaście metrów dalej. Nadal nikt nie trąbi a z zza opuszczonych szyb nie wystają gestykulujące energicznie ręce. Może mi się wydaje, ale chyba widzę, że kierowca w taksówce się uśmiecha.
Dwa tygodnie później zmagamy się z ruchem ulicznym nepalskiego Kathmandu. Doświadczenia bhutańskie szybko odkładamy do lamusa. W Kathmandu czujemy się jak słupki motocyklowego slalomu, który odbywa się jednocześnie w obu kierunkach. Nie ma tu pokusy chodzenia po przejściu dla pieszych bo takowych nie ma. Właściwie to nie ma tutaj też chodników. Jest za to jedna wielka wspólnota ludzi, skuterów i motocykli, których wspólnym celem jest przemieszczać się i trąbić. Trąbię bo jadę za tobą; trąbię bo stoję za tobą a ty stoisz i nie jedziesz; trąbię bo wszyscy trąbią; trąbie bo zaraz cię rozjadę; trąbię bo mogłeś we mnie wjechać; trąbię bo jadę pod prąd; trąbię więc jestem…

Ulice Thimpu już nie kusiły nas przechodzeniem przez jezdnię w dowolnym miejscu. Razem z innymi pieszymi szliśmy zawsze do najbliższego przejścia dla pieszych. Nigdy długo nie czekaliśmy, samochody widząc czekających przed przejściem ludzi same się zatrzymywały. Dziwne, stolica azjatyckiego kraju i jego największe miasto, ponad 100 tysięcy mieszkańców, a jednak życzliwość, spokój i brak pośpiechu na ulicach.
Na centralnym skrzyżowaniu rondo. Na jego środku pięknie pomalowana ozdobna budka. Jakaś altanka? Po dziewiątej rano kiedy ruch uliczny się wzmaga tajemnica się wyjaśnia. W ozdobnym pawiloniku pojawia się ubrana na galowo policjantka i rozpoczyna swój codzienny spektakl. Miękkimi ruchami rąk zaczyna płynnie kierować ruchem, żadnych gwizdków tylko tańczące w białych rękawiczkach ręce i grzecznie jadące samochody.

Szukając informacji o Thimpu bardzo szybko trafimy na powtarzaną wszędzie informację, że stolica Bhutanu szczyci się tym, że nie ma tu świateł drogowych. Kiedyś nawet podobno podjęto eksperyment z instalacją świateł na głównym skrzyżowaniu ale nie spotkał się on z aprobatą społeczeństwa. My z kolei nie spotkalismy się z nikim kto by pamiętał to historyczne wydarzenie. Natomiast, codzienny show prezentowany przez policjantów z drogówki darzony jest tutaj dużym sentymentem. Jednak, żeby tak rzetelnie na to spojrzeć ten spektakl odbywający się dwa razy dziennie – rano i wieczorem w stałych godzinach przyciąga dużą uwagę turystów i trudno się oprzeć wrażeniu, że jest to element atrakcyjnej oferty turystycznej miasta. Poza tymi godzinami, gdy ruch nadal jest spory pojawiają się policjanci z drogówki ubrani w odblaskowe kamizelki i już bez zbędnego ręcznego baletu sprawnie i dynamicznie kierują ruchem aktywnie pomagając sobie głośnymi gwizdkami.
Wędrówka do położonego wysoko w górach Taktsang – Tygrysiego Gniazda jest wymagająca. Tam i z powrotem to prawie dziesięć kilometrów i kilkaset metrów przewyższenia. Do tego wysokość – ponad trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Taktsang to bez wątpienia najbardziej znany symbol Bhutanu. Jednocześnie jeden z najważniejszych klasztorów i miejsc pielgrzymkowych w kraju. Dla turystów to fotograficzna ikona – wędrówka do klasztoru to gwarancja pięknych widoków na klasztor zawieszony na zboczu skalistej góry. Dla buddyjskich pielgrzymów to bodaj najświętsze miejsce. Miejsce związane z Guru Rinpocze, jednej z najważniejszych postaci buddyzmu wadźrajany oraz tradycji i kultury Bhutanu.

Padmasambhava, bo tak też nazywany jest Guru Rinpocze był postacią historyczną – darzonym szacunkiem indyjskim nauczycielem-mistrzem buddyjskim żyjącym prawdopodobnie na terenach Indii i Tybetu. W tradycji bhutańskiej panuje głębokie przekonanie o jego obecności w Bhutanie i roli jaką odegrał w podporządkowaniu sobie tutejszych bóstw i duchów. W buddyzmie tantrycznym nie chodzi wyłącznie o odrzucenie dawnych wierzeń i sił uznawanych za niebezpieczne. W opowieściach religijnych Guru Rinpocze konfrontuje się z lokalnymi bóstwami i przybierając przerażające postacie podporządkowuje je sobie. Bóstwa i duchy nadal zachowują swoje potężne moce jednak od tej pory ich rola ulega zmianie: od potencjalnych przeciwników stają się strażnikami lokalnych społeczności i nadal są obecne w bhutańskiej tradycji.
Taktsang to miejsce silnie związane z wiarą w działalność Padmasambhawy. Klasztor powstał w miejscu, w którym medytował Padmasambhawa przybywszy tutaj na grzbiecie swojej tygrysicy. Tutaj też ujarzmił i podporządkował sobie lokalne bóstwa. Klasztor zbudowany w tym miejscu chroni te święte dla wiernych miejsca. Kilka świątyń, które znajdują się na terenie klasztoru są darzone szczególną czcią i zwykle jest tam tłoczno. Świątynie są dość ciasne. Każdy pielgrzym wchodząc do każdej z nich najpierw oddaje trzy pełne pokłony siedzącemu mnichowi odprawiającemu religijne rytuały, potem kłania się w kierunku głównego posągu świątyni. Złożone w piramidkę dłonie ze schowanymi między nimi kciukami najpierw wędrują nad głowę, potem na wysokość ust, potem w okolicę serca. Następnie szybki skłon na kolanach i dotknięcie czołem podłogi. Trzy razy. Potem jest czas na chwilę refleksji, odmówienie mantr, przesuwanie paciorków z buddyjskiego różańca mala.
Dostanie się do klasztoru wymaga sporo wysiłku. Na trasie jest spory tłok. Jest tutaj zarówno dużo turystów jak i lokalnych pielgrzymów. Turyści z niecierpliwością chcą jak najszybciej dojść do celu. Co chwile słychać „Excuse me!” i kolejne osoby starają się wyprzedzić idących przed sobą. Przy punktach widokowych coraz częściej robi się tłok, pojawia się lekkie zniecierpliwienie czekaniem na swoją kolej do zrobienia super zdjęcia. Gdzieś po schodach wdrapuje się starsza pani w bhutańskim stroju asekurowana przez młodego człowieka. Widać, że nie jest im lekko. Nagle koło nich zatrzymuje się dwoje osób – również mają na sobie lokalne ubrania. Po chwili wszyscy troje pomagają starszej pani pokonywać kolejne stopnie. Trzymają się blisko poręczy, z boku ścieżki tak aby nie blokować przejścia mijającym ich w pośpiechu zagranicznym turystom.

Pogoda nam nie dopisuje. Pada deszcz. Na szczęście nie cały czas ale ścieżka, szczególnie w swoim dolnym odcinku, jest błotniska i śliska. Schodzenie w dół jest wymagające. Z uwagą wyszukujemy najlepszych ścieżek, uważamy żeby się nie poślizgnąć. Odbijamy w boczną ścieżkę bo główne schody wydają się zbyt śliskie. Niestety ścieżka kończy się raptownie i szukamy dogodnego miejsca aby wrócić na główny szlak. Pod górę idzie mała grupka lokalnych kobiet. Zatrzymują się, rozglądają i z uśmiechem wskazują nam najlepsze miejsce do wyjścia z naszej pułapki. Jedna z nich podbiega aby nam pomóc, podaje rękę. Jej koleżanka również cofnęła się parę schodków w dół, też chciałaby pomóc. I znowu te śliczne bhutańskie ubrania.
Zastanawiamy się skąd bierze się ta wyraźnie widoczna życzliwość? Czy to kwestia wychowania? Czy może tradycja społeczeństwa, którego kraj jeszcze pięćdziesiąt lat temu funkcjonwał w kompletnej izolacji? Wreszcie, może to zasługa religii, która widoczna jest w niemal każdym aspekcie codziennego życia?
Buddyzm wadźrajana będący nurtem buddyzmu mahajana silny akcent kładzie na współczucie i troskę o innych. Kręcąc młynkiem modlitewnym lub chodząc zgodnie z ruchem wskazówek zegara wokół czortenu „generujemy” pozytywną energię, zasługi, karmę, która będzie obejmowała także innych. W miejscach, które w jakikolwiek sposób mogą się kojarzyć z negatywną energią – niebezpieczne górskie przełęcze, ujścia rzek lub groźne zakręty na drogach – niemal zawsze znajdziemy elementy religijne, które tą złą energię mają za zadanie neutralizować. Bądź to kolorowe modlitewne flagi, bądź czorteny lub napędzane siłą wiatru lub rwącego strumyka młynki modlitewne. Ich pozytywna energia będzie oddziaływać na wszystkich w okolicy, nie tylko na tego kto je postawił.

W odróżnieniu od therawady, mahajana dużą czcią otacza liczną rzeszę bodhisatwów, czyli istot, które same zrezygnowały z osiągnięcia stanu oświecenia aby pomóc innym w jego osiągnięciu. O ile tradycja theravady, obecna chociażby na Sri Lance czy w Laosie, kładzie nacisk na osiągnięcie oświecenia przez własną praktykę, tak w mahajanie ideał bodhisatwy podkreśla troskę o innych i dążenie do osiągnięcia oświecenia przez wszystkie istoty.
- Sri Lanka | Buddyjskie dagoby Anuradhapury i drawidyjskie gopury Trinco
- Sri Lanka | Kulturowy Trójkąt i wschodnie wybrzeże
- Sri Lanka | Kataragama: A Sacred Temple Place Near Tissamaharama
Czy religijny ideał współczucia i odpowiedzialności za innych może mieć tak silny wpływ na codzienne zachowania ludzi? Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Trudno jest również zaprzeczyć, że w spółeczeństwie żyjącym w kraju gdzie nowocześność na codzień przeplata się z pełnymi mitów i legend tradycjami, różnice między tymi dwiema rzeczywistościami często się zacierają tworząc kraj, w którym wszystko jest możliwe.


Beautiful Blog. Thank you for visit Bhutan with us. OMSHA Travel
PolubieniePolubienie